Chłapowo. Część pierwsza (chociaż to tylko weekend).

Dzień dobry.

Dziś wreszcie zaczynam nadrabiać zaległości – tym razem lipcowy wyjazd nad morze.

(Planowaliśmy dziecko, ale przed wyjazdem nad morze w tym roku jakoś nie pomyślałam, że to będzie mój ostatni taki wyjazd.)

W sumie to nie planowaliśmy jechać nad Bałtyk, gdyż – jak wiadomo – wolimy góry i męczenie się na wakacjach, ale tym razem Bałtyk zaplanował za nas.
Ustalono, że Big B jedzie nad morze spędzić wieczór kawalerski (nie, nie, nie swój), więc postanowiłam się zabrać. Jasne, nie na wieczór kawalerski, ale właśnie nad Bałtyk.


Skoro Big B jedzie te kilkaset kilometrów, to przecież będę mu towarzyszyć, prawda? Zwłaszcza, że lubimy razem jeździć.

Z dala od krajowej „jedynki” odbyliśmy bardzo przyjemną podróż (w Grudziądzu nie ma ani jednego – albo z jakiejś innej strony są – znaku na A1. Należy kierować się na most na Wiśle.), aż do zjazdu z obwodnicy Trójmiasta, gdzie powitał nas GIGANTYCZNY KOREK.
Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie zaczęli natychmiast  kombinować, jakby tu nie stać. Najpierw ja zaproponowałam, żeby w Rumii skręcić na Kazimierz i jakimiś dróżkami prowadzącymi przez bagna dobić się do Pucka. Oczywiście, natychmiast skręciliśmy, ale niestety okazało się, że droga jest remontowana i nieprzejezdna, więc musieliśmy zawrócić. Dalszą trasę wybrał Big B – z tejże zakorkowanej Rumii zjechaliśmy w stronę miejscowości (i jeziora) Kamień, aby dotrzeć do drogi 218 na Wejherowo. Bardzo się zdziwiliśmy, kiedy skończyła się asfaltowa nawierzchnia – a potem to już nawet kocie łby. Generalnie, nasz atlas drogowy jest niezawodny, ale jak widać, wyjątki się zdarzają.
Było przecudnie – piękne bukowe lasy, Zagórska Struga w dole, płynąca jak górski strumień, cisza, praktycznie żadnych zabudowań. Głusza, jakiej nigdy byśmy się nie spodziewali parę kilometrów od zatłoczonej Rumii.
Kiedy w końcu wyjechaliśmy na drogę na Wejherowo, praktycznie od razu powitał nas… korek, na szczęście tylko mijanka.
Ostatecznie, udało się nam dojechać do Chłapowa, Big B zostawił mnie przed hotelem i pognał na clubbing gdzieś daleko, daleko, nad samą zatokę (niezbyt opłacało mu się mnie odwozić do Chłapowa, ale to kochany facet jest). No i znów poczułam się jak singielka. Wow, fajnie było 😉

Przed Big B nie spotykałam się z nikim na poważnie i dłużej niż na dwa miesiące i choć bywały okresy, że ten stan bardzo mi doskwierał, teraz myślę sobie czasami, że nie był wcale taki zły. No, w każdym razie miał też swoje plusy. Ja lubiłam siedzieć sobie sama w kawiarni i patrzeć na ludzi. Lubiłam sama iść do kina i nie musieć potem gadać o filmie. W ogóle lubiłam robić rzeczy sama i teraz, w czasie weekendu mogłam się tym znowu nacieszyć. I tak się z tego cieszyłam, że nawet nie byłam o Big B zazdrosna zbytnio (aż sam się dziwił).

Zamieszkałam w hotelu Kliper. W  Cóż, kwatery raczej nie były chętne na wynajęcie pokoju na jedną noc w weekend. Cena – jak za standard – zawyżona, ale w końcu to Bałtyk w środku sezonu. Miałam rozwalony materac i łazienkę nadającą się co najmniej do odświeżenia, ale było czysto, śniadanie okazało się smaczne, a obsługa bardzo miła. Ostatecznie, nie przyjechałam tam, żeby siedzieć w pokoju hotelowym.

I nie siedziałam – od razu pognałam na spacer nad morze, zatrzymując się w smażalni Złota Rybka na bardzo dobre flądry. Zamówiłam dwie i… dostałam je na dwóch talerzach 🙂
Uwielbiam flądry i nad morzem mogłabym żywić się tylko nimi.

Potem poszłam – wątpliwej urody zejściem – na plażę. To, co zobaczyłam, lekko mnie przeraziło. Dziki tłum, a przecież byłam w porze obiadu!

Poszłam sobie plażą, daleko, daleko aż do samego końca Chłapowa. Było świetnie, chociaż tłumnie, ale z czasem tłumy zaczęły pomału iść na obiad i nad wodą zrobiło się trochę więcej miejsca. Czułam się jak wtedy, kiedy nie byłam z Big B i to było fajne. Sama, robię to, na co mam ochotę, nikogo się o nic nie pytam, nikogo nie uprzedzam i nic nie ustalam.

Wróciłam przyjemniejszym wejściem na plażę, częściowo ukrytym w tunelu i całkiem malowniczym.


Kupiłam sobie Pepsi (ja!) i owoce i przydrożnym starganie w bardzo młodego sprzedawcy, który bardzo się denerwował. Lubię takie stragany. Pełno malin, winogron, arbuzów, letnich jabłek i żółtych śliwek; wiśni, porzeczek, czereśni i brzoskwiń. Z Big B pewnie szukalibyśmy jakiejś knajpy na kolację, ale ja zadowoliłam się samymi owocami.

Wróciłam do hotelu, przebrałam się w kostium i nie zabierając niczego (nawet, o! litości, okularów – panicznie się boję, że cokolwiek zostawię na plaży bez opieki, zniknie) pognałam się wykąpać. Fajnie było, chociaż grzmotnęłam na śliskich kamieniach i szłam potem po dnie morskim najeżonym tymi ogloniałymi głazami jak paralityk. Ale żaden Big B nie śmiał się ze mnie 😉

Po kąpieli poczułam zew flądry, więc tylko się przebrałam i znowu uderzyłam do Złotej Rybki, ale tym razem tylko na jedną flądrę. I znów nad morze, na zachód słońca.

Do snu przygrywała mi sąsiadująca z hotelem tancbuda, ale wiecie, ja dobrze śpię, a po kąpieli w morzu – jeszcze lepiej.

pikfe

Advertisements
Explore posts in the same categories: Gdzieś dalej

Tagi: , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

7 komentarzy w dniu “Chłapowo. Część pierwsza (chociaż to tylko weekend).”

  1. andzia Says:

    niesamowite…byłaś tak blisko 🙂

  2. poprostuzycie Says:

    Wiesz ja osobiście też doceniłam wyjazdy samej sobie 🙂 to doskonały odpoczynek i relaks jak by na to nie patrzeć :)))

  3. nuxxi Says:

    Piękne zdjęcia! Czuć klimat dzikiej i niezbyt przeludnionej plaży, coś pięknego!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: