Archiwum dla Wrzesień 2010

Chłapowo. Część druga.

Wrzesień 29, 2010

Dzień dobry.

W niedzielę obudziłam się zachwycona życiem. Weekend nad morzem jednak odstresowuje. Zeszłam na dół i zjadłam całkiem dobre śniadanie, popijając całkiem przyzwoitą kawą. W dodatku na tarasie. I z widokiem na morze.

Miałam plan, żeby z samego rana iść plażą jak najdalej da radę i spotkać się z Big B gdzieś nad Zatoką, ale niestety bateria mojego telefonu, moja skleroza oraz lekka zadupistość (co w większości przypadków jest plusem nadmorskich miejscowości) Chłapowa zweryfikowały te plany. Otóż, bateria była prawie zdechła, ja zapomniałam  ze Wsi ładowarki, a pani w recepcji poinformowała mnie, że w Chłapowie raczej ładowarki nie kupię.

Postanowiłam iść do Władysławowa, zawsze to jakiś spacer.

Na plaży byłam koło dziewiątej i już zaczynał się lekki szał plażowania. Odkryłam, że najlepsze miejsca są tuż przy samym morzu – wszystkie były już zajęte. Chodzi o to, że dziecko może bawić się w wodzie, a rodzic może się opalać i nie musi za każdym razem lecieć z dzieckiem nad wodę. Nieważne, że ludzie w zasadzie wchodzą na twój ręcznik i zatrzymują się w twoim parawanie, grunt, że nie trzeba ruszać tyłka.

Kiedy doszłam do Władysławowa, do portu, było jeszcze w miarę spokojnie – cóż, przed dziesiątą, w niedzielę. Port ubogi może, ale podobał mi się.

Tam było jeszcze spokojnie. Samotny wędkarz łowił ryby; rodzina jadła na jachcie śniadanie, w czasie kiedy ich znajomi odpływali już leniwie na pełne morze. Miło było pochodzić tam sobie, samej.

Na studiach dwa razy byłam sama na wyjeździe – raz w Złotoryi, raz w Pińczowie. Słuchajcie, jak było fajnie 🙂 Chodziłam sobie na długie spacery z walkmanem (tak, tak, walkman!), nikt się ze mnie nie śmiał, kiedy wdepnęłam w wielką kupę gnoju (po kostki!), myśląc, że to pryzma ziemi, czytałam i nikt mi nie przerywał, jadłam kiedy chciałam i co chciałam… Fajnie było.

Port we Władysławowie.

Później udałam się na poszukiwanie ładowarki – zważywszy, że była niedziela, nie było to wcale takie łatwe, ale w końcu – dałam radę. I znów obsługiwał mnie bardzo młody chłopak, ale on był już bardziej profesjonalny.

Szukając czynnego sklepu z ładowarką, trafiłam na przystanek PKSu. Pamiętny on jest, oj pamiętny.

Lata temu siedziałyśmy tam z Olinusem Prime, czekając aż odjedzie autobus do Dębek. Wracałyśmy z Helu. Czekałyśmy tak (siedząc cały czas na ławce; tej, co ją widać – tylko trochę mniej designerska była) od siedemnastej do osiemnastej, autobus miał być jakoś za dwadzieścia szósta. O szóstej poszłam do budki zapytać się, kiedy autobus przyjedzie, a pani udzieliła mi najbardziej surrealistycznej odpowiedzi, jaką kiedykolwiek usłyszałam: autobus był o czasie.

I tłukłyśmy się transportem busowo – autostopowo – pieszym do samych Dębek. Zapamiętałam ten przystanek.

Władysławowo trochę pamiętałam z lat dziecinnych, ale to, co działo się na dworcu i na głównej (?) ulicy – hard-core! Tłumy ludzi, wymęczonych po podróży pociągiem, złych, wlekących za sobą bagaż i oczywiście złorzeczących na tłum. I oczywiście było gorąco, co by im pasowało, gdyby byli plaży, ale jeszcze nie byli. I w końcu uciekłam stamtąd.

… tylko po to, aby dojść tu…

O, ja, to nie jest moja definicja wypoczynku! Głośno, bo przecież teraz jeszcze tancbuda (lub też buda zwykła) musi na plaży być. Pifko musi być. I najlepiej ułożyć się przy tej tancbudzie (i przy koszach na śmieci, ale mniejsza z tym), bo po pifko blisko i do wyjścia z plaży niedaleko. Nieważne, że głowę trzymamy w stopach następnego plażowicza, jemu też to w gruncie rzeczy nie przeszkadza.

A spróbujcie dokluczyć do morza! I potem jeszcze kluczyć brzegiem morza, pośród moczących się w wodzie stóp (połączonych z wygrzewającymi się ciałami). Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko dzieciakom (i ich ojcom) budującym wielkie zamki tuż przy wodzie; ludziom, którzy biegną jak szaleni do wody (mogą to być nieszczęśnicy z ostatniego pociągu, więc wszystko wybaczone). No, ale jak ktoś leży do połowy w morzu, to ja nie wiem, czy to jest grzeczne. W końcu ta plaży to nie jego, tak?

Z lekka umęczona wróciłam na plażę w Chłapowie, gdzie było tylko trochę lepiej. Udało mi się znaleźć miejsce, gdzie prawie nie było ludzi – przynajmniej w obrębie siedmiu metrów.

I wtedy zorientowałam się, że jest za pięć dwunasta, a ja mieszkam w hotelu, gdzie pewnie istnieje coś takiego, jak doba hotelowa! Na szczęście pani w recepcji była wyrozumiała, a ja prawie zdążyłam 😉 Tylko, że Big B jeszcze nie było, a ja miałam już swój plecak (no wiecie, nie zdążyłam naładować telefonu… żenada), tak więc czekaliśmy z plecakiem na plaży i też było fajnie, bo miałam co podłożyć pod głowę.

I kiedy w końcu Big B przyjechał – cieszyłam się, trochę tak, jak wtedy, kiedy on mieszkał na Wsi, a ja jeszcze w Mieście. Taki głupi uśmiech. Bo samej jest fajnie, ale wtedy, kiedy potem jest ktoś, kto potłucze się z tobą kilkaset kilometrów do domu.

Zjedliśmy oczywiście ryby (ja dwie flądry i dorsza, zawstydzające), bo clubbing nie owocował w takie swojskie potrawy; potem było już śmiesznie – załadowaliśmy moje rzeczy do auta i doszliśmy do wniosku, że pierwszy raz mamy nad morzem taką pogodę, że możemy się razem wykąpać, nie ryzykując zapalenia płuc.

Niestety, Big B nie wziął nad morze… kąpielówek. Nie mieliśmy też ręcznika, więc zaopatrzyliśmy się w coś wstrętnego i chińskiego (śmierdziało!) na straganie.  Big B nie był zachwycony, ale przecież nie o to chodziło, tylko o kąpiel w morzu. I wiecie, było świetnie 🙂 I samej wczoraj było świetnie i razem z nim też.

A potem zostało już tylko wspomnienie…

pikfe

Reklamy

Czas na gratulacje.

Wrzesień 28, 2010

Dzień dobry.

Skoro mogę, to się chwalę 🙂

Mój stryjeczny szwagier (którego, według Wikipedii, mogę nazywać kuzynem) przebiegł maraton! MARATON, czyli bieg na dystansie 42 km 195 metrów.

Dla mnie coś niewyobrażalnego, ja dałabym radę może tę końcówkę (195), ale nie mam pewności.

Tak więc, drogi Sybiraku, przyjmij gratulacje Ze Wsi oraz od wszystkich, którzy zechcą pogratulować Ci w komentarzach 🙂

pikfe

Chawst na wtorek (3).

Wrzesień 28, 2010

Dzień dobry.

Wreszcie chwast doczekał się należnego mu miejsca we wtorek.

Dziś jeden z pierwszych, który mnie zaintrygował, rosnąc na obrzeżach hałdy piachu tuż pod oknem kuchennym. Potem znajdowałam go bardzo często. Oto starzec zwyczajny.

Zwyczajny on jest, ponieważ występuje praktycznie wszędzie, tak więc z pewnością łatwo go zauważycie.

Niepozorna roślina – czekałam, aż żółte kwiaty rozkwitną, ale to jest ich full bloom. Później zamieniają się na takie pierzaste główki.

Jest też starzec na nieocenionym Chwastowisku.

pikfe

Chłapowo. Część pierwsza (chociaż to tylko weekend).

Wrzesień 27, 2010

Dzień dobry.

Dziś wreszcie zaczynam nadrabiać zaległości – tym razem lipcowy wyjazd nad morze.

(Planowaliśmy dziecko, ale przed wyjazdem nad morze w tym roku jakoś nie pomyślałam, że to będzie mój ostatni taki wyjazd.)

W sumie to nie planowaliśmy jechać nad Bałtyk, gdyż – jak wiadomo – wolimy góry i męczenie się na wakacjach, ale tym razem Bałtyk zaplanował za nas.
Ustalono, że Big B jedzie nad morze spędzić wieczór kawalerski (nie, nie, nie swój), więc postanowiłam się zabrać. Jasne, nie na wieczór kawalerski, ale właśnie nad Bałtyk.


Skoro Big B jedzie te kilkaset kilometrów, to przecież będę mu towarzyszyć, prawda? Zwłaszcza, że lubimy razem jeździć.

Z dala od krajowej „jedynki” odbyliśmy bardzo przyjemną podróż (w Grudziądzu nie ma ani jednego – albo z jakiejś innej strony są – znaku na A1. Należy kierować się na most na Wiśle.), aż do zjazdu z obwodnicy Trójmiasta, gdzie powitał nas GIGANTYCZNY KOREK.
Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy nie zaczęli natychmiast  kombinować, jakby tu nie stać. Najpierw ja zaproponowałam, żeby w Rumii skręcić na Kazimierz i jakimiś dróżkami prowadzącymi przez bagna dobić się do Pucka. Oczywiście, natychmiast skręciliśmy, ale niestety okazało się, że droga jest remontowana i nieprzejezdna, więc musieliśmy zawrócić. Dalszą trasę wybrał Big B – z tejże zakorkowanej Rumii zjechaliśmy w stronę miejscowości (i jeziora) Kamień, aby dotrzeć do drogi 218 na Wejherowo. Bardzo się zdziwiliśmy, kiedy skończyła się asfaltowa nawierzchnia – a potem to już nawet kocie łby. Generalnie, nasz atlas drogowy jest niezawodny, ale jak widać, wyjątki się zdarzają.
Było przecudnie – piękne bukowe lasy, Zagórska Struga w dole, płynąca jak górski strumień, cisza, praktycznie żadnych zabudowań. Głusza, jakiej nigdy byśmy się nie spodziewali parę kilometrów od zatłoczonej Rumii.
Kiedy w końcu wyjechaliśmy na drogę na Wejherowo, praktycznie od razu powitał nas… korek, na szczęście tylko mijanka.
Ostatecznie, udało się nam dojechać do Chłapowa, Big B zostawił mnie przed hotelem i pognał na clubbing gdzieś daleko, daleko, nad samą zatokę (niezbyt opłacało mu się mnie odwozić do Chłapowa, ale to kochany facet jest). No i znów poczułam się jak singielka. Wow, fajnie było 😉

Przed Big B nie spotykałam się z nikim na poważnie i dłużej niż na dwa miesiące i choć bywały okresy, że ten stan bardzo mi doskwierał, teraz myślę sobie czasami, że nie był wcale taki zły. No, w każdym razie miał też swoje plusy. Ja lubiłam siedzieć sobie sama w kawiarni i patrzeć na ludzi. Lubiłam sama iść do kina i nie musieć potem gadać o filmie. W ogóle lubiłam robić rzeczy sama i teraz, w czasie weekendu mogłam się tym znowu nacieszyć. I tak się z tego cieszyłam, że nawet nie byłam o Big B zazdrosna zbytnio (aż sam się dziwił).

Zamieszkałam w hotelu Kliper. W  Cóż, kwatery raczej nie były chętne na wynajęcie pokoju na jedną noc w weekend. Cena – jak za standard – zawyżona, ale w końcu to Bałtyk w środku sezonu. Miałam rozwalony materac i łazienkę nadającą się co najmniej do odświeżenia, ale było czysto, śniadanie okazało się smaczne, a obsługa bardzo miła. Ostatecznie, nie przyjechałam tam, żeby siedzieć w pokoju hotelowym.

I nie siedziałam – od razu pognałam na spacer nad morze, zatrzymując się w smażalni Złota Rybka na bardzo dobre flądry. Zamówiłam dwie i… dostałam je na dwóch talerzach 🙂
Uwielbiam flądry i nad morzem mogłabym żywić się tylko nimi.

Potem poszłam – wątpliwej urody zejściem – na plażę. To, co zobaczyłam, lekko mnie przeraziło. Dziki tłum, a przecież byłam w porze obiadu!

Poszłam sobie plażą, daleko, daleko aż do samego końca Chłapowa. Było świetnie, chociaż tłumnie, ale z czasem tłumy zaczęły pomału iść na obiad i nad wodą zrobiło się trochę więcej miejsca. Czułam się jak wtedy, kiedy nie byłam z Big B i to było fajne. Sama, robię to, na co mam ochotę, nikogo się o nic nie pytam, nikogo nie uprzedzam i nic nie ustalam.

Wróciłam przyjemniejszym wejściem na plażę, częściowo ukrytym w tunelu i całkiem malowniczym.


Kupiłam sobie Pepsi (ja!) i owoce i przydrożnym starganie w bardzo młodego sprzedawcy, który bardzo się denerwował. Lubię takie stragany. Pełno malin, winogron, arbuzów, letnich jabłek i żółtych śliwek; wiśni, porzeczek, czereśni i brzoskwiń. Z Big B pewnie szukalibyśmy jakiejś knajpy na kolację, ale ja zadowoliłam się samymi owocami.

Wróciłam do hotelu, przebrałam się w kostium i nie zabierając niczego (nawet, o! litości, okularów – panicznie się boję, że cokolwiek zostawię na plaży bez opieki, zniknie) pognałam się wykąpać. Fajnie było, chociaż grzmotnęłam na śliskich kamieniach i szłam potem po dnie morskim najeżonym tymi ogloniałymi głazami jak paralityk. Ale żaden Big B nie śmiał się ze mnie 😉

Po kąpieli poczułam zew flądry, więc tylko się przebrałam i znowu uderzyłam do Złotej Rybki, ale tym razem tylko na jedną flądrę. I znów nad morze, na zachód słońca.

Do snu przygrywała mi sąsiadująca z hotelem tancbuda, ale wiecie, ja dobrze śpię, a po kąpieli w morzu – jeszcze lepiej.

pikfe

Niezdziadziały Mick.

Wrzesień 26, 2010

Dzień dobry.

Właściwie to miało być o czymś innym, o morzu i o flądrach i o znowu singlu byciem, ale z lekka sobie zakpił zbieg okoliczności.

Od dłuższego czasu (długo zanim zaszłam w ciążę) ogarnia mnie przeraźliwy lęk, że razem z Big B ZDZIADZIEJEMY. Wiecie, on będzie nosił gumowe, rozwalone klapki, a ja narzucę na siebie w domu powyciągane dreszysko. Będziemy jęczeć do siebie albo rzucać jakieś ohydztwa pod nosem. Utyjemy. Stracimy zainteresowanie. Będziemy zajadać pizzę na Krupówkach i kupować tandetne ciupagi naszym marudnym, rozkapryszonym i zaślinionym dzieciom. Na pewno widzieliście takie pary.

Masakra, co?

I szukam dowodów, że niekoniecznie trzeba zdziadzieć. I nawet mam takie pod nosem, w naszych rodzinach i to w dodatku nie jakieś wyjątki.

Ale… i tak się boję, że zdziadziejemy.

Chyba aż do dziś.

Pisałam coś na bloga na moim nieinternetowym komputerze, ale zgłodniałam, więc wzięłam kurczę gotowane, a żeby nie nudzić się zbytnio załączyłam sobie Bridges to Babylon Tour Rolling Stonesów. Wskoczyło na Out of Control i kiedy zobaczyłam Micka moją twarz rozjaśnił uśmiech.

On, rocznik czterdziesty trzeci (wówczas pięćdziesiąt pięć lat), siedmioro dzieci i cztery żony, a życie – jak sądzę – pod wieloma względami cięższe od mojego i proszę! On nie zdziadział!

Ja w ogóle ich uwielbiam – byłam na tym koncercie w Polsce (w 1998 roku…) i to było coś niezapomnianego. Nie chodzi wcale o imponującą oprawę, ale o samych Stonesów, legendę rocka, która po kilkudziesięciu latach wciąż grała z tą samą werwą i żywiołością; o grupę, która nie boi się zacząć koncertu od swojego największego hitu.

I tak, to było imponujące show, ale nie przeszkadzało Stonesom bawić się tym występem, imprezować momentami i czerpać z niego radość, która udzielała się wszystkim oglądającym. To był świetny koncert i świetna zabawa.

A jeszcze dziś Mick tak podniósł mnie na duchu 🙂 Tak więc uwaga, na starość będę jak Mick Jagger (a Big B  jak Keith Richards?! 😉 ). Nie zdziadzieję 🙂

pikfe

Dzidziuś z zębami.

Wrzesień 23, 2010

Dzień dobry.

Dziś rano czułam się… dobrze! Jakie to cudowne! Czułam się – wedle ludzkich standardów – normalnie, ale nie do końca obowiązują mnie teraz ludzkie standardy. Chciało mi się wstać; prawie bez mdłości i bez słabości, rewelacja.

I dzień taki piękny.

Co prawda wczoraj, no cóż, zjadłam słoik ogórków kiszonych (nie mogłam się powstrzymać), co nie skończyło się najlepiej, ale skoro czuję się świetnie, więc to może nie był taki głupi pomysł z tym pofolgowaniem sobie? 🙂

Dziś zaczyna się ósmy tydzień tej przygody, wedle Internetu dzidziuś wygląda już tak:

Zdjęcie pochodzi stąd.

Ja mam jakieś inne odczucia, bo mój dzidziuś jest bardzo żarłoczny i w sumie co chwila muszę mieć coś do jedzenia pod ręką. Nie to, że ja mam ochotę jeść, nie, nie. Ja to nawet za bardzo nie mam ochoty, mdli mnie zbyt często. Dzidziuś ma ochotę i co ja tylko zjem, to on od razu pożera. Dlatego jest śliczny, kiedy jest najedzony, ale potworny, kiedy głodny. Ma TAKIE WIELKIE ZĘBY!

I obiecuję w najbliższym czasie napisać jednak coś nie o ciąży. Zjem może kolejny słoik ogórków, to jutro znowu będę się dobrze czuła.

pikfe

Wyssana.

Wrzesień 19, 2010

Dzień dobry.

Mam już Internet i powinnam z niego ochoczo korzystać, uzupełniać zaległości, komentować i czytać, ale… jestem w ciąży.

Nie chce mi się. Mam mdłości. Napady senności. Słabo mi.

Generalnie jest tak, że żyję pod dyktat pasożytka.

Jeśli chce jeść – muszę rzucić wszystko i lecieć jeść (zaczęły się zbiory – zbieram się, żeby w nich uczestniczyć – ale na pole zabieram kanapki, a jestem nie dalej niż  trzy , cztery kilometry od domu). Muszę jeść pomimo tego,  że mam mdłości – to jest jak wewnętrzny przymus. MASZ JEŚĆ I KONIEC!!! TERAZ!!! Napisali, że kobieta w ciąży powinna jeść pięć mniejszych posiłków dziennie. Ha. Ha. Ha. Chyba umarłabym z głodu. Jeśli nie zjem, natychmiast zaczynam się czuć tak źle, że teraz to już naprawdę zabieram na pole te kanapki, a rano zamiast kawy wypijam kakao, zawsze to trochę kalorii więcej.

I tak po godzinie znów robię się głodna i moje oczy szukają – jabłko, tuńczyk (choć podobno się nie powinno – więc dzielę się z kotami, żeby nie zjeść całej zawartości puszki), jogurt z musli, śliwki. Po prawdzie trzeba przyznać, że są takie momenty (rzadkie, ale jednak), że jedzenie jest dla mnie prawdziwą rozkoszą, taką, że aż mi w mózgu wibruje ze szczęścia.

A najlepsze w tym wszystkim jest, że nie przytyłam – a zastanawiam się, czy nie schudłam minimalnie. Czuję się wysysana, eksploatowana.

Jak mam iść spać, to zasypiam na stojąco i mało co jest ważne. Drzemka w dzień jest nieodzowna, a dwudziesta druga to dla mnie już naprawdę bardzo późna pora na pójście spać. I naprawdę nie mam problemu z tym, żeby następnego dnia spać do dziesiątej, co daje jakąś oszałamiającą liczbę godzin snu na dobę (wliczając drzemki). Nie położę się? Serce zaczyna mi walić jak oszalałe, blednę, na niczym nie mogę się skoncentrować, snuję się jak zombie.

Fakt faktem, że śpi mi się jak nigdy w życiu, choć nigdy też na kłopoty ze snem nie narzekałam. Mam fantastyczne snu, które pamiętam. Nie boli mnie głowa od przespania. Nie mam problemu z zasypianiem. Rewelacja.

Tak więc byłabym najszczęśliwsza mogąc spać (od czasu do czasu mogliby podłączyć mnie do kroplówki), ale życie nie jest takie piękne 😉

Zmuszam się więc, bo przecież są zbiory, a i w domu coś trzeba zrobić, coś załatwić. Narzekam trochę (być może Big B miałby nieco inne zdanie w sprawie tego trochę), ale jakoś daję radę. Do końca pierwszego trymestru wytrzymam, potem podobno jest już lepiej. Tym żyję, bo nie cierpię być ciągle głodna, śpiąca, marudna i z mdłościami.

Są takie kobiety, które w ciąży czują się świetnie – bardzo im zazdroszczę.

pikfe