Ślubu nie było. Chrzcin nie będzie.

Dzień dobry.

Tak właśnie, jak w tytule.

Chrzcin nie będzie. Potem nie będzie komunii i pewnie bierzmowania też nie.

Jestem niewierząca. Nie będę wychowywać dziecka w wierze katolickiej ani jakiejkolwiek innej.

Nie będę też udawać, że zamierzam to robić – a do tego ograniczyłyby się chrzciny. Do udawania, prowizorki, robienia tak, jak większość, bo dziecko trzeba ochrzcić. Czemu? Chciałabym usłyszeć jakieś argumenty, które przemówią do osoby niewierzącej.

Szanuję religię i jej obrzędy. Szanuję ludzi, którzy wierzą i żyją zgodnie z naukami swojej religii. To jest ich prywatny wybór i mnie nic do tego.

Mój szacunek dla religii jest jednym z powodów nieorganizowania chrzcin. To wydarzenie w żadnym razie nie miałoby dla mnie znaczenia duchowego. Robiłabym coś wbrew sobie, w jakiś sposób bezczeszcząc (kłamstwem, hipokryzją) strefę sacrum, która dla wielu ludzi ma ogromne znaczenie.

Nie chcę robić z chrzcin pustego obrzędu – a takim niewątpliwie byłby dla mnie – który należy odbębnić, bo: należy, tak trzeba, wszyscy chrzczą swoje dzieci.

Nie zamierzam chrzcić dziecka, ponieważ nie zamierzam w kościele kłamać.

Nie zamierzam też w żaden sposób identyfikować się z instytucją, z której światopoglądem w wielu miejscach mijam się bardzo daleko.

Jeśli w przyszłości moje dziecko zechce wstąpić do jakiegokolwiek kościoła, droga wolna.

pikfe

 

 

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia

Tagi: ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

10 komentarzy w dniu “Ślubu nie było. Chrzcin nie będzie.”

  1. Dosia Says:

    Rozumiem, że Big B myśli podobnie? Czy sama podjęłaś decyzję? Ja ochrzciłam dziecko ze względu na męża. Wyszłam z założenia, że nie chcę pozbawiać Małej dziedzictwa religijnego, bo w przyszłości mogłaby mieć mi to za złe. A jeśli będzie myślała podobnie do mnie, nie zrobi jej różnicy fakt przyjęcia katolickiego sakramentu tak samo, jak choinka w Boże Narodzenie, czy święcenie jajek w Wielką Sobotę. Dla jednych to akt wiary, dla innych część wielopokoleniowej tradycji, miłego przerywnika pomiędzy poprzednim a kolejnym szarym dniem.
    Nie wiem, czy się dobrze wyraziłam – szanuję cudze uczucia religijne, choć sama jestem abnegatką i nie chcę pozbawiać dzieci spuścizny ojca, jeśli miałoby to rodzić w przyszłości negatywne konsekwencje jeśli chodzi o szukanie swojej tożsamości.
    A tak po macoszemu – od przybytku głowa nie boli 😉

    • pikfe Says:

      Tak, to oczywiście była wspólna decyzja, ale blog jest mój 😉
      Gdyby dla Big B było to istotne, podobnie jak sakrament małżeństwa, to nie miałabym oporów. Jak napisałam, szanuję podejście ludzi religijnych i wiem, że sakramenty są bardzo istotną częścią wiary. I bardzo dobrze rozumiem, że zdecydowałaś się na chrzest ze względu na ojca dzieci.

      Myślisz, że nie chrzcząc dziecka pozbawię go dziedzictwa religijnego? No, miałabym jednak wątpliwości.
      Przecież z Biblią, jako tekstem kultury, możemy sobie posiedzieć. Możemy rozmawiać o wierze, możemy pogadać z księdzem, możemy nawet iść do kościoła. Chrzest nie jest do tego potrzebny.
      Nie jest też paszportem do wiary.

      Nie jestem może tak wykształcona jak szkolny katecheta, ale o najprostszych rzeczach z różnych religii będę w stanie dziecku opowiedzieć. Nie jak radykał niewierzący, tylko jak kulturoznawca.

      Poza tym to kwestia podejścia – ja nie jestem jakoś szczególnie zachwycona, że kiedy potrzeba sięgnąć do argumentu liczby, mówi się, że w Polsce jest 98% katolików. I w tych procentach umieszcza się również mnie, chociaż nie miałam na to żadnego wpływu.

      Myślisz, że nie boli? 🙂 Będzie musiało dokonać apostazji, jeśli zapragnie być np. muzułmanką albo buddystką. Podobno w niektórych parafiach apostazja … boli. No i zostaje się ekskomunikowanym.

      • Dosia Says:

        „Myślisz, że nie chrzcząc dziecka pozbawię go dziedzictwa religijnego? No, miałabym jednak wątpliwości.”
        Ciężko wyrazić mi myśli na ten temat, nie do końca to chciałam napisać. Nie chciałabym jednak, aby dziecko, będąc jeszcze tym dzieckiem, miało mi za złe wykluczenie go ze społeczności uczniowskiej/koleżeńskiej z tak błahego powodu, jak brak chrztu, który skutkowałby nie uczęszczaniem na lekcje religii, brakiem wspólnoty z dziećmi w czasie rekolekcji czy przygotowań do komunii. Nawet, jeśli miałaby by to być ułuda, bo przecież co taki ośmiolatek może zrozumieć z sakramentu komunii… Prezenty? Mnie chodzi tylko o niewykluczanie go z góry z grona rówieśników, bo sama wiesz, jak dzieci ciężko przeżywają alienację. Maluchy są okrutne i nie chciałabym ze swojej strony fundować dziecku huśtawki emocjonalnej tak wcześnie i mieć później do siebie samej pretensje, że mogłam temu zapobiec, a nie zawsze wiemy, czy uda nam się ustrzec dziecko przed kompleksami, czy będzie miało wystarczjąco silną osobowość, żeby nie ulegać presji otoczenia (przynajmniej na etapie bycia tym dzieckiem jeszcze). To perfidne z mojej strony, ale przecież dla mnie to niewiele znaczy, takie cyrki, jak zaślubiny małej laleczki w białej sukni z jezuskiem, itp., więc dlaczego miałoby znaczyć coś dla mojego potomstwa? Ja dam im wolny wybór i jeśli zgodzą się z moim tokiem rozumowania, wychowam ich bez poczucia przynależności mimo pewnych działań podjętych zawczasu.
        Jeśli dla Ciebie to duża ujma, że zdecydowano za Ciebie, rozumiem. Ale może nie do końca… No, bo jakie to ma znaczenie, kiedy to nie ma znaczenia? Obrządek, w który się nie wierzy, nie traktuje poważnie, nie jest godny wspominania, a zaliczanie przez to Ciebie do grona katolików – przecież wiesz, że telewizja kłamie, statystyki kłamią, rząd kłamie. Ważne jest to, co w sercu i to, jak przeżyjemy nasze życie. Ważne jest, czy nauczymy nasze dzieci cieszyć się z daru, jakim jest odrębny byt, czerpać z samego siebie, a nie sztywno ustalonych dogmatów, cudzych zasad, smakować życie i wyciągać wnioski, pozwolić się sparzyć, żeby wiedzieć, że czasem nie warto…

      • pikfe Says:

        No, ale to znaczy, że mam ochrzcić dziecko po urodzeniu, bo być może będzie się czuło wyalienowane za siedem – osiem lat?
        Jeśli tak będzie, jeśli to rzeczywiście będzie problem – ochrzczę je, pójdzie do komunii. Ale z prezentów – medalik. I nic więcej. W tej kwestii zdania na pewno nie zmienię. Orgię prezentową na komunię, święcenie rowerów i komputerów uważam za ohydną.

        A może będzie inaczej, może za siedem, osiem lat będzie więcej takich rodziców jak ja. Wolę poczekać, niż robić coś wbrew sobie. Może to wcale nie będzie konieczne.

        Ja miałam szczęście chodzić do szkoły, w której to nie było problemem i nikt mojej koleżanki palcem nie wytykał, a po komunii (cóż, była ważna dla rodziców) większość wypisała się (czyt. uciekała) z religii.

        Widzisz, dla mnie sakramenty mają znaczenie. Szanuję je ze względu na ludzi wierzących. Nie jest dla mnie „ujmą”, że zadecydowano dla mnie, ale gdybym miała decydować za siebie – nie zdecydowałabym się.

      • Dosia Says:

        Absolutnie nie. Przyznałam się jedynie do własnego tchórzostwa i ulegania presji otoczenia. Chciałabym, żeby moje dzieci radziły sobie lepiej z kompleksami, które ujawnia mamusia.
        Zazdroszczę Ci tolerancyjnego środowiska. Rzeczywiście, może dzięki osobom takim, jak Ty łatwiej będzie się odnaleźć w kraju, który ma przecież konstytucyjnie zagwarantowaną rozdzielność państwa od kościoła, a jednak cały czas tkwi w uprzedzeniach

      • pikfe Says:

        Nie powiedziałabym, że uległaś presji otoczenia – napisałaś przecież, że zrobiłaś to ze względu na Męża. Gdyby wiara była bardzo istotnym i ważnym elementem życia Big B i wiedziałabym, że ślub, chrzest, komunia oraz wychowanie dzieci w wierze mają dla niego prawdziwe, duchowe znaczenie – również nie byłoby problemu.
        Jeśli miałby ochotę, mógłby przecież zabierać dzieci na msze itd.

        Ale prowizorka jest nie dla mnie 🙂

      • Dosia Says:

        Uległam w sensie walki z własnym sumieniem. Bo co, gdyby nie mąż i jego przekonania? Czy byłabym w stanie sprzeciwić się? Nie wiem. Jeśli chodzi o samostanowienie – nie ma problemu, ale sprawy dzieci to już inna para kaloszy.

      • pikfe Says:

        Niezbyt może elegancko, acz trafnie, pewna bliska mi osoba mówi „gdyby babcia miała pręcik, to by był studencik” 🙂
        Gdybym miała walczyć z masą zdewociałych ciotek, babć, dziadków etc., to może też dałabym spokój, w imię przyzwoitych relacji rodzinnych? (co oczywiście nie oznacza, że uważam Twojego Męża za zdewociałego, tylko podałam taki przykład 🙂 )
        Wiesz, to nie jest tak, że ja się zabarykadowałam za ateistycznym murem i bronię się ostatkiem sił. W gruncie rzeczy jest mi dość łatwo, nikt na nas specjalnie nie ciśnie. Ciśnienie by mi skoczyło, gdyby ktoś cisnął, ale też trudno mi powiedzieć, jakbym w takiej sytuacji spojrzała na tę sprawę.

  2. pannajemiola Says:

    Ja też nie należę do wierzących, w czasie chrztu nie miałam za wiele do powiedzenia, z komunią tak samo, ale do bierzmowania nie idę. Spotkałam się z opiniami „co Ci szkodzi pójść do bierzmowania?”, na co odpowiadałam „a co mi szkodzi nie pójść?” – odpowiedzi nie było. Niektórzy idą, bo każą im rodzice, ale ja korzystam z tolerancyjności rodziny (przynajmniej jej części) i nie zamierzam podejmować tak radykalnych kroków.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: