Fragment o Puszczy 2.

Dzień dobry.

Wita się pikfe w sobotni poranek, choć dziś niedziela.

I ciąg dalszy.

Czemu dziś przypomniał sobie, że ukradł swój jedyny kubek? Czemu przypomniał sobie tamten wieczór w Piłsudskim? Tamte twarze? Tę ohydną spelunę cuchnącą niemytymi czarodziejami, papierosami, potem i przetrawionym alkoholem? Czemu po raz pierwszy odkąd pamiętał, nie wypił dziś rano herbaty, która stoi teraz na blacie i stygnie?
Czemu po raz pierwszy od dawna udawał, że nie słyszy wołania lasu i czemu stoi tu teraz i zadaje sobie pytania? Nie pamiętał kiedy ostatnio zadawał sobie pytania. Od dawna było tak, że po prostu znajdował odpowiedzi, nie musiał się trudzić i pytać, nie musiał wzbudzać w sobie niepokoju i szukać, czegoś, czego nie mógł znaleźć. Nie rozważał swoich ruchów, tylko robił rzeczy i skądś wiedział, że one były właściwe. Teraz nie miał tego komfortu. Po raz pierwszy od dawno nie był pewny, co powinien zrobić. Może gdyby czuł strach, łatwiej byłoby mu zawrócić z tej ścieżki.
Powoli podniósł głowę i rozejrzał się powoli. Mgła gęstniała, a on czuł się tak jak w tamtych starych czasach z  bardzo dalekiej przeszłości. Nie rozumiał szeptów, słyszał szelest liści, od czasu do czasu skrzypienie starych pni, trzask łamanej pod kopytem sarny gałązki, ale nic poza tym.
„Mam nie wiedzieć?” pomyślał Borys i drgnęła w nim dawno już zapomniana struna pychy. Poczuł to drgnięcie bardzo wyraźnie, nagle znów z satysfakcją ujrzał to, o czym dobrze pamiętał, ale jeszcze wczoraj wieczorem nie chciał wspominać. Teraz dawne dzieje wydawały mu się snem o wielkiej potędze, przypominaniem sobie kogoś innego, kim on sam nigdy nie był. Dawno nie dotykał tych wspomnień i właśnie teraz, tu, na ścieżce w puszczy poczuł chęć zasmakowania swojej przeszłości, doświadczenia żaru swojego dawnego życia, spalających go emocji.
Borys sięgnął jednego z najpiękniejszych wspomnień, końca długiego pościgu za ranną zwierzyną i przypomniał sobie tylko krzyk mistyka zamykanego w odnodze czasu.
„Taka jest wola boża” powiedział wtedy Borys.
„Taka jest twoja wola” wykrzyczał Luria, spętany przerażeniem.
„Czy to nie jedno i to samo?”
Westchnął i otworzył oczy, wciąż słysząc strach w głosie Lurii. Jeden z niewielu, który nie błagał. Był odważny, nie, nikt nie jest odważny. Luria był dumny. Borys von Augenblick był Panem.
Ponownie zamknął oczy, próbując się uspokoić. Oddychał głęboko i słuchał niespokojnego szmeru liści. Uchwycił się tego dźwięku, który już tylko trochę przypominał mu pełen głosów szmer puszczy. Spokój, spokój. Dlatego właśnie tu przeszedł, po spokój. Nie wiedział, czy zaczął go szukać ze strachu czy z powodu sumienia, każdego dnia dręczonego przez krzyki jego ofiar. Wtedy nie chciał być już Borysem von Augenblick, chciał zniknąć i nie musieć tłumaczyć się nikomu ze swojego wyboru, nikomu nie musieć przyznawać się do własnej słabości, do sumienia. Byłby zmuszony stanąć przed nimi wszystkimi jako człowiek przegrany, przemawiać z samego dna do tych, którzy byli bardzo wysoko z racji tego, za kogo się uważali. Za magów. Splunął. Nie chciał tego. Gardził nimi. Bał się ich. Uciekł i nie chciał wracać.
Spojrzał przed siebie, ale wiedział już, że nie potrafi zawrócić. Struna pychy wciąż drżała, las popełnił błąd oferując mu tajemnicę i niewiedzę. Chwycił kij w prawą dłoń i poszedł to przodu, wciąż zanurzając się w coraz gęstszej, chłodnej mgle. Szedł szybko. Nie miał już cierpliwości. Bardzo pragnął wiedzieć, co wydarzyło się dziś w lesie, poczuł rozlewający po całym ciele żar namiętności, którą musiał zaspokoić. Nie zastanawiał się, ale nie tak, jak wtedy kiedy wiosną sadził delikatnie malutkie sadzonki ogórków, ani nie tak, jak wtedy, kiedy podnosił z ziemi ranną sarenkę. Teraz szedł do celu. Prosto, bez zbędnego poświęcenia, bez delikatności, bez oglądania się za siebie. Szedł tylko dla siebie, chciał zaspokoić własne pragnienie i czuł, że nie obchodzi go zupełnie to, co znajdzie, żywe, martwe, złe, nie, nie, to nie miało najmniejszego znaczenia. Musiał to odnaleźć, tak jak kiedyś szukał ich, śledził, wzbudzał strach, nie dawał wytchnienia, z pasją, z oddaniem, jedynie z chęcią zaspokojenia siebie. Siebie, siebie, siebie. Nie był już częścią, był tylko sobą.
Szedł długo. Wciąż poznawał drzewa, ale zdawał sobie sprawę, że jest już daleko od domu. Rzadko spacerował w tej części puszczy, tu nieczęsto coś się wydarzało. Na jesień zbierał tu zioła, ale to było tylko parę dni w roku. Mimo tego wiedział, gdzie idzie, wiedział, jak wrócić, nawet gdyby puszcza postanowiła utrudnić mu także powrót. Przyglądał się strzelistym sosnom, o grubych zdrowych pniach i młodym olchom z ich pięknymi, gładkimi liśćmi, które nadal były tak zielone, jak wiosną. Omijał misterne pajęczyny i nie deptał młodziutkich drzew. Jagody na polanach zaczynały już dojrzewać, piękne, pękate granatowe owoce wyłaniające się spod drobnych listków, zawsze zachwycających go regularnym kształtem i pięknym odcieniem zieleni. Szedł przez polany wysokich paproci obrastających małe, zabagnione stawy, których powierzchnia pokryta była gęstą rzęsą wodną. Od czasu do czasu słyszał plusk, spłoszona żaba szukała schronienia w głębinie. Mijał pola zielonych mchów, tak miękkie, że zapadały się w nie jego gołe stopy. Widział, gdzie wiewiórki obierały szyszki, przy pniach leżało pełno żółtych łusek, jak zawsze wyraźnie odznaczających się na brunatnej ściółce. Przekraczał zwalone, obrośnięte mchem pniaki martwych drzew, które teraz gościły w swoim wnętrzu mrówki, w których wilgoci szukały jaszczurki, a pożywienia dzięcioły. Lubił martwe pnie, zażółcone od pleśni, zielone i śliskie od glonów, będące domem dla wielu istot, karmiące las. Były piękne, obrośnięte kipiącymi zielenią roślinami, skrywające dziuple małych puchaczy, pełne żywych skarbów, cicho szepczących z martwego wnętrza swoje krótkie życie.
Szedł długo, już bez wahania, prowadzony przez swoje dawne demony. Las milczał i bał się, obudził potęgę, która była przerażająca w swoim okrucieństwie. Miała ucichnąć, zniknąć głęboko w jego duszy, miał ją zwyciężyć i przestać być, kim kiedyś był, ale okazało się, że ona tylko drzemała pod powierzchnią jego skóry, czekając na pierwszą szanse, żeby znów nim zawładnąć.
Stanął na skraju polany. Niczego nie dostrzegł, ale wiedział, że dotarł na miejsce i że teraz, jeśli tylko zrobi krok do przodu wszystko ulegnie zmianie, nieodwracalnie. Jego pustelnicze życie, pełne spokoju, pokuty za popełnione kiedyś uczynki i refleksji, tak dalekie od myślenia o sobie – to wszystko zmieni swój bieg.
Wcześniej nie oczekiwał zmiany, ale jej pragnienie musiało tkwić w nim bardzo głęboko i dlatego wiedział, że się nie cofnie przed odkryciem tego, co ukrywały wysokie trawy polany. Nie czuł strachu, stojąc na jej skraju, delektował się jedynie oczekiwaniem. Tak dawno nie czekał, a jego cierpliwość nie była wystawiona na próbę. Teraz czekanie przypomniało mu zapach krwi, polowanie i pościg za ranną zwierzyną, uciekającą przed siebie z rozerwanymi trzewiami, przerażoną i pachnącą już śmiercią. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się, stawiając pierwszą stopę w wysokiej, miękkiej trawie. Stare dęby nie szumiały, zastygły w bezruchu, również czekając na to, co ma się wydarzyć. Von Augenblick szedł spokojnie, pewny, zdecydowany i czuł rozlewające się w nim gorąco, ekstazę, której nie czuł od chwili, kiedy tu trafił. „Każdy rok był tym samym rokiem” pomyślał. Tu nic się nie wydarzało, żadnych nowych doświadczeń, nic, co można byłoby smakować jak piękny, soczysty, dojrzały owoc. Żadnych prawdziwych zdarzeń, tylko monotonne trwanie w rytmie pór roku.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Moje fragmenty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: