Archiwum dla Listopad 2010

Dezorganizacja.

Listopad 24, 2010

Dzień dobry.

Prawdziwa, gigantyczna dezorganizacja wkradła się jakoś w moje życie. Dni są krótkie, na nic nie wystarcza mi czasu, a nic wielkiego nie robię. Wstyd.

Pamiętam, że było tak, kiedy pierwszy raz rzucałam palenie. I wiem, z czego to wynika, ale tak średnio wiem, jak sobie z tym radzić. Otóż dopadła mnie dekoncentracja.

Myślę, że od ciąży (wtedy od rzucania palenia).

To nie jest byle jakaś tam dekoncentracja. To potwór, który sprawia, że się nudzę (co generalnie jest mi obce). Snuję się po domu, bo nie potrafię znaleźć sobie nic do roboty – co wcale nie znaczy, że nic do roboty nie ma.

Przeczytanie artykułu w Polityce to wielki wyczyn. Od trzech tygodni czytam tę samą książkę, po parę stroniczek wieczorem. W pociągu najmilej jest mi wyglądać przez okno, w ostateczności czytać tzw. artykuły w  Wyborczej. Filmy mnie nudzą i nie chce mi się ich oglądać. Pewnie mogłabym gapić się w TV, ale na szczęście nie mamy.

Jestem rozkojarzona jak jasna cholera. Zapominam, co miałam powiedzieć. Zapominam o tym, co miałam zrobić. Kojarzenie faktów przebiega z najwyższym trudem. Męczę się jak diabli.

Ostatnio nawet złamałam swoje żelazne, prywatne bany internetowe i odpaliłam strony typu Pudelek i WP (bo zamiast przed TV można siedzieć przed Internetem i równie głupio – np. czytając Pudelka – zmarnować czas. Stąd bany, których normalnie bezlitośnie przestrzegam).

Myśl się rwie, ucieka, gna, czasem nawet nie daje mi zasnąć, bo nie mogę jej okiełznać.

Jakieś pomysły?

pikfe

Sytuacje.

Listopad 18, 2010

Dzień dobry.

Ostatnio przytrafiły mi się dwie sytuacje. Cóż, nazwałam je „państwową” i „prywatną”, może nieco tendencyjnie, ale oceńcie sami.

Sytuacja „państwowa”.

Duży, wojewódzki szpital, odwiedzany w dużej mierze przez kobiety w ciąży.
Dojeżdżam tam Ze Wsi kilkadziesiąt kilometrów, trwa to wszystko prawie dwie godziny pociągiem i godzinę komunikacją miejską. Jeśli wstaję o siódmej, już o jedenastej jestem na miejscu. Ale ok, nie skarżę się (choć nie mam nic przeciwko TGV), sama wybrałam ten szpital.

Miałam skierowania na podstawowe badania – krew, grupę krwi, mocz i toxo. Taszczyłam siki kilkadziesiąt kilometrów pociągiem.
Docieram na miejsce lekko wyczerpana i pokazuję pani w okienku skierowanie, a ona do mnie, że przyszłam za późno.
Ja zatem grzecznie, że dobrze, niech mi morfologii nie robi (choć w takiej Anglii nie trzeba być na czczo), tylko niech grupę krwi i toxo.
A ona, że tylko toxo może, bo grupę krwi można do 9 i  na czczo.
– Jak to na czczo? – pytam – Grupę krwi? (Zdziwienie moje naprawdę było wielkie – zjem biały ser na śniadanie i + zmieni mi się na – ?! Zjem parówki i zamiast A będzie B?! Chociaż po parówkach… 😉
– Zarządzenie kierownika.
Odpowiadam więc, z lekka już wściekła, że niech będzie tylko to toxo i mówię, że zostawię mocz, a pani w okienku na to, że nie. Informuję więc, że mocz jest na czczo, ale pani na to, że to nie ważne, bo ona go nie przyjmie i tak.
– Ale pani nic nie musi robić! – mówię nieco mniej grzecznie, patrząc na cztery panie, które siedzą w tym samym pokoiku i nic nie robią.
– Zarządzenie kierownika. Mocz do dziewiątej.

Pani z okienka pobrała mi krew na toxo. Dobrze, że nie wbiłam jej strzykawki nie-powiem-gdzie. Może poszłaby z pretensją do kierownika.

I tak, zrobiłam tylko toxo, a resztę już na własny koszt u siebie Na Wsi, ponieważ do dużego, wojewódzkiego szpitala kobiety w ciąży muszą się z całego województwa zjeżdżać przed dziewiątą, żeby zrobić badanie moczu.

Sytuacja „prywatna”.

Chyba tego samego dnia poszłam zjeść coś w Mieście. Głód dopada zdradliwie i wolałam coś bezpiecznego (np. pierogi na słodko), ale akurat żadnego bezpiecznego miejsca nie znalazłam, więc poszłam do francuskiej restauracji, w której jeszcze nie byłam. Wystrój bardzo ładny, kelnerki bardzo miłe i świetnie ubrane, fajna atmosfera.
Wybrałam zupę selerową (byłam ciekawa, ponieważ sama robię) i filet z łososia na liściach szpinaku z ziemniakami w delikatnym sosie kurkowym. Brzmi znakomicie, prawda?
Zupa była smaczna, ale moja jest porównywalna, więc też bez szału. Tak, tak, ja wiem, że to nie „trzy gwiazdki” Michelina, ale lubię zjeść w knajpie lepiej niż w domu.
Ale potem to była już tragedia – jak może wiecie, Francuzi raczej nie mieszają jedzenia na jednym talerzu. Zjedzą najpierw sałatę, potem mięso.
Ja dostałam breję – jeśli liście szpinaku zwizualizowały się Wam jako duże, zielone i jędrne, to niestety porażka, bo to była mrożona brejka Bonduelle (wiem, bo używam ich do zupy szpinakowej). Obok leżały trzy pyry, niesłone. Ja jestem dziwna i sumie to nawet lubię niesłone ziemniaki, ale jak mam ochotę i sama je zrobię (albo jak zapomnę ich posolić). Tuż obok leżał nieszczęsny filet, całkowicie zalany sosem z kurek, który to sos zalewał także szpinak i pyry.
Może gdybym nie była w ciąży, byłabym mniej marudna, ale niestety – nie byłam w stanie tego zjeść. Mdliło mnie, bo to był jeszcze pierwszy trymestr. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, więc kiedy kelnerka przyszła zabrać moją ledwo tkniętą porcję i zapytała się, czy mi smakowało (dziwne pytanie, swoją drogą), odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że niestety nie i poprosiłam o rachunek.

Jakież było moje zdziwienie, gdy rachunek przyniosła mi menadżerka lokalu, zapytała się grzecznie o moje uwagi, przeprosiła i powiedziała, że oni oczywiście nie wliczą drugiego dania do rachunku. I nie wliczyli.

Cholera, lokal nie jest ekskluzywny (zupa kosztowała mnie 11 złotych i nie było jej tyle, co kot napłakał) i ja też nie wyglądałam na degustatora Michelina, więc byłam naprawdę zdziwiona.

I co Wy na to?
Bo być może menadżerka pogoniła kucharza za nieposolone ziemniaki, ale jestem pewna, że pani ze szpitala i jej cztery koleżanki miały po moim wyjściu kolejne bardzo spokojne i leniwe popołudnie w pracy, mając być może nadzieję, że może komuś znowu uda się powiedzieć, że zarządzenie kierownika.

pikfe

Pamiętnika ciężarnej ciąg dalszy.

Listopad 16, 2010

Dzień dobry.

Szesnasty tydzień ma się ku końcowi, usg za nami, podobnie jak większość  doświadczeń z pierwszego trymestru.

Koniec z (nadmierną) sennością i mdłościami, psychicznie też jakby trochę lepiej.

Moge już normalnie jeść, co wykorzystuję ochoczo wchłaniając wielkie (jak na mnie) ilości pokarmów różnistych. Najświetniejsze jest to, że pomimo faktu, iż zdarzają sie dni, kiedy kursuję w zasdzie tylko pomiędzy lodówką a stołem (polecam bagietka + kozi twarożek + suszony pomidor lub też rarytas ostatnich dni – dobry chleb z pasztetem i ogórkiem kiszonym), jak do tej pory wagowo nie przytyłam ani grama. Jem dużo, ale żadnych słodyczy (poza owocowymi mentosami oczywiście, hitem tej ciąży). Nie to, żebym się hamowała specjalnie, raczej nie mam ochoty, ale kiedy mama Big B zrobiła ostatnio szarlotkę, zjadłam wielki kawałek, w dodatku z lodami. I jak Olinus Prime i kubatron przywieźli do nas sernik, żywiłam się nim cały ranek.
Oczywiście, brzuch mi urósł i to raczej nie tylko od ciąży, ale też od tłuszczu, ale za to schudły mi nogi i ręce. Będę niebawem wyglądać śmiesznie.

Zaczynają się bóle kręgosłupa, ale mój organizm postanowił przeistoczyć się w coś w rodzaju mojego prywatnego drużynowego (a ja nie jestem szczególną fanką harcerstwa – nic nie mam, ale z własnej woli nigdy bym się nie zapisała) i z rana MUSZĘ wstać się gimnastykować przez chwilę. Podobnie jak MUSZĘ też jeść, kiedy drużynowy żąda, inaczej tracę kontakt z rzeczywistością.

Usg było fajne, wszystko poszło dobrze. To wzruszające i moim zdaniem bardzo intymne doświadczenie.

Tak ogólnie rzecz ujmując, to zgodnie z Waszymi przewidywaniami, jest lepiej, choć nadal nie jest jakoś świetnie. Jak napisałam w mailu do znajomej, ja jednak lubię, jak moje ciało jest moje.

pikfe

W czasie deszczu…

Listopad 4, 2010

Dzień dobry.

… koty się nudzą.

Śmieszy mnie mój ukochany Siódmy, który teraz całe dni spędza na dworze i podrzuca nam myszy i norniki pod drzwi.

Dziś co chwila chce wyjść, pędzi do drzwi, bo chyba zapomina, że ciągle pada. Dopada do drzwi, ja je otwieram, a kot staje jak wryty. Pomruczy pod nosem i wycofuje się.

Dwa razy podjął heroiczną próbę – raz Big B zawołał go z dworu, więc Siódmy łaskawie do niego podbiegł (bo on jest trochę jak pies), ale kontakt mokrej ziemi z suchymi, ciepłymi łapkami był – sądząc z chodu – nie do zniesienia. Drugi raz sam z siebie zdecydował się na próbę, ale zawrócił prędko przy pierwszej napotkanej kałuży, która zagradzała mu drogę.

Jak pada, nasz kot woli siedzieć w chałupie.

pikfe

P.S. O małych jeszcze napiszę, ale pragnę podkreślić, że wszystkie załatwiają się już do kuwety – my ich tego nie uczyliśmy – i ani razu nie nabrudziły poza nią.

Ołtarz Umarłych.

Listopad 2, 2010

Dzień dobry.

Na wczorajszy dzień.

„W życiu jego obok cienia Mary Antrim pojawiły się jeszcze inne duchy. A choć nie poniósł może większych strat, niż to się na ogół ludziom zdarza, większą przywiązywał do nich wagę. Śmierci bliżej nie oglądał, lecz w pewnym sensie głębiej ją odczuwał. Powoli też nabrał zwyczaju liczenia swych Umarłych, bo już we wczesnych latach życia przychodziło mu na myśl, że trzeba coś dla nich uczynić. Są tam przecież, w uproszczonej postaci, sprowadzonej do samej istoty swej osobowości, świadomie nieobecni, wymownie cierpliwi, są tam, każdy z osobna, jakby im tylko odebrano mowę. Nawet gdy już całkiem przestajemy odczuwać ich istnienie, gdy już nie dochodzi do nas żaden ich głos, oni przechodzą jeszcze ciągle swój czyściec tu na ziemi; żądają tak niewiele, że otrzymują, nieszczęśni, jeszcze mniej i umierają znowu, umierają co dzień, bo życie ich źle traktuje. Pozbawieni trwałej usługi i honorów, nie mają własnego miejsca, nie mają osłony i poczucia bezpieczeństwa. Żyjącymi opiekują się nawet skąpcy, podczas gdy dla tamtych nie czynią nic nawet ci, co uchodzą za najhojniejszych. George Stransom powziął więc z biegiem lat postanowienie, że przynajmniej on coś dla nich zrobi (…) W każdym razie Stransom stwierdził po latach, że systematycznie obcuje z tymi odsuniętymi na dalszy plan weteranami, których przecież nazywał zawsze w myślach: Tamci. Poświęcał im wolne chwile, nadawał kształt swojemu miłosierdziu. Jak do tego doszło, nie umiałby pewnie wytłumaczyć, dość że oczyma wyobraźni ujrzał ołtarz – taki, na jaki w końcu stać każdego – ołtarz z płonącymi świecami, poświęcony tajemnym obrzędom. (…) Stransom zrozumiał, że religia, jaką wpoił sobie w najwcześniejszych latach, była po prostu religią Umarłych.”

Henry James, Ołtarz Umarłych w: Drzewo wiadomości i inne opowiadania, 1977, Czytelnik, strona 181 – 183