Ratownikiem być.

Dzień dobry.

Cieszę się – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – że udało się wydostać na powierzchnię chilijskich górników ( choć podobno niektórzy z piekła pod ziemią trafiali wprost do piekła na ziemi: oczekujących żon i oczekujących kochanek). Wysiłek, jaki włożono w to, żeby wyciągnąć ludzi z wnętrza Ziemi i pomóc im przetrwać, jest naprawdę imponujący i świetnie, że wszystko dobrze się skończyło.

Rozmawiałyśmy o tym wczoraj z Olinusem Prime i zeszło nam na ratowników: że ten, który zjeżdża na dół, nie ma za fajnie, że jednak strach, że nie ma pewności, że się uda, a chłop ryzykuje życie, żeby innym pomóc wpakować się do kapsuły.

Z drugiej strony – to jego zawód, taką drogę wybrał.

I przypomniał mi się wówczas trzydziesty numer kwartalnika Tatry.

Doszłam do wniosku, że w sumie ten chilijski ratownik miał super: ryzykował swoje życie, ale nie dla ludzi, którzy sami zawinili i którzy potrzebowali pomocy z powodu swojej porażającej głupoty. Katastrofa była niezależna od nich; wykazali wielką siłę ducha siedząc pod ziemią przez te pierwsze dni. Być może, jak mówią, nie są bohaterami, ale – co może strasznie brzmi – zasłużyli na ratunek.

Bo niby każdy zasługuje, tak? Ale za coś się te Nagrody Darwina przyznaje.

I wracając do Tatr – zamieszczana jest tam zawsze kronika wypadków TOPR i HZS (słowacki odpowiednik )i w numerze, który przeglądałam, opisane wypadki były naprawdę kuriozalne.

Wpół do dziesiątej, w drugiej połowie sierpnia, do ratowników dzwonią turyści, mówiąc, że utknęli gdzieś pod Rysami i potrzebują pomocy. Zostają uratowani. Okazuje się, że wyszli znad Czarnego Stawu około szóstej po południu, nie znali terenu i nie mieli ze sobą latarek.

TOPR zostaje poinformowany, że pod wierzchołkiem Kościelca siedzi osłabiony turysta, który wymaga pomocy. Pomoc zostaje mu udzielona. Okazuje się, że pomysłowy warszawiak zaraz po przyjeździe w Tatry, udał się na Kościelec, nie wziąwszy ze sobą nawet jedzenia.

W pierwszej połowie września w kopule szczytowej Giewontu ginie mężczyzna porażony przez piorun. Okazuje się, że wychodził na Giewont podczas burzy (z piorunami).

Ale tym razem Nagroda Darwina wędruje do pewnego Słowaka, który na szczycie Czerwonej Turnii (wiecie, nie wygląda jak byle pagórek) zapragnął zrobić zdjęcie grupie, z którą wchodził, chciał biedaczysko wszystkich zmieścić w kadrze, cofał się i cofał, ale do tyłu nie spojrzał, wrzasnął, spadł i się zabił.

Podziwiam ratowników. Naprawdę. Podziwiam ich siłę, odwagę, umiejętność pracy w zespole, zdolności etc. Ale przede wszystkim: ich cierpliwość.

Wiecie, ja rozumiem – nagle przychodzi burza (choć z Big B nie raz widzieliśmy turystów prących na szczyt mimo okolicznego walenia piorunów – niektórzy to nawet z dzieciakiem szli); ktoś się poślizgnie i złamie nogę (i nie ma na nogach japonek); ktoś doznaje nagłego ataku paniki (choć chodził po górach wcześniej i myśli, że jest przygotowany na dużą ekspozycję); ktoś inny dostaje udaru; ktoś nieuważnie postawi stopę i spadnie. Tak, wypadki w górach się zdarzają i to jest nieuniknione, ale jak ktoś włazi na Giewont z czasie burzy, to ja się pytam: czego on oczekuje?!

Ale ratownik przysięgał i nie dość, że musi lecieć i ryzykować życiem, to jeszcze potem nie może takiemu (zakładam, że uratowanemu) strzelić w gębę za głupotę.

Również z tego powodu (i wielu, wielu innych) nie mogłabym zostać ratownikiem, bo ja niejedną mordę bym obiła, tak, żeby się gór odechciało.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia, Tatry

Tagi: , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

7 komentarzy w dniu “Ratownikiem być.”


  1. Ja też bym nie wytrzymała w takim zawodzie. Bezmyślność ludzka przekracza czasem pewne granice.

  2. Alan Says:

    Nie do końca się zgadzam z tym, co napisałaś. Szczególnie z kategorycznym przypisywaniem wypadkom w górach głupoty. Wydaje mi się, że należy być raczej powściągliwym w ocenie tego typu zdarzeń.
    Pozdrawiam 🙂

    • pikfe Says:

      Ależ ja nie napisałam, że wszystkie wypadki mają swoją przyczynę w ludzkiej głupocie. Są wypadki niezawinione, są zdarzenia losowe. Można być świetnie przygotowanym, poślizgnąć się i zabić.
      Ale jeżeli ktoś o 18 wybiera się na Rysy, nie ma orientacji w terenie i latarki, to jak inaczej to zinterpretować? Pozdrawiam również 🙂

      • Alan Says:

        Oczywiście, że nie napisałaś i jak tak też nie twierdzę.
        Jeśli ktoś wybiera się na Rysy o 18.00, bez latarki, to… prawdopodobnie jest człowiekiem nieświadomym zagrożenia, o ograniczonej wyobraźni. Trudno bowiem stawiać tezę, że całkiem świadomie podejmuje ryzyko, zdając sobie sprawę, że stawką jest zdrowie czy życie. Z tym, że o 18.00 na Rysy może się też wybrać ktoś bardzo doświadczony i uświadomiony. Niemniej, ocena każdego wypadku w górach, zwłaszcza na odległość, bywa krzywdząca dla ofiar. Sam doskonale pamiętam śmiertelny wypadek pewnego bardzo doświadczonego turysty, o którym rozpisywały się portale internetowe, sugerując jakoby był on niemal zupełnie przypadkową osobą w górach, o braku przygotowania itd. Tymczasem było zupełnie inaczej, świadkiem całego zajścia był jego partner, dla którego te powszechnie dostępne informacje, też musiały być bolesne.
        Tatry są dla wszystkich, tych bardziej i mniej doświadczonych. A ratownik górski ma obowiązek nieść pomoc każdemu. Sam się tego podjął. No i trzeba się chyba zgodzić, że ratownicy komentując jakieś zdarzenie, podają raczej suche fakty, przyczyny, nie oceniają raczej ludzkich zachowań. 🙂

  3. pikfe Says:

    Wydaje mi się, że rozumiem Twój punkt widzenia – uznałeś moją wypowiedź za zbyt radykalną w wydźwięku, tak?
    Powinnam zatem nazwać głupotę ograniczoną wyobraźnią?

    Wybrałam przykłady porażające, opisy wypadków zaczerpnęłam z Tatr (nie cytując ich dosłownie, ale i nie dodając nic od siebie: warszawiak nie miał nic do jedzenia zgodnie z relacją autora rubryki, pana Adama Maraska ) i pomimo moich najszczerszych chęci i prób zrozumienia ludzkich zachowań, nie pojmuję jak można mieć tak ograniczoną wyobraźnię, żeby iść na Giewont w trakcie burzy.

    A ktoś doświadczony i uświadomiony (choć czy naprawdę trzeba wielkiego uświadomienia, że w nocy jest ciemno i łatwo się zgubić?), jak napisałeś, wychodząc o 18 ze schroniska, weźmie ze sobą latarkę (czołówkę) i zapasowe baterie, jak również będzie potrafił korzystać z mapy, a nie tylko z komórki. I tak, może się coś zdarzyć, ale ten człowiek zrobił bardzo dużo, żeby się nie zdarzyło.

    Sama nie jestem doświadczoną turystką – po prostu byłam parę razy w Tatrach, ale wiesz, myśleć trzeba. Że warto mieć czapkę; że w japonkach się w góry nie idzie itd.

    Nie zabraniam wstępu niedoświadczonym ludziom (cóż, w ogóle nie zabraniam wstępu), wręcz przeciwnie. Ale skoro ludzie tak liczą na TOPR, przydałoby się trochę szacunku dla pracy ratowników i zapoznanie się z podstawowymi wytycznymi bezpieczeństwa w górach.

    A ratownik, jasne, taką ma pracę i ratuje każdego człowieka. Nie uważam, że to źle. Napisałam, że podziwiam ich cierpliwość i że ja bym nie potrafiła.

    Miło podyskutować 🙂

    • Alan Says:

      Dlatego, żeby zostać ratownikiem, trzeba mieć pewne predyspozycje. To nie tylko doskonała wiedza i sprawność fizyczna.
      Ja także rozumiem Twój punkt widzenia i wiem, że nie jesteś odosobniona w tym, w jaki sposób te sprawy postrzegasz. Ale tak, masz rację, uważam, że nazwałaś rzeczy zbyt dosadnie – spójrz na ostatnie zdanie swego wpisu i zestaw je z tym, które napisałaś w ostatnim komentarzu: „Nie zabraniam wstępu niedoświadczonym ludziom (cóż, w ogóle nie zabraniam wstępu), wręcz przeciwnie”.
      Co do burzy na Giewoncie. Teoretycznie prawdopodobieństwo porażenia piorunem na szczycie jest podobne jak nad Czarnym Stawem pod Rysami. Owszem – Giewont jest tu niechlubnym wyjątkiem. Ale opiszę tu jedno zdarzenie: To był lipiec ładnych kilka lat temu. Podchodziłem pod Małołączniak, a schodzący zeń turysta, powiedział, że wchodzę w „strefę burzy”. Obejrzałem się dookoła i pomyślałem, że chyba się przesłyszałem. Ale na szczycie stwierdziłem, że rzeczywiście grzmi gdzieś nad Kościeliską, może dalej jeszcze i, że trzeba będzie skrócić planowaną wycieczkę, bo będziemy wszyscy mokrzy. Stałem tak sobie, nad moją głową przewijał się niepozorny, dość jasny obłok. No i po chwili poczułem jak mi włosy dosłownie stają dęba. Nagle robi się bardzo jasno. Myślę: już dostałem, tylko jeszcze tego nie poczułem 🙂 Ale efekt dźwiękowy przyszedł z lekkim opóźnieniem, okazało się, że piorun uderzył w Giewont, właśnie z tej chmurki, która była przed chwilą nad moją głową. Moi towarzysze to wszystko obserwowali. To był środek dnia, wakacje, pozornie dobra pogoda, dużo ludzi na Giewoncie – jak każdego podobnego dnia. Wtedy nikomu nic się nie stało (chyba), ale kto wie, możliwe, że gdyby jednak się stało, to przeczytalibyśmy na ten temat różne opinie, pewnie i takie dość radykalne.
      Klapki, sandały – czasem można się pomylić, często taternicy ich używają podchodząc pod ściany własnie w nich – szlakiem bądź inna doprowadzającą ścieżką, dla turysty być może trudniejszą. Znany mi jest też widok osób „zawodowo” zajmujących się Tatrami – poruszających się w obuwiu, które pewnie wielu uznałoby za karygodne. Natomiast dość częstym, myślę, że nawet powszechniejszym widokiem jest pełne „oszpejowanie” zdobywców restauracji „przykrupówkowych”. I dla mnie jest to zdecydowanie bardziej komiczny widok od delikwenta w sandałach na Wołowcu.
      Co do wyjść w góry bez przygotowania, zbyt późno – wiesz, jeśli słyszy się od kogoś przechwałki na temat łatwości i szybkości w pokonywaniu jakichś tam szlaków, to często myśli się: czemu ja mam tego nie zrobić. Myślę też, że większość osób przybywających w Tatry, nie zdaje sobie sprawy z tego, że w górach robi się ciemno nieco wcześniej. Wychodzi o 18.00 taki delikwent na szlak, szlak który powinien mu zająć 4 godziny – a więc idzie ze świadomością, że o 22.00 będzie spowrotem. W lipcu w każdym innym miejscu w Polsce można się do poźnych godzin poruszać bez latarki, w górach może to być trudne, szczególnie w terenie, w którym jesteśmy po raz pierwszy. Czas przejścia się wydłuża, robi się chłodniej itd. itp. Ktoś, kto nie bywa w Tatrach często albo jest po raz pierwszy, przekonuje się o tym wszystkim za poźno. Ale tak szczerze – skąd ma to wiedzieć?
      Pewnie trochę usprawiedliwiam tych wszystkich turystów, ale wiesz dlaczego? Ktoś kto tak męczy się w tych klapiszonach, bez kurtki od deszczu i marznie wieczorem, bo ledwo zdąży na ostatniego busa, po to tylko, by zrobić tzw. „rybę” na widok panoramy ze Szpiglasowego Wierchu, wzbudza u mnie jakiś rodzaj szacunku.
      I nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to wyraz braku szacunku dla zawodu ratownika. W Tatrach każdy z nas ma prawo zapomnieć o wszystkim 🙂 i być nieco nieodpowiedzialnym i niepoprawnym trochę 🙂
      Alan


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: