Archiwum dla Grudzień 2010

Sylwestrowe wyznanie.

31 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Jakoś nie cenię Sylwestra jako dnia świątecznego. W moim odczuciu niczego nie kończy ani nie zaczyna. Nie czuję się rok starsza, nie w głowie mi podsumowania, a postanowienia robię tak często, że te noworoczne zaginęłyby w tłumie.

Razem z Big B nie wybywamy, nie świętujemy, nie akcentujemy tego dnia. Taaaak, siedzimy w domu. Może obejrzymy jakiś film, może poczytamy albo…

I tu właśnie wyznanie: zdarza się Wam robić czasem, napadowo, coś całkiem głupiego i bez sensu?

Moją piętą achillesową są głupie internetowe gierki. Od czasu do czasu (raczej nie częściej niż raz na kwartał) NIC nie oderwie mnie od komputera, gdzie wyszukuję głupot w stylu Jane’s Hotel albo Pet Hospital albo Zielone Imperium albo Fashion Tycoon albo Fast Doctor… I potrafię spędzić bite dwa, trzy, cztery dni przy kompie nawalając w te głupoty. Jak ćpun.

Aż w końcu przychodzi moment (zawsze), że odpalam Internet i na samą myśl o głupich gierkach robi mi się niedobrze.

Gaśnie mój fanatyczny entuzjazm i bezgraniczne oddanie.

Lubię ten moment. Mam nadzieję, że niebawem nadejdzie.

Nie będę jednak w ramach postanowień przysięgać sobie, że już nigdy nie zagram w te głupstwa, bo to mało realne.

Jedni piją, inni pewnie znajdują swoje różnorakie sposoby, a ja mam internetowe gierki, żeby się zresetować.

Bo taki reset czasem jest potrzebny.

Czego wszystkim życzę, ale może w mniej głupkowaty sposób.

pikfe

Informacja dla czytających.

27 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Dziś tylko chwilka, w zasadzie trochę reklamowy wpis, ale chyba warto.

Empik przysłał mi maila, że dziś (26-27 grudnia) wszystkie zamówione na empik.com książki (z dostępnością 24h) są tańsze o 30%.

Można poszukać czegoś, o czym się myślało. Ja właśnie buszuję.

pikfe

Wesołych Świąt!

24 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Wszystkiego, co najpiękniejsze.

Miłości.

Spokoju.

Cierpliwości.

Zdrowia.

Wytrwałości.

Szczęścia.

Bliskości.

życzy

Wam Wszystkim

pikfe

z Big B

i kotami.

Atmosfera Świąt.

19 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Dużo się ostatnio w Internecie pisze o Świętach i braku atmosfery Świąt, wszechogarniającej komercji i wielkim żarciu. O ciągłym kupowaniu, utraceniu religijnego ducha, złości i nienawiści, która nawet w Święta nie mija.

Ja cudów nie oczekuję. Ograniczam się (jeszcze? na zawsze?) do uprawy własnego ogródka.

Jeśli ktoś ma ochotę stać trzy godziny w markecie – jego sprawa.

Jeśli inny spędza popołudnia w CH, może lubi?

Siedzieć i jeść przez trzy dni? Skoro inaczej nie umie. Albo też cały rok czeka na trzy dni obżarstwa.

Na to, jakie będą nasze Święta pracowaliśmy cały rok. Cały grudzień też. W trzy dni nic się nie zmieni.

A zarzuty o komercjalizację? Wiecie, ja jej tak za bardzo nie odczuwam. I chyba nigdy nie odczuwałam. Wydaje mi się, że jest jednak tak, że to my się komercjalizujemy, a nie oni komercjalizują nas.

Owszem, kupuję.

Prezenty. To dla mnie jedna z większych przyjemności Świąt – kupowanie, pakowanie, dawanie prezentów. I tak, uderzyliśmy do CH. Słuchaliśmy jakiegoś tandetnego Jingle Bells patrząc na plastikową kukłę Mikołaja. I co? Ja mam w pamięci widok mojej (kiczowatej?) lipy, kiczowata szopka nic tu nie zmienia.

Innym ludziom taka szopka sprawia frajdę i przyjemność? I świetnie.

Kupiłam też parę rzeczy do domu. Świąteczne poduchy, lampiony dla ozdoby – sprawia mi to frajdę. I świeczka zapalona w tym lampionie, pod czerwonym jabłkiem wiszącym na lipie (ku ozdobie, dla ptaków) pomaga mi poczuć Ducha Świąt. Lipa wygląda wyjątkowo, jak nigdy w roku.

Czy ja oczekuję od Big B, żeby roztkliwiał się nad tym lapionem? No nie. On nigdy się nad nim nie roztkliwi, woli w Święta święty spokój i jakąś fajną strzelankę albo strategię. I świetnie.

Spędzam (cóż, na miarę moich obecnych możliwości) więcej czasu w kuchni. Nie dlatego, że mam mus, tylko dlatego, że mam ochotę zrobić coś wyjątkowego. Trochę tak, jak – w moim odczuciu – u Virginii, skąd zresztą wzięłam przepisy, ponieważ dopiero szukam moich świątecznych przysmaków.

I wczoraj postanowiłam spędzić wieczór w kuchni, robiąc Laski Świętego Mikołaja. Z początku było tragicznie, gdyż zamiast Lasek Świętego Mikołaja wyszła mi Kupa Kota:

Potem przyszedł Big B, popłakaliśmy się ze śmiechu, bo to wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciu. Potem mi pomógł (wyciskał ciasto z foliaka, a ja je formowałam) i wyszło TROSZKĘ lepiej, choć brak u mnie zdolności manualnych powoduje, że z Laską Świętego Mikołaja niewiele to ma wspólnego.

I czy to był znój i mordęga? Otóż, nie był, bo razem potrafiliśmy tak to zorganizować, że nie był. Big B pomógł mi w potrzebie (kuchnia to raczej moja działka), za co jestem mu wdzięczna ponieważ kompletnie nie dawałam sobie rady z wyciskaniem z foliaka. Ja nie mam ciśnienia na IDEALNE LASKI ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA,więc nie odczuwam frustracji. A do tego jeszcze świetnie się ubawiliśmy i spędziliśmy razem czas.

I jeszcze inna sprawa: czy ja muszę się w Święta jednać z bliskimi, którzy bliscy mi nie są? Składać im fałszywe życzenia? Bo są Święta? W moim odczuciu Święta nic tu nie zmieniają.

Cudownie jest, jeśli ktoś umie pojednać się w Wigilię i to pojednanie zostaje na stałe czyste i niefałszywe, ale trzeba być Herkulesem, żeby oczyścić stajnie Augiasza, a nie raz i nie dwa przez tyle lat syf się zbiera.

Ja bym od siebie takiej siły nie oczekiwała. Dlatego zamierzam zachowywać się normalnie, na nikogo nie wrzeszczeć i do nikogo się nie przymilać. Pomogę, jeśli będę potrzebna, ale przecież nie dlatego, że są Święta.

Wiem, że nie każdy odczuwa tak, jak ja. Nie każdy cieszyłby się będąc na moim miejscu, a niektórzy być może byliby jeszcze szczęśliwsi.

Nie każdemu chce się wstać wcześnie rano i pojechać na zakupy wtedy, kiedy jeszcze nie ma ludzi. A wcześniej zrobić listę i kupić wszystko, czego potrzeba i nic więcej.

Nie każdy znajduje przyjemność w kupowaniu prezentów i nie każdy organizuje to tak, że wychodzi miło i sympatycznie, a nie w tłumie i w nerwach.

W końcu, nie każdy ma cierpliwość, żeby znieść te parę niedogodności po to, żeby te Święta były przyjemniejsze.

Dobrze czy źle? Nic mnie do tego.

Czasem mam tylko wrażenie, że każdy potrafi narzekać.

Na korki.

Na tłumy.

Na obżarstwo i opilstwo.

Na rodzinę.

Na znajomych.

Na markety.

Na komercjalizację.

Na pogodę.

Na wrzask i pośpiech.

Na nerwy.

Na gotowanie.

Na sprzątanie.

I na inne.

Ja się tym nie przejmuję.

Święta są w nas.

pikfe

Wiejscy mieszkańcy.

17 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Dziś masa zdjęć, bo naprawdę nie wiem, na jakie się zdecydować.

Otóż przedwczoraj, kiedy leżałam w łóżku (niestety, teraz zdarza mi się to co drugi dzień. Po takim leżącym dniu jest lepiej i wstaję, ale po chodzącym jest gorzej i znów muszę leżeć), Big B przyszedł do mojego smętnego pokoiku, zamkniętego w dodatku przed kotami, wyjrzał przez okno i kazał szybko wstawać.

Oto, co zobaczyliśmy – tuż przy mojej rabacie, jakieś pięćdziesiąt metrów od Domku.

Big B pognał po aparat, przyniósł mi statyw i pół popołudnia mogłam obserwować lisa.

Nie jest świetny?

Jak już kiedyś pisałam a propos kozic, obserwacje zwierząt są dla mnie zajęciem fascynującym, choć część z Was uzna je pewnie za tak ciekawe, jak łowienie ryb. Zwierzęta mają w zasadzie dość wąski repertuar zachować (zwłaszcza dla laika) – lis przez jakieś pół godziny próbował się wygodnie ułożyć oraz namiętnie się drapał. I poza tym nic.

Ale był piękny, dziki, zimowy.

Lis na wsi to raczej nic nowego. W tym roku, w trakcie kwitnienia (pod koniec) widzieliśmy w sadzie liska – szczeniaka, wyglądał przepięknie.

I ja nie miałabym nic przeciwko odpoczynkowi w słońcu, na śniegu, gdyby nie to, co zobaczyłam później.

I chwilę przed wejściem do nory:

Nie mam nic przeciwko lisom, nie boję się ich (wychodząc z założenia, że jednak one bardziej boją się mnie), ale to jest parka… Przeczytałam w Internecie, że one teraz dobierają się w pary, w marcu rodzą się młode, które w maju zaczynają funkcjonować coraz bardziej samodzielnie.

Po pierwsze, mamy koty i psy. Oczywiście, są szczepione przeciwko wściekliźnie, ale walka z lisem jakoś mi się nie widzi za wesoło. Nie wypuszczę teraz psów na noc, boję się. Siódmy też ma przymusowy areszt domowy. Lisy nie wyglądają na wściekłe, ale przecież ja nie jestem weterynarzem, mam tylko gugla.

Po drugie, w maju te liski zaczną tu harcować, a jak damy radę, w tym samym miesiącu wrócę tu z krasnalem. Mieszkamy na wsi, Domek nie jest ogrodzony od lisów. Bałabym się zostawić dzieciaka nawet na chwilę.

I co mam zrobić? W takich chwilach bardzo brakuje mi mojego dziadka leśnika, który na pewno by mi doradził, co zrobić.

Musimy je chyba przegonić, ale podobno w przypadku lisów to nie jest wcale takie łatwe. NA PEWNO ich nie otruję, co niektórzy sugerowali – wydaje mi się to tak cholernie bestialskie, że nie biorę takiego rozwiązania pod uwagę.

Można zastosować kopciucha, ale też inną, alternatywną metodę… czytałam kiedyś świetną książkę, Nie taki straszny wilk Farley’a Mowata. Gość zamieszkał na pustkowiu nieopodal wilczej rodziny. Opisuje swoje perypetie w zabawny sposób, a książka – jeśli ktoś lubi literaturę faktu o zwierzętach – godna polecenia.

Mowat stanął przed dylematem zaznaczenia swojego terytorium, co – jak wiadomo – wilki robią za pomocą moczu. Nie było to ponoć łatwe (faceci chyba nie mają umiejętności podsikiwania), ale dał radę i zadziałało świetnie. Wilk podchodził do obsikanego przez Mowata kamienia, wąchał i odchodził na swoje terytorium. Może namówię Big B i on też spróbuje? 🙂 W końcu jest samcem, tak?

Ostatecznie można je też odstrzelić (co wydaje mi się najbardziej humanitarne z rozwiązań ostatecznych), a znajomych myśliwych akurat nie brak. Wolałabym jednak je wypłoszyć. Niech zmienią norkę. Ostatecznie to dzikie zwierzęta, tak blisko ludzkich siedzib nie powinny przebywać.

Wiadomo, najlepiej byłoby złapać je w pułapkę i wywieźć, ale ja się na tym kompletnie nie znam. Może powinnam zadzwonić do jakiegoś leśnika?

Chyba właśnie tak zrobię, może on mi coś rozsądnego doradzi. Okropne są takie dylematy.

Po południu, kiedy lisy miały porę sjesty, wyjrzałam znów i zobaczyłam inne zwierzę, mające akurat ucztę.

Wydaje mi się, że to pustułka, ale poprawcie mnie jeśli się mylę.

Szczątki tego czegoś, co jeszcze niedawno było (prawdopodobnie, bo są najpospolitsze) wróbelkiem, widać dość dokładnie.

Wiecie, że lubię życie na wsi, a już obserwacje zwierząt to coś, co cenię bardzo wysoko. Nie ma może u nas jakiś tabunów dzikich zwierząt (a szkoda), ale i tak jestem zachwycona. Szkoda tylko, że musimy te liski przegonić.

pikfe

 

Miła niespodzianka.

16 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Nie chciałabym zanudzić Szanownych Czytelników opowieściami o  ciąży i lekarzach, tudzież sprawić, że mój blog stanie się miejscem, gdzie się wyfrustrowuję. I tak powiem tylko, że umówiłam się na dodatkowe konsultacje, a jak coś się wyjaśni – dam znać.

Tymczasem wczoraj spotkała mnie miła niespodzianka: zajrzałam na stronę bloga Metamorfozy bez retuszu i okazało się, że wylosowałam nagrodę w candy, nawet nie biorąc w nim udziału. Nie miło zobaczyć coś takiego z zaskoczenia?

Ów niespodziankę zawdzięczam niewyspaniu i pewnej Małej dziewczynce, która szczęśliwie wylosowała karteczkę, której nie powinna. I wierzcie lub nie, sprawiło mi to wielką radość, zwłaszcza, że ostatnio jestem dziko w temacie Świąt i przepuściłabym każde pieniądze w sklepach internetowych, a tu niespodzianka sama do mnie przyfrunie 🙂

(Małe sprostowanie: myślałam, że laleczka jest prezentem, ale jest jeszcze lepiej – jest nim niespodzianka, laleczka jest do dekoracji, taka hostessa). 🙂

Wracając jednak do sklepów, na szczęście (powiem teraz coś niepopularnego) mamy z Big B taki układ, że większą kasę trzyma (pilnuje) on, więc może na jakiegoś chudego karpia nam wystarczy 😉 Generalnie umiem nie wydawać, ale czasem zdarza się, że odbija mi szajba, wpadam w ciąg i dobrze, żeby był ktoś, kto wyciąga pomocną dłoń… nawet jeśli jest ona tylko lekko otrzeźwiającym spojrzeniem.

Dodam, że szperanie po sklepach internetowych jest znacznie łatwiejsze, kiedy ma się mały komputerek podłączony do szybkiego Internetu i będąc zdrową, spędza się całe dnie na leżeniu w łóżku. Odbiła mi nieco szajba, przyznaję, ale mam już wewnętrznego bana na te wszystkie straszne sklepy, gdzie można kupić takie cudeńka…

Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu http://www.scandidecor.pl/

Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu: http://www.fiorello.pl

Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu: http://www.nordljus.net

Big B nie rozumie mojego zamiłowania do małych, ślicznych figurynek. Kiedy w Zakopanem wpadałam z rozpędem i ekstazą na twarzy w stoiska na Krupówkach, patrzył z lekkim zdziwieniem i przerażeniem, a potem wyznał mi, że zawsze zastanawiał kto u licha kupuje tę tandetę i badziewie 😉

A jutro będzie o zwierzętach 🙂

pikfe

 

 

Frustracje.

15 grudnia, 2010

Dzień dobry.

I znów leżę w łóżku, na szczęście nie szpitalnym. Brzuch mnie boli, a podobno nie powinien. Tak więc leżę, czego nie lubię, ale jeszcze bardziej nie lubię nie wiedzieć, co mnie i małemu/małej jest.

Bo ja nie wiem, czy Wy wiecie, że pobyt w szpitalu był niezbyt owocny i w badania i w diagnozy.

Z zapowiedzią poronienia trafiłam na oddział patologii ciąży, gdzie przez sobotę i niedzielę widziałam lekarza dwa razy przez dziesięć sekund. Pobrano mi krew do morfologii i mocz do analizy oraz podawano leki, które biorę sama w domu.

USG dopiero w poniedziałek, ale po obchodzie.

Badanie ginekologiczne praktycznie po wypisie, bo się domagałam! I słusznie, jak się okazało.

Do domu z receptą na nospę i progesteron. Właściwie to wystarczyłaby po prostu wizyta.

Dlaczego stało się tak, jak się stało? Czemu mam zagrożoną ciążę? Co to powoduje?

Coś powoduje, tyle wiem od lekarzy.

Ale czy myślicie, że ktoś zapytał, czy mam w domu zwierzęta (toksoplazmoza – ja się badam na własną rękę, więc wiem, że nie) albo czy w rodzinie są choroby tarczycy i czy robiłam takie badania? Nie, nikt nie zapytał. W zasadzie to o nic nikt nie pytał.

A o ilu rzeczach ja, zwykły kulturoznawca, po prostu nie wiem? Przecież nie jestem lekarzem, nie znam zagrożeń!

We wtorek czekali z obchodem prawie do 9, bo pili kawkę. A położne budzą nas o 6 rano i pewnie tylko kobieta, która była w ciąży jest w stanie wyobrazić sobie, co to znaczy nie zjeść nic od 6 do 9 będąc w ciąży. Dodam, że to był raczej obieg niż obchód. Mój nędzny przypadek zajął lekarzy na całe 3-4 minuty. A cały oddział kobit męczył się na głodniaka 3 godziny!

Nie, nie, wcale nie każę przychodzić lekarzom do pracy na 6 rano, ale o 8 mogliby ten obchód zaczynać.

Bo obiegu znikali z pola widzenia, zwłaszcza Ci, którzy nie mieli ŻADNYCH pacjentek na oddziale (dlaczego moja lekarka miała pod opieką 9 kobiet, a co najmniej czterech lekarzy – ani jednej? Ja bardzo bym chciała wiedzieć, co taki lekarz robi w czasie pracy już wcale nie tak tragicznie płatnej).  Chyba nie myślicie, że po obiegu lekarz przychodzi jeszcze do pacjenta. Wolne żarty.

Szukam teraz innego lekarza, bo nie chcę znowu trafić do szpitala po telefonie do mojego. Pójdę tam i cała bajka się powtórzy? Krew, mocz, USG, nospa i do domu? Leżeć mogę w domu, nospę biorę zgodnie z zaleceniami, a po prostu nie wierzę, że oni cokolwiek w tym szpitalu zrobią i nie chcę tam wracać. Gdyby cała akcja trwała 24 godziny – przychodzę, raz-dwa badanie ginekologiczne, usg, pobrania, a następnego dnia wyniki, diagnoza i do domu –  ostatecznie jestem w stanie to przeżyć. Ale nie będzie, dam sobie rękę uciąć. Pomorduję się tam na pryczy i z więziennym wiktem, a potem znów będzie to samo.

Kiedy poskarżyłam się, że boli mnie brzuch, dostałam nospę domięśniowo w tyłek. Przestał, fakt, ale chciałbym, żeby leczyli przyczyny, a nie skutki, a przyczyną nikt się nie zainteresował.

A żeby przyjąć kobietę zagrożoną poronieniem i nie zrobić na wejściu usg?

Wiecie, nie leczę się wujkiem guglem i nie uważam, żebym była mądrzejsza od lekarzy, ale miło byłoby gdyby oni trochę bardziej przykładali się do swojej pracy.

Dlatego uderzam prywatnie. Płać, płacz i lecz się sam, a oni kawkę niech piją, aż w końcu ktoś to towarzystwo pogoni.

pikfe

 

Śnieżna sobota.

11 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Co tu dużo gadać, znowu nas zasypuje. Przy czym – co już wiadomo – my w gruncie rzeczy się z tego cieszymy.

Jeśli chodzi o prezenty w tym roku, to szczerze mówiąc nawet nie wiem od czego zacząć. Poprzednio jakoś nieźle nam szło, zwykle wyrabialiśmy się przed czasem ( i – mam nadzieję – nie dawaliśmy rzeczy, które potem obdarowani sprzedawali na allegro za złotówkę, bo nikt więcej nie chciał dać), a teraz jest ciężko. Ja jestem trochę uziemiona w domu – miałam wybrać się Do Miasta w tym tygodniu, ale pech chciał, że ciało wybrało się do szpitala. A znowu załatwiać wszystko na wariata w jeden dzień?

Tymczasem Święta tuż, tuż.

Dziś małe koty urządziły sobie pływalnię w misce z wodą, co oczywiście zakończyło się wylaniem wszystkiego na podłogę. Big B doprawił potem herbatą z sokiem malinowym…

Sikorki nadal się nie pojawiają – choć Big B twierdzi, że jedzą wtedy, kiedy my nie patrzymy. Bandyta oczywiście wmiata wszystko, co mu damy, a Siódmy – o dziwo! – częściej wychodzi na dwór, ale i tak za mało. Jest ogólnie dużym kotem, ale weterynarz ostatnio go zważył i … może powinnam przyjmować zakłady?

Pięć kilogramów i czterysta gramów. Bestia, co? Tutaj razem z Białą.

Małe koty za to rozkochały się w filetach z kurczaka i dzięki za to, bo wychodzi taniej niż karma w saszetkach, a jest i bardziej treściwe. Z różnych whiskasów i perfect fitów po wyschnięciu zostają takie malutkie, czarne skwareczki.

Podejrzewamy projektanta tego fotela (na którym śpią koty)  o posiadanie kota i skryty zamach na klientów poprzez zaprojektowanie fotela dla kotów, sprzedawanego potem jako fotel dla ludzi 😉

Swoją drogą, tłuszcze Siódmego widać tu całkiem dobrze.

Oglądałam ostatnio sporo zdjęć Ze Wsi, z lata, z wiosny… pamiętacie, jak zielono tu było? Ponieważ to też jest wpis z serii „taki zwykły dzień” odsyłam tutaj.

Sad wygląda teraz nieco inaczej.

Od kiedy mieszkam Na Wsi dużo bardziej odczuwam zmiany pór roku. Nie tylko wiosny na lato i lata na zimę, ale też wczesnej wiosny na trochę późniejszą, nie mówiąc już o jesieni. Kwitną inne rośliny, inne jest światło słońca, inne są dni i noce. Inne ptaki śpiewają.

Czeka się na kwitnienie, potem na zawiązywanie i na opad czerwcowy. Każdego dnia obserwuje się pogodę, czy aby nie grad, czy aby nie za sucho. Każdego dnia jabłka są większe, aż do samych zbiorów na jesieni. Człowiek patrzy potem na marniejące liście, aż do zimowej golizny drzew.

Teraz, po obejrzeniu tych zdjęć z lata, brakuje pięknej lipy i zielonej trawy, doniczek i  skrzynek z kwiatami.

Właśnie tam mieszka Bandyta. Siedzi sobie czasem za dnia w tym okienku i spogląda na podwórko.

Trzymajcie się ciepło w śnieżną sobotę.

pikfe

Siedem mordek do wykarmienia.

9 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Na szczęście już nie te widoki…

… witają mnie rano. Lepiej mi od samego bycia w domu. Czuję się nawet nieźle, ale brzuch daje o sobie znać, biorę leki i naprawdę dużo odpoczywam. Nie jestem jakaś bardzo użyteczna, ale nie o użyteczność mą teraz się najbardziej rozchodzi.

Big B jeszcze kiedy byłam w szpitalu powiedział mi, że mamy nowego kota. Oczywiście nie w domu, tylko na zewnątrz. To dzikusek, który zamieszkał w budynku gospodarczym (dla zorientowanych – w Unesco) i którego Big B zaczął podkarmiać.

Wstyd nie dokarmiać teraz zwierząt, a ten wygląda na mocno wybidzonego – choć futra bardzo grubego w bród. Zajada aż mu się uszy trzęsą.

Musimy zanieść mu do Unesco jakiś karton i kocyk (albo skrzynkę i słomę, zobaczymy), bo przy -20 to i tam zimno, a jeszcze do tego wieje.

Tak więc mamy teraz siedem kotów, które karmimy – Dziewczynę, Siódmego (to stali rezydenci), Kota Big B, Białego Ogona, Szatana, Białą (to maluchy) i Bandytę (dzikus). Finansowej mocy to nie dodaje.

(na marginesie: Biała i Biały Ogon mają już właścicieli, ale Kot Big B i Szatan nadal swoich szukają)

Jednakże w związku z pojawieniem się nowego kota, dość zuchwałego nawet (albo bardzo głodnego) pojawiają się także problemy terytorialne. Siódmy przegrał niestety pyskówę i wycofał się do domu i ja musiałam bronić honoru podwórka. Wychyliłam powoli głowę – tak, żeby nie przestraszyć Bandyty swoją obecnością – i musiałam porządnie i po kociemu powarczeć. Chwilę tak na siebie warczeliśmy i w końcu Bandyta się wycofał.

On (chyba) nie podchodzi pod dom od tamtego czasu, a dla porządku Big B przestawił mu jeszcze miseczkę bliżej Unesco.

Raczej nie zaczynajcie ze mną walki o podwórko 😉

Na tym zdjęciu widać puchatość ogona naszego nowego podwórkowego rezydenta. Nie jest zjeżony, tylko nieco sfilcowany i bardzo, bardzo zimowy.

Bandyta nie wygląda również tak groźnie, jak na zdjęciach. On się nie szczerzy złowrogo, tylko w pośpiechu pożera.

Ciekawe, jak długo z nami pomieszka. Właściwie to powinniśmy go złapać i sprawdzić płeć. Jeśli to kotka – koniecznie wysterylizować. Tylko jak ją złapać? Podobno dzikie kotki są dużo sprytniejsze od kocurów, którym wystarczy kawałek tuńczyka i wlezą wszędzie. Big B będzie musiał powalczyć.

Tej śnieżnej, mroźnej zimy dokarmiajcie zwierzęta, nawet jeśli macie ich już sześć 😉

pikfe

 

Wreszcie.

7 grudnia, 2010

Dzień dobry.

Ciepło zamiast piekielnej duchoty zmieszanej z lekkim smrodkiem; puchata kołdra zamiast dwudziestoletniego koca powleczonego pocerowanym czymś; łóżko zamiast pryczy; pokoje bez telewizorów; bardzo wolny Internet. Jestem znowu w domu.

Zobaczyłam, jak męczą się kobiety po terminie; posłuchałam różnych historii o lekarzach – jak zawsze i jak każdy, dobrych i złych; rozmawiałam z przyszłą mamą dwóch bliźniaczek; próbowałam dowiedzieć się, co też konkretnie mi się przytrafiło; żartowałam z położnymi (ale bez jakiegoś szału); skorzystałam bardzo z mojego cudnego, nowego komputerka; jadłam zupy no-name; wkurzałam się na służbę zdrowia; cierpiałam męki na mojej pryczy; widziałam kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, która wyglądała jak anorektyczka i taką, która wyglądała jak spory czołg; roztrzaskał mnie brak papieru toaletowego w łazience; nudziłam się niewymownie. Wreszcie, odetchnęłam z ulgą, kiedy lekarze zarządzili, że mnie wypisują.

Dostałam lekarstwa i nakaz oszczędnego tryby życia, częste odpoczynki, żadnych  szaleństw, żadnego dźwigania, unikanie samochodów… Mam w każdym razie mocno uważać.  Dobrze, że przynajmniej nie muszę cały czas leżeć. Czemu jednak przydarzyło się tak, jak się przydarzyło, skąd bóle i skurcze – tego nikt nie wie.

I chyba zostanę cukiernikiem – szkoda, że nie mam za dużego zbytu, bo mogłabym piec codziennie, ale sama nie tykam. Tak mi się dziwnie porobiło. I nawet szpital tego nie zabił. Od czwartku mam gotowe ciasto na gwiazdkowe pierniki 🙂

pikfe

P.S. Wracając jeszcze do szpitalnego jedzenia – dziś na śniadanie dostałam coś, co wyglądało, jak rzygi mojego kota. Przysięgam. Okazało się być wariantem pasty jajecznej.