Archiwum dla Luty 2011

Też mi news…

Luty 27, 2011

Dzień dobry.

Znowu bloguję ze szpitala. Przecież jest weekend, a ja uwielbiam trafiać do szpitala w trakcie weekendu – niemalże odwieczni Czytelnicy tego bloga doliczą się już czwartego weekendu (jeden jeszcze z Onetu)!

Nic się nie dzieje, jak w polskim filmie.

W sumie to lepiej.

Kroplówkę na skurcze już mi odjęli, przeszłam na tabletki, więc sytuacja wygląda na uspokojoną.

Poza tym wpadam w lekki szał, ponieważ mam w pokoju amatorki telewizji.

Jak wiecie, nie mam telewizora w domu i oglądamy tylko filmy z DVD.

Nigdy nie oglądałam dużo telewizji, a polska norma wydawała mi się zawsze jakimś kosmosem.

Praktycznie nigdy nie siedziałam przed TV bez konkretnego celu – czyli nie pstrykam pilotem.

I nagle uderzeniowa dawka programów rozrywkowych, seriali i przeróżnych filmowych hitów… Wczoraj jeden pan pobijał rekord świata w rzucaniu… kuchenkami elektrycznymi, a inny wkładał sobie do ust… puszki. No błagam!

No i reklamy. W moim odczuciu wielkie, hałaśliwe morze rozpaczy intelektualnej.

Nie to, że mam się za „intelektualystkę”, nic z tych rzeczy, niemniej jednak bloki reklamowe są dla mnie naprawdę nie do zniesienia. Big B chyba będzie musiał przynieść mi stopery.

Nie lubię telewizji.

Uważam, że w szpitalach powinny być sale telewizyjne, a nie sale z telewizorami.

Bo ja jestem skazana (3 do 1) na oglądanie tych głupot od 17 do 22, a to dla mnie dużo za dużo.

No, pojęczałam!

pikfe

Reklamy

Wiadomości z frontu ciążowego.

Luty 25, 2011

Dzień dobry.

Nie jest źle.

Leżeć mam, jak do tej pory, czyli wcale nie mało. Leki brać. Powinno być dobrze. Do końca 34. tygodnia 34 dni.

Po silniejszych lekach przeciwskurczowych czuję się zdecydowanie lepiej, nawet uderzyliśmy do CH, gdzie kupiłam sobie ciążowe spodnie, dżiny z elastyczną taśmą. Chyba nigdy nie cieszyłam się tak bardzo ze spodni – nie dlatego, że to jakiś mega- szpan, tylko dlatego, że już naprawdę nie miałam co na siebie włożyć, a teraz nawet nie muszę się zastanawiać. Mam bardzo wygodne spodnie 🙂 I tak człowiek z małych głupot się cieszy.

Córka jest wielka, mieści się gdzieś pomiędzy 31. a 33. tygodniem, ale wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Dziedzictwo rodziny ojca… wygląda więc na to, że urodzę giganta i to już raczej nie naturalnie.

Wolałabym rodzić naturalnie. Zdecydowanie. Zawsze chciałam wiedzieć, jak to jest.

Poza tym w trakcie porodu naturalnego boli w trakcie, a potem już jakoś daje się radę, raz- dwa i człowieka wypisują ze szpitala. Po cesarce – wiadomo. Boli przede wszystkim potem, a szpitalu się leży, zamiast cieszyć się już wreszcie domem i dzieckiem. Nie lubię leżeć w szpitalu.

W dodatku będzie wiosna. Leżeć w szpitalu wiosną?

No, ale jeśli ona dobije do pięciu kilo (tak uważa lekarz; ja osobiście uważam, że urodzi się wcześniej – mamy taki deal, że w Wielki Czwartek, to będzie akurat 37. tydzień, ciąża donoszona) to raczej nie zdecyduję się na poród naturalny.

Ja jak po wybuchu miny (jestem dość drobna), dziecko z połamanymi obojczykami, oboje na skraju wyczerpania? Chyba jednak daruję nam tę wątpliwą przyjemność.

W tym miesiącu będziemy kupować wózek… to jest wielka dziedzina ludzkiej wiedzy 😉

No, ale jak tu kupować ubranka?! W dziale dla starszych dzieci? 😉

pikfe

Ślubu nie było. Chrzcin nie będzie.

Luty 21, 2011

Dzień dobry.

Tak właśnie, jak w tytule.

Chrzcin nie będzie. Potem nie będzie komunii i pewnie bierzmowania też nie.

Jestem niewierząca. Nie będę wychowywać dziecka w wierze katolickiej ani jakiejkolwiek innej.

Nie będę też udawać, że zamierzam to robić – a do tego ograniczyłyby się chrzciny. Do udawania, prowizorki, robienia tak, jak większość, bo dziecko trzeba ochrzcić. Czemu? Chciałabym usłyszeć jakieś argumenty, które przemówią do osoby niewierzącej.

Szanuję religię i jej obrzędy. Szanuję ludzi, którzy wierzą i żyją zgodnie z naukami swojej religii. To jest ich prywatny wybór i mnie nic do tego.

Mój szacunek dla religii jest jednym z powodów nieorganizowania chrzcin. To wydarzenie w żadnym razie nie miałoby dla mnie znaczenia duchowego. Robiłabym coś wbrew sobie, w jakiś sposób bezczeszcząc (kłamstwem, hipokryzją) strefę sacrum, która dla wielu ludzi ma ogromne znaczenie.

Nie chcę robić z chrzcin pustego obrzędu – a takim niewątpliwie byłby dla mnie – który należy odbębnić, bo: należy, tak trzeba, wszyscy chrzczą swoje dzieci.

Nie zamierzam chrzcić dziecka, ponieważ nie zamierzam w kościele kłamać.

Nie zamierzam też w żaden sposób identyfikować się z instytucją, z której światopoglądem w wielu miejscach mijam się bardzo daleko.

Jeśli w przyszłości moje dziecko zechce wstąpić do jakiegokolwiek kościoła, droga wolna.

pikfe

 

 

Koniec historii z kocurkami.

Luty 17, 2011

Dzień dobry.

Dziś Światowy Dzień Kota. Długo zastanawiałam się, co napisać. Mam kocią bibliotekę, mam kocie przemyślenia, wreszcie mam kocie anegdoty.

Ale nie lubię pisać na zadany temat. Nie napisać jednak o kocie w jego dzień? Napiszę. O naszych kocurkach, i będę tak jeszcze pisała przez dni cztery.

Już jakiś czas temu wydaliśmy kocurki.

Dwa maluchy poszły już w listopadzie, a pozostałe cztery były z nami dość długo, bo aż do dwudziestego stycznia – miały trzy miesiące i dwadzieścia dni. Poznaliśmy lepiej Białego Ogona, (naszą, w odróżnieniu od Uialowej) Pisku, Szatana i Białą. Z początku malutkie i bezproblemowe…

… z czasem rosły. Miały swój pokój, w nieurządzonej jeszcze łazience na dole. Nie wychodziły stamtąd, zresztą początkowo wcale nie miały dużego zapotrzebowania przestrzennego. Big B przyniósł im korzenie drzew, szalały jak szalone.

Drzwi zastawiliśmy kartonem, w którym spały. Początkowo z niego nie wyskakiwały, a potem się nauczyły. Na szczęście NAJPIERW nauczyły się załatwiać w kuwecie.

Powoli zaczynały aneksję domu. Dół. Kanapa. Fotel. Schody. Góra. Stłuczona lampa.

To była niezła banda.

Rosły coraz bardziej,  ich charaktery kształtowały się coraz wyraźniej.

Obserwowanie ich dorastania było prawdziwą przyjemnością, bywało, że nie potrafiliśmy oderwać od nich wzroku. I mogliśmy się z nich śmiać, małe koty nie są jeszcze tak wyczulone na swoim punkcie.

Nie powiem, coś tam poniszczyły – lekko obdrapały krzesła, nadszarpnęły nieco obicie kanapy (mamy koty, jesteśmy przewidujący: obicie jest wymienne), skatowały krzesło komputerowe Big B, ukradły podkładki pod talerze i przeznaczyły je na… drapaki. Poza tym były naprawdę grzeczne: żadnego załatwiania się poza kuwetą, drapania mebli, gryzienia czego popadnie.

No… z choinką szalały, dlatego od dołu była rustykalna 🙂

Niestety, nie trafiły z różnych przyczyn do domu, do którego chciałam, żeby trafiły. Były już duże, kocica zaczynała je odpędzać, a Siódmy zaczął znikać z domu – wyraźnie było widać, że ma dość tej hałastry.Moje własne koty cenię ponad inne. Poza tym Big B zaczynał dostawać szału.

One też. Za dużo kotów na jeden Domek.

Nie mogłabym uszczęśliwić sześciu kotów.

Musieliśmy je oddać.

Ale to już inna historia.

Od lewej: Biała, Biały Ogon, Nasza Pisku Pisku, Szatan.

Mam nadzieję, że jest im dobrze.

pikfe

Coś, czego nie cierpię.

Luty 16, 2011

Dzień dobry.

Już od jakiegoś czasu rzecz chodzi mi po głowie, a dziś wpis Dosi mnie zmobilizował.

Jak dać sobie radę z takim stanem? Depresyjnym, lękliwym, neurotycznym? Z galopem idiotycznych myśli o nieszczęściu, samotności i nieudolności? Z wymyśloną galerią problemów, która niepotrzebnie zaprząta głowę, odciągając od tego, co naprawdę ważne?

Każdy ma na to jakieś sposoby. I w związku z tym każdy chętnie doradzi.

Mój ulubiony zestaw – ten, którego nie cierpię – to: weź się w garść; jesteś silna; dasz sobie radę, bo musisz.

Dostaję gęsiej skórki, kiedy to słyszę. Już dawno mnie przestrzegano, że to jedna z najgorszych rzeczy, jakie można powiedzieć komuś, kto ma doła. Daj sobie sam radę.

Wbrew pozorom, całkiem sporo osób próbuje poprwaić w ten sposób humor innym. Dodać animuszu.

Mam nieco depresyjną naturę, mam złe okresy w życiu.

Ale na szczęście dostałam kiedyś parę dobrych rad. Nie tych, które napierają na mnie, jakbym miała udowodnić komuś, że jestem jakąś Superwoman. Bo nie jestem. Jestem normalnym człowiekiem, a nie takim, który wiecznie daje radę.

Są chwile, są dni, że nie daję.

Ale mam świadomość, że takie dni nie doprowadzą do niczego dobrego. I mam w pamięci dobrą radę, którą już dawno, dawno temu dostałam: zrób cokolwiek.

Idź na spacer.

Przygotuj obiad.

Zrób zdjęcie.

Uporządkuj książki.

Cokolwiek. Zrób to dla siebie, a nie po to, żeby komuś coś udowodnić.

Nie udawaj, że jest dobrze, kiedy nie jest. Daj głowie pocierpieć, ale nie zmuszaj jej do tego. Życie nie jest pasmem szczęścia, nie może zawsze być dobrze.

Zawsze może być gorzej, w tym może trzeba upatrywać jakiejś nadziei, jak ponoć Irlandczycy, choć to lekko perwersją trąci.

To, co się stało, nigdy nie jest najgorsze, bo najgorsze nigdy się nie zdarza: jeśli umiera droga i szanowana babka, to przecież mógłby umrzeć także drogi i szanowany dziadek; jeśli spali się zagroda, ale uratują się kury, to przecież mogły także kury paść pastwą płomieni; a jeśli nawet i one się spaliły, no, to nie wydarzyło się jeszcze najgorsze, bo samemu się nie umarło. A jeżeli nawet – wtedy mijają wszystkie troski (…)

(Heinrich Böll, Dziennik irlandzki, Znak 2007, strr. 125)

Czasem myślę: it could be worse.

Nigdy nie oczekuję litości w takich złych dniach. Czułości, bliskości, to tak. Ale nie litości. Litość byłaby zabójcza, bo pozwoliłaby mi leżeć w łóżku/ zastygnąć na kanapie.

Nie daję czasami rady, nie wstydzę się tego i potrzebuję szturchańca. Ciepłego mleka do łóżka, uśmiechu, tulenia i szturchańca.

Od usłyszenia, że trzeba wziąć się w garść prosta droga do myśli, że jest się mięczakiem, bo się nie umie, bo się zalega, bo jest źle. A to przecież nieprawda.

To nie usprawiedliwienie. To nieprawda. Smutek, strach są przecież częścią nas.

I dlatego tak bardzo potrzeba wtedy osoby, która to rozumie, nie chlapnie głupoty, tylko przez ten smutek poprowadzi. Pomoże, a nie wyręczy.

I pokaże, że może być pięknie. Bo przecież może.

pikfe

And the blender goes to…

Luty 4, 2011

(Dzień dobry.

Jako, że nie mam ani losujących dzieci ani losujących maszyn, trzeba uwierzyć mi na słowo. Sorry.)

Dosia!

Gratuluję 🙂 Maila poproszę.

I nagroda pocieszenia: Hordubal, jeśli życzysz sobie kupony, także proszę o maila z danymi.

Jak wiecie, w tym losowaniu brały udział tylko dwie osoby, i na tę okoliczność Dosia zapytała się mnie w komentarzach, czy żałuję, że mój blog nie jest poczytny.

Jak już napisałam, owszem, żałowałam, na początku, kiedy jeszcze byłam na Onecie. Teraz nie żałuję i mogłabym nawet napisać, że całkowicie mi to zwisa, ale tak nie jest.

Ja bym nawet nie chciała, żeby był bardziej poczytny.

Big B ma pewną sieciową aktywność, gdzie styka się z większą ilością internautów niż ja.

I dostał takiego maila, przedstawiam całą treść (uwaga, brzydkie wyrazy):

„huj ci w dupe kutafonie jebany bez szkoły pederasto pierdolony pedale bez szkoły”

(swoją drogą, jakie to kulturalne społeczeństwo, bycie bez szkoły to inwektywa!)

Pewnie spotkałoby to mnie prędzej. Czy później.

W związku z tym nie wiem, czy chciałabym się spotykać z większą ilością internautów.

Chyba podziękuję.

Kilkadziesiąt wejść dziennie całkowicie mi wystarczy 🙂

pikfe

 

A jak będzie w maju?

Luty 3, 2011

Dzień dobry.

Tak sobie leżę i myślę…

Córka rusza się w brzuchu. Kopie i się wierci. Rośnie. Gadamy trochę do niej. Chociaż jesteśmy obydwoje pod tym względem dość powściągliwi, i tak stała się w naszych głowach chyba kimś więcej niż faktycznie jest.

Wydaje się nam, że jest… takim małym dzieckiem. Rozumującym. Takim malutkim dorosłym, ewentualnie bardzo inteligentnym kociakiem.

Zdziwię się, jak nie powie „cześć, mamo!” po wyjściu z brzucha.

W takim wydaniu, w jakim można (w granicach rozsądku) traktujemy córkę jak domownika. Mówi się do niej nie dlatego, że TAK TRZEBA (i jeszcze najlepiej streszczać historię kultury), tylko dlatego, że obydwoje mamy taką potrzebę. Czasem się z nią skomunikować, tak jak ze sobą.

A przecież urodzi się i będzie mało kontaktowa, w tym pierwszym okresie oczywiście. Nie będzie gadała, nie będzie nas rozumiała i to będzie bardzo namacalne. Ledwo co będzie nas widziała.

A przecież traktujemy ją jak normalsa… mówimy z ironią, żartujemy, jak między sobą.

Dziwne odczucie.

I druga rzecz: z jednej strony chciałabym, żeby był już maj i cała historia zakończyła się happy-endem.

Ale z drugiej, przyjdzie maj i nagle okaże się, że… jestem pusta, bez brzucha. Że wracam do normalnych, z mojego – mimo wszystko przecież – uprzywilejowanego w tej chwili, miejsca. Nie tylko trzeba będzie się przestawić na posiadanie dziecka, ale też na powrót do normalnego, zwykłego życia.

Nie zaprzeczam, to ma bardzo dużo plusów, ale… jakoś trochę wzbudza moje obawy. To pierwsze rozstanie z dzieckiem wzbudza moje obawy.

Ona będzie na zewnątrz, a nie we mnie.

To dopiero będzie dziwne.

pikfe