Archiwum dla Lipiec 2010

Chawst na wtorek (2).

Lipiec 13, 2010

Dzień dobry.

Dziś mój ulubiony chwast – przesadzam go z łąki na swoją rabatę, ponieważ on naprawdę cieszy moje oko.

Roślina ta, której nazwy długo nie znałam, nazywa się przymiotno białe (Erigeron annuus). Miałam nazdzieję, że nazwa będzie nieco ładniejsza – jak choćby przetacznik albo cykoria podróżnik… No, ale mamy przymiotno.

Szukałam w Internecie stron o chwastach, ale nie z tagami „wypiel, wyrzuć, wykarczuj, wypleń, wytnij, wykoś”. Wiele nie znalazłam.

Pisałam już o Chwastowisku oraz o niezwykle przydatnym Atlasie Roślin Polski, ale to trochę mało. Fakt, że nie szukałam może ze zbyt dużą werwą, niemniej jednak – szukałam. I co? Natrafiłam tylko na jedną ciekawą stronę i okazało się, że jest ona prowadzona przez Autorkę Chwastowiska…  – to blog  Świat nasz kolorowy.

Gdyby ktoś z Was przypadkiem trafił na ciekawą (i ładną graficznie) stronę o chwastach, pikfe bardzo prosi i linka.

I przymiotno raz jeszcze.

Przymiotno na Chwastowisku i w Atlasie Roślin.

pikfe

Reklamy

Siódmy myśliwym (i zła wiadomość).

Lipiec 12, 2010

Dzień dobry.

Nasz kot nas zaskakuje – okazuje się być prawdziwym kotem myśliwym. Znosi nam ostatnio do domu małe wróbelki pół- loty, myszy półżywe oraz na szczęście całkiem martwe

Jego pierwsza zdobycz (młody wróbel – wiadomo, łatwiej je złapać) to było dla nas prawdziwe zaskoczenie.

Dla kota chyba zresztą też, ponieważ kompletnie nie wiedział, co dalej. Trochę próbował go ożywić, trochę go popilnował, a potem – niczym prawdziwy gentleman – odstąpił zdobycz Dziewczynie.

Dziewczyna trochę próbowała go ożywić, trochę go popilnowała, wnosiła do domu (ja wynosiłam), aż w końcu obydwa straciły całkiem zainteresowanie.

Podobno część właścicieli kotów próbuje tępić ich zainteresowanie ptakami. My nie. Trudno, kot jest drapieżnikiem, a wróbel (nawet mały) powinien się go strzec. Jeśli tego nie robi – trudno.

Nie przepadam za widokiem martwych zwierzątek, ale koty są wyraźnie zachwycone,  a to przecież ich zdobycz. Działa instynkt, z którym pikfe walczyć nie będzie, przynajmniej nie u kotów.

Później był drugi wróbelek, trochę bardziej wyrośnięty i żywa jeszcze mysz, której było mi szkoda, ale za późno Siódmy ją przyniósł i chociaż ją zabrałam, zdechła chwilę potem i  to raczej nie była przyjemna śmierć.

No, a ostatnio Siódmy przynosi nam (chyba nam, bo przecież ich nie zjada) ryjówki, na szczęście już martwe. I za każdym razem jest bardzo z siebie zadowolony – a my z niego.

Zła wiadomość jest taka, że dziś musimy oddać Internet i już więcej nie możemy go wypożyczyć. Czyli – o ile czegoś nie wymyślę, dopóki nie zrobimy tu sieci, nie mam od dziś Internetu. Może uda mi się jeszcze jutrzejszy chwast, ale później to już… cisza.

pikfe

Chwast na wtorek (1).

Lipiec 6, 2010

Dzień dobry.

Na Wsi jest pełno chwastów, które tworzą czasem prawdziwe gąszcze. Wyrosną wszędzie, tylko chwilowo poddając się koszeniu, opryskom, suszy czy piachom.

Z rabaty muszę je wypielać; z sadu pozbywamy się ich pryskając. I tu, i tam – nie są na miejscu (ja wiem, że one w zasadzie są na miejscu, a my z naszym sadem nie, ale nie moglibyśmy wszyscy tak tych chwastów hołubić, bo by nas przerosły).

Prawda jest jednak taka, że nawet chwasty potrafią być bardzo piękne. Do tych znanych i ładnych – jak chaber czy mak polny – przywykliśmy. Tych uciążliwych – jak mniszek lekarski – nadal nie cierpimy, mimo ich niewątpliwej urody ( i tak zawsze widzimy, oczami wyobraźni, półmetrowy korzeń). Ale są i takie troszkę mniej znane, a bardzo urokliwe.

Tak długo, jak wystarczy mi zdjęć, co wtorek jeden chwast na tym blogu znajdzie swoją grządkę.

Dziś kurzyślad polny (Anagallis arvensis), którego znalazłam krótko po koszeniu naszego podwórka za domem.

Rano jego kwiaty są zwinięte.

Wyglądają trochę, jak zwinięte tulipany. Albo róże.

Przy słonecznej pogodzie kurzyślad rozwija kwiatki, mrugając na czerwono z trawnika.

Informacji szukałam w  Przewodniku do rozpoznawania roślin i zwierząt na wycieczce wydawnictwa Multico (nie znalazłam) oraz z zasobów Internetu: z Wikipedii oraz z bardzo użytecznego Atlasu roślin.

pikfe

Wyniki konkursu (a nie wyborów).

Lipiec 4, 2010

Dzień dobry.

Całkiem miło jest mi ogłosić, że zostałam wyróżniona w konkursie Edukator Stylu organizowanym przez sieć sklepów DUKA.

W rzeczonym konkursie wzięłam udział w sumie trochę przypadkowo, ale jestem zadowolona, ponieważ akurat ta promocja została naprawdę fajnie i z pomysłem przygotowana.

W konkursie należało przygotować aranżację stołu, używając dwóch produktów DUKA oraz siekacza do przypraw, który każdy z uczestników otrzymał w prezencie – co akurat świetnie się złożyło, bo jeszcze nie posiadałam 🙂

Nie jestem jakaś wypasiona, jeśli chodzi o aranżacje stołu, ale oto moje zdjęcia.

I jak Wam się podoba? Czy powinnam nagrodą podzielić się z Siódmym? 🙂

Chciałam jeszcze zaznaczyć, że to nie jest wpis sponsorowany – promocja DUKI naprawdę mi się spodobała.

pikfe

P.S. Prawo napisania, że nie mam o czym, pisać i nie mam ochoty pisać po raz kolejny zadziałało i znowu piszę 🙂

Zdziwienie.

Lipiec 3, 2010

Dzień dobry.

Tak sobie przeglądałam demotywatory…

Źródło: http://demotywatory.pl/1825144/Japonki-9.99-dzinsy-99.90

Ona NAPRAWDĘ ma japonki!

Nie to, żebym nie wiedziała; kiedyś chyba nawet widziałam hard-core’a tego typu, ale wymazałam to ze swojej pamięci.

Jednak widać jak na dłoni, że głupota ludzka nie zna granic. Pozostaje tylko wierzyć, że się wycofała, ale:

a) i tak za daleko zaszła;

b) nie wygląda na taką, co by się do odwrotu szykowała.

Kiedyś wybuchła dyskusja o tym, czy akcje ratowników GOPR powinny być płatne. Ludzie dostali szału na samą wzmiankę o tym, a jeszcze bardziej rozwścieczyło ich, że w nowych prawach turysta będzie zobowiązany do posiadania odpowiedniego sprzętu oraz umiejętności. Czyli – idziesz zimą w góry, masz raki, a nie deskę nabijaną gwoździami; idziesz latem – buty za kostkę. Ja przynajmniej tak to rozumiem. No dobrze, chociaż adidasy.

Ludzie, którzy wybiorą się w góry, a nie zadbają o to minimum, będą płacić za akcje ratunkowe.

Nie, nigdy w życiu takich przepisów! Bo ratownicy GOPR będą ścigać za brak kurtki z Gore-Texu albo butów na podeszwie Vibram. I ucierpią na tym dzieci z biednych rodzin (lepiej, żeby zabiły się w japonkach) oraz ludzie będą trzęśli tyłkiem, że może im się wypadek przytrafić i do końca życia się nie wypłacą – więc w góry nie pójdą (hm… to nawet lepiej 😉 )

Niezdrowe emocje wzbudził zapis, że  sport i turystykę w górach uprawia się „na własną odpowiedzialność”.

I ja tu swoje trzy grosze: ja chodzę w góry na własną odpowiedzialność i zawsze robię wszystko, żeby ratownicy nie musieli ryzykować dla mnie zdrowia i życia. Mam wygodne buty i ciepłe rzeczy w plecaku. Zawsze, nawet w upały niosę czapkę, rękawiczki, szalik, sweter, długie spodnie i kurtkę. Mam koc izolacyjny, podstawowe leki, sporo jedzenia i naładowany telefon. Nie wybieramy się na kilkunastogodzinne wycieczki dzień po przyjeździe, dajemy naszym organizmom szanse, żeby sobie przypomniały góry. Jeżeli nie czuję się pewnie na łańcuchach, nie planujemy takich wycieczek (z tego powodu, jak do tej pory, omijaliśmy Tatry Wysokie). Wychodzimy wcześnie rano i nie wracamy po zmroku. Zawsze mamy mapę i przestudiowany wcześniej szlak. Zimą nigdy nie chodzimy w wyższe partie gór, ponieważ nie jesteśmy na to przygotowani, a latem bierzemy pod uwagę warunki atmosferyczne i kiedy zbliża się burza, schodzimy na dół (niestety nie jest to reguła; byliśmy świadkami, jak w czasie burzy ludzie podchodzili pod szczyt).

To wszystko nie wynika z tchórzostwa, tylko z szacunku – do ratowników, do gór, do siebie. Bo uważam nas za dorosłych ludzi, którzy potrafią zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby spędzić wakacje bezpiecznie. I nie boją się brać za to odpowiedzialności. Skoro zakładam, że ratownik zrobiłby wszystko, żeby mnie uratować, ja mogę zrobić wszystko, żeby on miał spokojny dyżur. Zdaję sobie sprawę, że mimo wszystko coś może się nam w górach przydarzyć – takie są góry – i zakładam, że ktoś mnie wtedy uratuje.

W mojej opinii taka pańcia, jak ta ze zdjęcia, dla własnego dobra powinna za lot śmigłowcem zapłacić. Bo głupota boli. I powinna boleć, żeby potem idioci i idiotki nie rozpowiadali o swoich idiotycznych wyczynach.

Tyle, że… skoro jest tak głupia, że w takim stroju wybiera się w Tatry Wysokie, to trzeba założyć, że jest również tak głupia, że wiedząc, że GOPR wystawi jej rachunek (mózgi pewnych ludzi dopiero w ekstremalnych sytuacjach kojarzą pewne fakty), ze strachu/ oszczędności/ wstydu po ten śmigłowiec nie zadzwoni i na własną rękę (nogę) będzie jednak próbowała sama. I co wtedy?

Czy jednak bezpłatnie ją zabrać na dół czy nominować potem do Nagrody Darwina?

pikfe

Dlaczego niezbyt dużo ostatnio piszę?

Lipiec 2, 2010

Dzień dobry.

Odpowiedź na to pytanie jest prosta – większość dnia spędzam na dworze, a siedzenie przed komputerem mnie mierzi. Wolę pobyć z kotami na dworze albo popielić w ogródku.

Na zewnątrz robię paznokcie, czytam, golę nogi, odpoczywam, prasuję (ale to już wiecie), wieszam pranie i naprawdę żałuję, że nie mam laptopa i polowej kuchni 🙂 Upał mi nie przeszkadza. Heat is good, można by powiedzieć, z czym pewnie niektórzy się nie zgadzają, tak, jak ja nie zgadzam się z pierwowzorem.

Wczoraj przyjechała do nas na obiad Mami z Uialem i przywiozła mi piękne kwiaty z Działki. Parapet kuchenny wygląda teraz tak ładnie, że aż musiałam go uwiecznić.

Odkąd koty mają cały dzień otwarte drzwi zachowują się dużo spokojniej i w te upalne dni zdarza się, że Siódmy nie opuszcza nawet naszego podwórka – co przy dawkowaniu przyjemności wychodzenia na dwór było dla niego awykonalne. Teraz potrafi godzinę przeleżeć pod stołem.

Poza tym mam kiepskie przeczucie, że nie mój kandydat wygra wybory. Oczywiście, jadę do Miasta zagłosować. Zawsze głosowałam i szczerze mówiąc nie rozumiem, jak można nie głosować. Sytuacja jest jasna, kiedy ktoś jest na przykład anarchistą – wtedy rozumiem, ok. Ale tak z lenistwa/ obojętności, żeby nie pójść na wybory?

Ja wiem, że w Polsce prawie zawsze głosujemy nie za, ale przeciw i ja też teraz tak głosuję, ale Komorowski jest mi chociaż trochę bliższy światopoglądowo – choć i tak byśmy się nie dogadali. Jeśli ktoś jest ciekaw, to może sprawdzić, jaki jest jego kandydat tutaj. (Mnie wyszło – jak zawsze – że jestem starą socjalistką. Big B jest zgniłym liberałem 😉

No, ale nawet jak nikt nas tak naprawdę nie reprezentuje, to może warto jednak iść i zakreślić mniejsze zło?

Obejrzałam zdjęcia z Zatoki Meksykańskiej i przypomniało mi się, że i na ten temat jest już teoria spiskowa – żadnego wycieku nie było; to wszystko jest ściema korporacji i rządu USA, którzy to pod przykrywką katastrofy ekologicznej trują biedotę z rejonu Zatoki, taki Nowy Orlean na przykład. Coś do dodania?

Ostatnio znalazłam potwierdzenie innej teorii spiskowej – i to na własnym niebie je znalazłam – że samoloty nas trują; no… może nie, że nas trują(choć nas trują), ale, że powodują deszcze (powódź to też spisek). Normalnie przeleciał samolot i kwadrans potem zaczęło padać, a dzień był piękny! I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe?! 😉

 

Mówię Wam, Wieś jest świetna.

pikfe