Archiwum dla Październik 2010

Będąc w ciąży.

Październik 22, 2010

Dzień dobry.

Jakoś maleje moja aktywność blogowa ostatnio, ale są zbiory. To A.

I jestem – jak wiecie (przynajmniej niektórzy) – w ciąży. To B.

Wszędzie piszą, że to najwspanialszy okres życia, ekstatyczne nieomal doznanie. Pism dla mam to ja nawet do ręki nie mogę brać, bo od razu dostaję palpitacji serca. Są tylko uśmiechnięte brzuszki, maluszki, czapuszki, kupeczki, nocniczki, a do tego masa głupich reklam, strasznie w dodatku infantylnych.

Ja napiszę wprost – dla mnie ciąża nie jest ekstatycznym doznaniem.

Nie fascynują mnie zmiany w moim ciele, raczej przeciwnie. Wolałabym, żeby wróciło do normalności.

Bo ja dobrze dogadywałam się z moim ciałem. I lubiłam je.

Nie zaskakiwało mnie za bardzo. Nie grymasiło. Nie tyło. Nie miało jakiś głupich zachcianek. Nie musiałam co rusz kupować nowych biustonoszy. Nie męczyło się.

Teraz to się oczywiście zmieniło. I nie jest tak, że ja siebie odrzucam, nie, nie. Po prostu – wbrew temu, co chcieliby, żebym myślała, nie jest super. Nie ma tu fascynacji. Nie uważam też, że to najwspanialszy okres mojego życia. Kurcze, no, nie jest i tyle. Wcześniej czułam się lepiej. Nie musiałam się martwić toksoplazmozą, listeriozą, cholestazą i próchnicą (no dobra, tym ostatnim akurat musiałam). Mogłam jeść to, co chciałam (jest już lepiej, ale raczej nie częstujcie mnie brokułem albo jajkiem; cukier też wykreślony) i nie musiałam jeść naście razy dziennie. Dwa, trzy wystarczyły. Nie musiałam co rusz wywalać pieniędzy na staniki, co teraz jest koniecznością, jak również wcześniej piersi nie pękały mi z bólu. Nie wstawałam w nocy. Nie chodziłam spać o 21. Nie byłam tak dalece zależna od żądań mojego organizmu.

Nie lubię być zależna od żądań. I dlatego to mi się nie podoba.

Chcę mieć dziecko, chcę, żeby wszystko było w porządku, ale nie potrafię udawać, że ciąża to moja misja dziejowa. Nie jest mi łatwo.

A poza tym wszystko jest w porządku, wyniki dobre, we wtorek pierwsze usg.

pikfe

Reklamy

Kocięta.

Październik 16, 2010

Dzień dobry.

Dla naszych sześciu kotków rozpoczął się już trzeci tydzień życia i bardzo szybko rosną.

W pierwszym tygodniu, razem z mamą, wyglądały tak…

I z bliska.

Zbyt interesujące to one jeszcze nie były: głównie spały i jadły lub też jadły i spały. Od czasu do czasu któryś popiskiwał. Największa różnica: w wadze i wzroście. Wyraźnie się zmieniły: brzuchy im się ponapełniały i rosły z dnia na dzień.

Pod koniec pierwszego tygodnia zaczęły otwierać oczy, przy czym to nie jest tak, że nagle widzi się kocurka z pięknymi, niebieskimi ślepiami. Z początku kocie powieki są mocno zaciśnięte, a z czasem się rozluźniają, także, że wyglądają, jakby kot miał po prostu zamknięte oczy. Po jakimś czasie oko lekko się uchyla, przy wewnętrznym kąciku pojawia się dziurka i ona z biegiem czasu spokojnie się rozkleja. Nie od początku też kocie oczy są błyszczące: najpierw wyglądają jakby zaszły mgłą.

Kiedy zaczęły otwierać oczy, Dziewczynka zażądała, żeby przenieść jej dzieci do przykrytego od góry kartonu. Nie, nie, nie to, że ona sama się tym zajmie (nie za bardzo umie). Wyszła z kartonu jeden, zaczęła się drzeć, położyła przed kartonem dwa, drąc się ciągle i kiedy eksperymentalnie przełożyłam tam jednego kociaka, wlazła do środka i zaczęła mruczeć.

Trzeba umieć się w życiu urządzić.

Jutro jeszcze o kotach więcej.

pikfe

 

Ratownikiem być.

Październik 14, 2010

Dzień dobry.

Cieszę się – i pewnie nie jestem w tym osamotniona – że udało się wydostać na powierzchnię chilijskich górników ( choć podobno niektórzy z piekła pod ziemią trafiali wprost do piekła na ziemi: oczekujących żon i oczekujących kochanek). Wysiłek, jaki włożono w to, żeby wyciągnąć ludzi z wnętrza Ziemi i pomóc im przetrwać, jest naprawdę imponujący i świetnie, że wszystko dobrze się skończyło.

Rozmawiałyśmy o tym wczoraj z Olinusem Prime i zeszło nam na ratowników: że ten, który zjeżdża na dół, nie ma za fajnie, że jednak strach, że nie ma pewności, że się uda, a chłop ryzykuje życie, żeby innym pomóc wpakować się do kapsuły.

Z drugiej strony – to jego zawód, taką drogę wybrał.

I przypomniał mi się wówczas trzydziesty numer kwartalnika Tatry.

Doszłam do wniosku, że w sumie ten chilijski ratownik miał super: ryzykował swoje życie, ale nie dla ludzi, którzy sami zawinili i którzy potrzebowali pomocy z powodu swojej porażającej głupoty. Katastrofa była niezależna od nich; wykazali wielką siłę ducha siedząc pod ziemią przez te pierwsze dni. Być może, jak mówią, nie są bohaterami, ale – co może strasznie brzmi – zasłużyli na ratunek.

Bo niby każdy zasługuje, tak? Ale za coś się te Nagrody Darwina przyznaje.

I wracając do Tatr – zamieszczana jest tam zawsze kronika wypadków TOPR i HZS (słowacki odpowiednik )i w numerze, który przeglądałam, opisane wypadki były naprawdę kuriozalne.

Wpół do dziesiątej, w drugiej połowie sierpnia, do ratowników dzwonią turyści, mówiąc, że utknęli gdzieś pod Rysami i potrzebują pomocy. Zostają uratowani. Okazuje się, że wyszli znad Czarnego Stawu około szóstej po południu, nie znali terenu i nie mieli ze sobą latarek.

TOPR zostaje poinformowany, że pod wierzchołkiem Kościelca siedzi osłabiony turysta, który wymaga pomocy. Pomoc zostaje mu udzielona. Okazuje się, że pomysłowy warszawiak zaraz po przyjeździe w Tatry, udał się na Kościelec, nie wziąwszy ze sobą nawet jedzenia.

W pierwszej połowie września w kopule szczytowej Giewontu ginie mężczyzna porażony przez piorun. Okazuje się, że wychodził na Giewont podczas burzy (z piorunami).

Ale tym razem Nagroda Darwina wędruje do pewnego Słowaka, który na szczycie Czerwonej Turnii (wiecie, nie wygląda jak byle pagórek) zapragnął zrobić zdjęcie grupie, z którą wchodził, chciał biedaczysko wszystkich zmieścić w kadrze, cofał się i cofał, ale do tyłu nie spojrzał, wrzasnął, spadł i się zabił.

Podziwiam ratowników. Naprawdę. Podziwiam ich siłę, odwagę, umiejętność pracy w zespole, zdolności etc. Ale przede wszystkim: ich cierpliwość.

Wiecie, ja rozumiem – nagle przychodzi burza (choć z Big B nie raz widzieliśmy turystów prących na szczyt mimo okolicznego walenia piorunów – niektórzy to nawet z dzieciakiem szli); ktoś się poślizgnie i złamie nogę (i nie ma na nogach japonek); ktoś doznaje nagłego ataku paniki (choć chodził po górach wcześniej i myśli, że jest przygotowany na dużą ekspozycję); ktoś inny dostaje udaru; ktoś nieuważnie postawi stopę i spadnie. Tak, wypadki w górach się zdarzają i to jest nieuniknione, ale jak ktoś włazi na Giewont z czasie burzy, to ja się pytam: czego on oczekuje?!

Ale ratownik przysięgał i nie dość, że musi lecieć i ryzykować życiem, to jeszcze potem nie może takiemu (zakładam, że uratowanemu) strzelić w gębę za głupotę.

Również z tego powodu (i wielu, wielu innych) nie mogłabym zostać ratownikiem, bo ja niejedną mordę bym obiła, tak, żeby się gór odechciało.

pikfe

Ech…

Październik 6, 2010

Dzień dobry.

Przynajmniej mam nadzieję, że dla Was lepszy niż dla mnie – choroba wpakowała mnie do łóżka.

Zwykłe przeziębienie, ale będąc także czymś w rodzaju inkubatora, muszę zwracać większą uwagę na bóle gardła i katary.

I tak, zbiory trwają, pogoda wcale nie taka zła, a ja muszę leżeć w łóżku, w dodatku w najgorszym (jeżeli chodzi o media) pokoju w domu: bez Internetu i komputera (nie mamy laptopa), bez TV (w ogóle nie mamy), ze słabym zasięgiem komórkowym… Zostają mi książki (co za szczęście) i gazety w formie tradycyjnej.

Do tego wstawać za bardzo nie mogę, bo Big B mnie pilnuje.

I wiecie co? Nudzi mi się.

pikfe

Poród w rodzinie.

Październik 3, 2010

Dzień dobry.

Nie pisałam o tym wcześniej, ponieważ na początku nie mieliśmy zarówno pewności, jak i Internetu, a potem – kiedy pojawił się brzuch – tylko Internetu. No, a potem czekaliśmy do rozwiązania.

Nasza kotka, Dziewczynka, była w ciąży i urodziła sześć kociąt nad ranem pierwszego października.

Nie planowaliśmy mieć małych kotów, choć – jak to bywa w przypadku wpadek – nie zachowywaliśmy się też zbyt odpowiedzialnie. Jedna ruja na wsi przeszła spokojnie, nie pojawił się żaden adorator, więc w czasie drugiej wypuszczaliśmy Dziewczynę na dwór i któregoś dnia spostrzegliśmy adoratora w skrzyniopaletach, razem z naszą kotką. Ich bzykanie zakończyło się sukcesem, bo po powrocie z wakacji u kotki objawił się brzuch. A potem już tylko rósł, aż Big B mówił, że kotka idzie na rekord i że będzie dziewięć 😉

Zrobiliśmy jej gniazdo z kartonu i ona zaakceptowała to miejsce, bo trochę tam polegiwała. W ostatniej fazie ciąży już prawie nie wychodziła na dwór (nie chciała), leżała głównie na boku i dyszała, wyraźnie zmęczona.

Zwykle zwinny i skoczny kot z trudem właził na parapet.

Zaczęło się trzydziestego września po południu – kotka zawołała nas do gniazda, chciała, żeby przy niej siedzieć i ją głaskać, tak więc siedziałam i siedziałam, ale to był tylko fałszywy alarm. Po jakimś czasie znowu się uspokoiła, ale tylko po to, żeby obudzić nas o trzeciej nad ranem swoim piskiem i drapaniem w drzwi. Zaczęła już plamić, a odOlinusa Prime wiedzieliśmy, że to początek porodu; zresztą ona od razu zaprowadziła nad do swojego kartonu i zaczęła mieć najzwyklejsze na świecie bóle parte.

Pierwszy poród był najtrudniejszy – kotek zaczął rodzić się ogonkiem (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że u kotów to normalne i zaczęłam strasznie panikować, ale na szczęście jest Big B i Internet; choć podobno – w innych  źródłach podali – taki poród może zakończyć się śmiercią, jednakże zdarza się to bardzo rzadko) i długo to wszystko trwało, prawie czterdzieści minut. Bolało ją chyba jak jasna cholera, bo darła się okropnie.

W końcu, o trzeciej trzydzieści dziewięć urodził się pierwszy kotek.

Chwilę po urodzeniu nie wyglądają najlepiej, jak takie małe obce. Kotka jednak zaraz zjada worek owodniowy, przegryza pępowinę i zjada łożysko (co o dziwno nie było dla mnie obrzydliwe).Na temat zjadania łożyska czytałam różne rzeczy – być może obydwie są prawdziwe: że kotka zjada je, żeby mieć zapas energii i móc zostać ze świeżo narodzonymi kociakami w gnieździe; że zjada je instynktownie ze względu na dużą zawartość oksytocyny, hormonu, który stymuluje wytwarzanie mleka i wzmacnia instynkt macierzyński.

Olinus Prime zbiła teorie jednym celnym zdaniem: To po co Siódmy je zżerał?!

(To była druga ciąża Dziewczynki, przy pierwszej asystowała Olinus Prime, Kubatron i Siódmy właśnie. I właśnie wtedy zjadł łożysko. Widocznie smaczne).

Potem koty rodziły się podręcznikowo – mniej więcej co trzydzieści minut – o czwartej dziewięć (kot cały czarny, z białym czubkiem ogona), o czwartej trzydzieści sześć (cały czarny) i o czwartej pięćdziesiąt osiem (z białym podgardlem). Trochę musieliśmy jej pomagać (była bardzo zmęczona), podtykać jej kotki do mycia; trochę przy porodzie asystował Siódmy, ale bez większego entuzjazmu.

Po czwartym Dziewczyna się uspokoiła, ułożyła na boku, przestała mieć bóle parte i naprawdę myśleliśmy, że to już koniec. Big B poszedł spać, a ja zostałam z nią jeszcze. I dobrze.

Za dziesięć piąta znowu zaczęła mieć bóle parte, znowu zaczęła się wydzierać i bardzo szybko i sprawnie w przeciągu kwadransa urodziły się dwa kolejne – jeden z białymi skarpetami i ostatni cały czarny.

Z ostatnim przez chwilę było dramatycznie, ponieważ… urodziła go do połowy (łepek został w środku), pozbyła się worka, umyła i straciła zainteresowanie dalszym rodzeniem, a tu łapki wierzgały, więc mocno musiałam ją zmobilizować do ostatniego wysiłku, a ona naprawdę miała już dosyć.

Ostatecznie skończyło się na sześciu ślicznych, żywych kotach.

Pierwszego dnia po porodzie wyglądają już bardzo ładnie, chociaż oczywiście są ślepe i nawet nie mogą ustać na łapach.

Dziewczyna jest bardzo ufna, można je na chwilę wyjąć z kartonu.

Inna rzecz to smutny los naszej kotki – ciągle leży, jak uwiązana, w kartonie. Myje je, liże, karmi praktycznie bez przerwy. Wyszłaby na dwór, ale dalej niż na parę kroków się nie oddali, instynkt zabrania.

Widać po niej, że jest udręczona. Jak tylko może, ucieka z kartonu, ale przecież ma ich sześć, któreś budzi się co chwila, więc ona zaraz musi wracać.

A przedtem było pięknie – wychodziła na całe dnie z domu, jadła myszki, wylegiwała się w trawie. Jednym słowem – robiła, co chciała i ograniczały ją tylko pory karmienia

Ciężki jest los matki.

Ojej.

pikfe

P.S. Teraz o małych kotach będę często pisać, bo to niezła zabawa będzie 🙂