Coś, czego nie cierpię.

Dzień dobry.

Już od jakiegoś czasu rzecz chodzi mi po głowie, a dziś wpis Dosi mnie zmobilizował.

Jak dać sobie radę z takim stanem? Depresyjnym, lękliwym, neurotycznym? Z galopem idiotycznych myśli o nieszczęściu, samotności i nieudolności? Z wymyśloną galerią problemów, która niepotrzebnie zaprząta głowę, odciągając od tego, co naprawdę ważne?

Każdy ma na to jakieś sposoby. I w związku z tym każdy chętnie doradzi.

Mój ulubiony zestaw – ten, którego nie cierpię – to: weź się w garść; jesteś silna; dasz sobie radę, bo musisz.

Dostaję gęsiej skórki, kiedy to słyszę. Już dawno mnie przestrzegano, że to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można powiedzieć komuś, kto ma doła. Daj sobie sam radę.

Wbrew pozorom, całkiem sporo osób próbuje poprwaić w ten sposób humor innym. Dodać animuszu.

Mam nieco depresyjną naturę, mam złe okresy w życiu.

Ale na szczęście dostałam kiedyś parę dobrych rad. Nie tych, które napierają na mnie, jakbym miała udowodnić komuś, że jestem jakąś Superwoman. Bo nie jestem. Jestem normalnym człowiekiem, a nie takim, który wiecznie daje radę.

Są chwile, są dni, że nie daję.

Ale mam świadomość, że takie dni nie doprowadzą do niczego dobrego. I mam w pamięci dobrą radę, którą już dawno, dawno temu dostałam: zrób cokolwiek.

Idź na spacer.

Przygotuj obiad.

Zrób zdjęcie.

Uporządkuj książki.

Cokolwiek. Zrób to dla siebie, a nie po to, żeby komuś coś udowodnić.

Nie udawaj, że jest dobrze, kiedy nie jest. Daj głowie pocierpieć, ale nie zmuszaj jej do tego. Życie nie jest pasmem szczęścia, nie może zawsze być dobrze.

Zawsze może być gorzej, w tym może trzeba upatrywać jakiejś nadziei, jak ponoć Irlandczycy, choć to lekko perwersją trąci.

To, co się stało, nigdy nie jest najgorsze, bo najgorsze nigdy się nie zdarza: jeśli umiera droga i szanowana babka, to przecież mógłby umrzeć także drogi i szanowany dziadek; jeśli spali się zagroda, ale uratują się kury, to przecież mogły także kury paść pastwą płomieni; a jeśli nawet i one się spaliły, no, to nie wydarzyło się jeszcze najgorsze, bo samemu się nie umarło. A jeżeli nawet – wtedy mijają wszystkie troski (…)

(Heinrich Böll, Dziennik irlandzki, Znak 2007, strr. 125)

Czasem myślę: it could be worse.

Nigdy nie oczekuję litości w takich złych dniach. Czułości, bliskości, to tak. Ale nie litości. Litość byłaby zabójcza, bo pozwoliłaby mi leżeć w łóżku/ zastygnąć na kanapie.

Nie daję czasami rady, nie wstydzę się tego i potrzebuję szturchańca. Ciepłego mleka do łóżka, uśmiechu, tulenia i szturchańca.

Od usłyszenia, że trzeba wziąć się w garść prosta droga do myśli, że jest się mięczakiem, bo się nie umie, bo się zalega, bo jest źle. A to przecież nieprawda.

To nie usprawiedliwienie. To nieprawda. Smutek, strach są przecież częścią nas.

I dlatego tak bardzo potrzeba wtedy osoby, która to rozumie, nie chlapnie głupoty, tylko przez ten smutek poprowadzi. Pomoże, a nie wyręczy.

I pokaże, że może być pięknie. Bo przecież może.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Cytując innych, Przemyślenia

Tagi: ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

11 Komentarzy w dniu “Coś, czego nie cierpię.”

  1. poprostuzycie Says:

    Zgadzam się z tym co napisałaś, dodała bym jeszcze akceptację takiego stanu… wtedy łatwiej się ruszyć z miejsca…. każdy z nas ma takie dni…
    Proste czynności, czasami są najlepszym co możemy dla siebie zrobić. Przyjaciel jest wtedy najlepszy, gdy przy nas trwa… 🙂

    • pikfe Says:

      Tak, akceptacja jest potrzebna, ale zgadzać się na coś takiego nie wolno. I masz rację – prostota czynności jest kluczem.

  2. Dosia Says:

    O, widzisz i tu się przydaje DOBRY przyjaciel. Bo nie chce się słuchać „będzie dobrze”, „kto, jak nie ty”, itp. A rodzina czasem nie wystarcza.
    Bardzo dobrze ujęłaś temat, przy zbywającym „weź się w garść, dasz radę” człowiek czuje się jak kupa gówna albo nieudacznik w zależności od wagi problemu i natężenia emocji

    Ps. Jak juz pewnie zauwazylas w mojej notce, blender dotarl caly, ale czy zdrowy, jeszcze nie wiem. Zamierzam zaraz nim zakrecic i zrobic sobie chlodnik, tak mni jakos naszlo

    • pikfe Says:

      Kurcze, szkoda tylko, że nie każdy ma szczęście do przyjaciół. „Przyjaciół”. I moja fraza tygodnia: człowiek czuje się jak kupa gówna albo nieudacznik w zależności od wagi problemu i natężenia emocji”. Genialnie ujęte!
      Wiesz, ja mam na razie Big B od szturchańców, mam nadzieję, że wystarczy mi go na całe życie. A przyjaciel – zmienia perspektywę 🙂

      Czy blenderowałaś?

      • Dosia Says:

        Nooo, to znaczy, że Big B jest taki wielofunkcyjny. Coś jak blender… ;)))
        Chłodnik zrobiłam, ale dziecko krzywiło się na mleko (czosnek dodałam, bo brokuły byłyby inaczej nie do zniesienia), więc teraz mam zapas owoców i dwa razy dziennie wrzucam co popadnie dla męża i starannie odmierzam smaki sobie. Na razie nie dopuszczam go do mojego nowego cacka 😀

      • pikfe Says:

        Jak Ty robisz ten chłodnik?! 🙂

        Nooo, Big B jest multi. Nawet bardziej jak robot kuchenny 😉 I tak samo gadatliwy 🙂

  3. ksiazkowiec Says:

    Pięknie to za mnie napisałaś. „Dasz sobie radę” to naprawdę najgorsza rada. Właśnie zabieram się za „Szklany klosz” S.Plath, czyli wydaje mi się, że inni mają jeszcze gorzej. A najlepiej posłuchać kabaretu OTTO: obywatelu, zrób sobie dobrze sam…
    Zatem biorę do ręki lampkę martini, w drugą – książkę i wyłaczam się z nurtu…

  4. Kulka Says:

    Pięknie i bardzo celnie napisałaś 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: