Sytuacje.

Dzień dobry.

Ostatnio przytrafiły mi się dwie sytuacje. Cóż, nazwałam je „państwową” i „prywatną”, może nieco tendencyjnie, ale oceńcie sami.

Sytuacja „państwowa”.

Duży, wojewódzki szpital, odwiedzany w dużej mierze przez kobiety w ciąży.
Dojeżdżam tam Ze Wsi kilkadziesiąt kilometrów, trwa to wszystko prawie dwie godziny pociągiem i godzinę komunikacją miejską. Jeśli wstaję o siódmej, już o jedenastej jestem na miejscu. Ale ok, nie skarżę się (choć nie mam nic przeciwko TGV), sama wybrałam ten szpital.

Miałam skierowania na podstawowe badania – krew, grupę krwi, mocz i toxo. Taszczyłam siki kilkadziesiąt kilometrów pociągiem.
Docieram na miejsce lekko wyczerpana i pokazuję pani w okienku skierowanie, a ona do mnie, że przyszłam za późno.
Ja zatem grzecznie, że dobrze, niech mi morfologii nie robi (choć w takiej Anglii nie trzeba być na czczo), tylko niech grupę krwi i toxo.
A ona, że tylko toxo może, bo grupę krwi można do 9 i  na czczo.
– Jak to na czczo? – pytam – Grupę krwi? (Zdziwienie moje naprawdę było wielkie – zjem biały ser na śniadanie i + zmieni mi się na – ?! Zjem parówki i zamiast A będzie B?! Chociaż po parówkach… 😉
– Zarządzenie kierownika.
Odpowiadam więc, z lekka już wściekła, że niech będzie tylko to toxo i mówię, że zostawię mocz, a pani w okienku na to, że nie. Informuję więc, że mocz jest na czczo, ale pani na to, że to nie ważne, bo ona go nie przyjmie i tak.
– Ale pani nic nie musi robić! – mówię nieco mniej grzecznie, patrząc na cztery panie, które siedzą w tym samym pokoiku i nic nie robią.
– Zarządzenie kierownika. Mocz do dziewiątej.

Pani z okienka pobrała mi krew na toxo. Dobrze, że nie wbiłam jej strzykawki nie-powiem-gdzie. Może poszłaby z pretensją do kierownika.

I tak, zrobiłam tylko toxo, a resztę już na własny koszt u siebie Na Wsi, ponieważ do dużego, wojewódzkiego szpitala kobiety w ciąży muszą się z całego województwa zjeżdżać przed dziewiątą, żeby zrobić badanie moczu.

Sytuacja „prywatna”.

Chyba tego samego dnia poszłam zjeść coś w Mieście. Głód dopada zdradliwie i wolałam coś bezpiecznego (np. pierogi na słodko), ale akurat żadnego bezpiecznego miejsca nie znalazłam, więc poszłam do francuskiej restauracji, w której jeszcze nie byłam. Wystrój bardzo ładny, kelnerki bardzo miłe i świetnie ubrane, fajna atmosfera.
Wybrałam zupę selerową (byłam ciekawa, ponieważ sama robię) i filet z łososia na liściach szpinaku z ziemniakami w delikatnym sosie kurkowym. Brzmi znakomicie, prawda?
Zupa była smaczna, ale moja jest porównywalna, więc też bez szału. Tak, tak, ja wiem, że to nie „trzy gwiazdki” Michelina, ale lubię zjeść w knajpie lepiej niż w domu.
Ale potem to była już tragedia – jak może wiecie, Francuzi raczej nie mieszają jedzenia na jednym talerzu. Zjedzą najpierw sałatę, potem mięso.
Ja dostałam breję – jeśli liście szpinaku zwizualizowały się Wam jako duże, zielone i jędrne, to niestety porażka, bo to była mrożona brejka Bonduelle (wiem, bo używam ich do zupy szpinakowej). Obok leżały trzy pyry, niesłone. Ja jestem dziwna i sumie to nawet lubię niesłone ziemniaki, ale jak mam ochotę i sama je zrobię (albo jak zapomnę ich posolić). Tuż obok leżał nieszczęsny filet, całkowicie zalany sosem z kurek, który to sos zalewał także szpinak i pyry.
Może gdybym nie była w ciąży, byłabym mniej marudna, ale niestety – nie byłam w stanie tego zjeść. Mdliło mnie, bo to był jeszcze pierwszy trymestr. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, więc kiedy kelnerka przyszła zabrać moją ledwo tkniętą porcję i zapytała się, czy mi smakowało (dziwne pytanie, swoją drogą), odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że niestety nie i poprosiłam o rachunek.

Jakież było moje zdziwienie, gdy rachunek przyniosła mi menadżerka lokalu, zapytała się grzecznie o moje uwagi, przeprosiła i powiedziała, że oni oczywiście nie wliczą drugiego dania do rachunku. I nie wliczyli.

Cholera, lokal nie jest ekskluzywny (zupa kosztowała mnie 11 złotych i nie było jej tyle, co kot napłakał) i ja też nie wyglądałam na degustatora Michelina, więc byłam naprawdę zdziwiona.

I co Wy na to?
Bo być może menadżerka pogoniła kucharza za nieposolone ziemniaki, ale jestem pewna, że pani ze szpitala i jej cztery koleżanki miały po moim wyjściu kolejne bardzo spokojne i leniwe popołudnie w pracy, mając być może nadzieję, że może komuś znowu uda się powiedzieć, że zarządzenie kierownika.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia

Tagi: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

7 Komentarzy w dniu “Sytuacje.”

  1. Dosia Says:

    Widzę, że trafiłam na prawdziwego smakosza :). A swoją drogą, nie uwzględniono nigdy opcji, że kobieta może się delektować jedzeniem? „Smakoszka” przecież w j. polskim nie istnieje…
    Ja już o państwowej służbie zdrowia pisałam… szkoda klawiatury, skoro państwówka nadal siedzi w prl-u. Dziwne, że za głupie czekoladki albo kawę skaczą wokół człowieka jak piłeczki kauczukowe

  2. poprostuzycie Says:

    normalnie kompletnie zaskoczenie w takiej knajpie, tak fajnie potraktowali 🙂 przynajmniej byli w porządku 🙂 Pozdrawiam 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: