Archiwum dla Czerwiec 2010

Nasza kuchnia.

29 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Już dawno, dawno temu ogłosiłam na łamach tego bloga ankietę, w której pytałam Was czy bardziej podoba się Wam kuchnia Fagerland czy może Tidaholm. Drugie pytanie dotyczyło tego, czy robić witrynki w kuchni, czy też nie.

Wygrała kuchnia Tidaholm z witrynami.

Jest Fagerland bez witryn.

Oczywiście, jest już od pewnego czasu, a ja dopiero teraz o niej piszę.

Nam się podoba, choć składanie jej wcale nie było tak banalne, jak to mówią – o czym już zresztą kiedyś pisałam. Generalnie jednak było dobrze, choć Olinusowi Prime i Kubatronowi przytrafiła się wpadka… Wiadomo, w Ikei wybiera się i fronty i uchwyty samemu i potem trzeba je samemu przymocować. Olinus i Kubatron zrobili tę żmudną robotę bardzo dobrze w ogóle, ale w tym jednym szczególe…

Nie mogę odżałować, że nie widziałam miny Kubatrona, kiedy próbował dopasować drzwi do szafki i jakoś tak dziwnie nie wychodziło. 🙂

Bardzo chciałam, żeby tak zostało, na pamiątkę, bo przecież w sumie spędziliśmy w tej kuchni trzy w miarę pracowite weekendy, ale Kubatron nie pozwolił (choć to moja kuchnia!), razem z Olinusem odkupili front i teraz mamy klamkę na właściwej wysokości.

Najcięższe prace przypadły AardvarKowi i jego pomagierowi (Big B) – przewiercanie szafek, cięcie blatów, montowanie urządzeń i to zajęło nam najwięcej czasu. Szafki złożyliśmy rach-ciach, choć na początku chaos był straszny i byliśmy przekonani, że połowy rzeczy nie ma. A okazało się, że były wszystkie.

Bardziej anonimowym bohaterem tej historii, nie biorącym udziału w montażu, jest mama Big B, która dla nas gotowała, robiła śniadania, a kiedy wracaliśmy po 23 jeszcze do Dużego Domu, zawsze czekała na nas kolacja. Żywić ekipę montażową to też coś.

Mami za to – bo i ona nie jest bez zasług – w zasadzie na żądanie pobiegła do Ikei i odebrała naszą zmywarkę (co brzmi łatwo, ale takie nie jest) i zleciła jej wysłanie na Wieś. Bez Mami musielibyśmy się tłuc do Miasta tylko w tym jednym celu.

Tak więc cała rodzina była zaangażowana 🙂

Dzięki Wam, kochani, bo kuchnia ładnie nam wyszła 🙂

pikfe

P.S. Myślę, że Kubatron zamorduje mnie za to, że opublikowałam zdjęcie oryginalnie przymocowanej klamki, więc może to być mój ostatni wpis 😉

28.06.2010

28 czerwca, 2010

Obydwa są w domu, zmęczone i baaardzo śpiące.

Big B wrócił.

A Wasz, jak się okazuje, owczarek pikfe jest uszczęśliwiony 😉

pikfe

28.06.2010

28 czerwca, 2010

Nie ma ani Siódmego ani Dziewczyny.

A Big B na meczu.

pikfe

28.06.2010

28 czerwca, 2010

I znów ja.

Teraz Siódmy śpi pod samochodem i od jakiegoś czasu w ogóle się nie oddala.

Ufff.

pikfe

28.06.2010

28 czerwca, 2010

Witam ponownie.

Jeśli kogoś to interesuje, Siódmy wrócił, przepadł, znowu wrócił i teraz siedzi w domu 🙂

Ale na pewno znowu przepadnie.

Ooo, chyba już zniknął.

pikfe

28.06.2010

28 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Siódmy poszedł w świat.

Nawet się za nami nie obejrzał.

BARDZO się denerwuję, ale kot jest pewnie szczęśliwy.

pikfe

Siódmy daje radę.

25 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Nie mam ostatnio weny, chyba jakoś się mijamy. Ona w domu, ja z kotami na spacerze; ja w domu z kotami, ona podziwia deszczowe chmury. I tak w kółko.

Koty mnie absorbują. Siódmy ciągle chce być na spacerze (ona trochę się boi i ogranicza do małego wycinka naszego podwórka), zaczął już dawać drapaka w sad i w krzaczory. Skubany nauczył się, że stamtąd za nic w świecie go nie wyciągniemy i jak tylko słyszy za sobą szybsze kroki, radośnie przechodzi w galop i zwiewa.

Na szczęście już niebawem (w poniedziałek) uszczęśliwię kota, który będzie mógł łazić samopas i niech hula kocia dusza! Data nie jest przypadkowa – po prostu minie już czas uodparniania się po szczepieniach dl;a kotów wychodzących.

Jasne, że boję się jak cholera – obok mamy drogę; wałęsają się psy i lisy, a nasze koty nie są wiejskimi stworzeniami i Siódmy może liczyć na to, że jak on się zjeży i naprycha to tamten wielki pies ucieknie – albo chociaż nie podejdzie. Dlatego też na razie noce będą spędzały w domu. Wiem, że to okrutne, ale a) nie mamy jeszcze klapki dla kotów; b) ja chciałabym w nocy pospać, a bez klapki będę się budzić na każde skrobnięcie.

I Siódmy pewnie też będzie się trochę bał, ale wiem już, że nie Domek, Big B i pikfe są jego szczęściem, ale dwór. I jestem prawie pewna, że gdyby miał możliwość wyboru między ryzykiem spacerów a spokojem domowego zacisza u pikfe na kolanach, wybrałby to pierwsze.

Tymczasem, w oczekiwaniu na poniedziałek, Siódmy uczył się łazić po drzewach. Znalazł sobie małą sosenkę i na niej opanował podstawy tej trudnej sztuki, a potem po raz kolejny zaryzykował lipę podwórkową i … udało mu się! Wlazł na górę, nawet trochę się pokręcił po grubych konarach. Problem był jedynie z zejściem…

Ze wsi spokojnej, wraz kotem – gumą, przesyłam trochę ciepła w te zimne letnie dni.

pikfe

Opowieści z biura.

18 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Dziś oddaję głos Olinusowi Prime.

„Pałaszka nie lubiła ładnych dziewczyn i kobiet ładnych nie lubiła.
Młodych chłopców uwielbiała. Miała tyle trawy do koszenia, że dla
każdego by wystarczyło. Podobno odmawiali.
Pałaszka lubiła krzyczeć na innych, lubowała się w tym. Od zawsze i na
zawsze uważała się za osobę niezbędną i konieczną do poprawnego
funkconowania firmy.
Pewnego dnia Wielki Zet ogłosił, że do firmy musi wkroczyć CHRAP.
Drogą bardzo długiej selekcji wyznaczono osoby do specjalnej
CHRAP-TEAM. Pałaszka była jedną z tych osób. Nikt nie wie czy z tego
powodu urosło jej, i tak już niewyobrażalnie ogromne, mniemanie o
własnej doskonałości, ale również pośladki. Chodziły słuch, ze
konstrukcja budynku ugina się pod jej ciężarem…
W firmie źle się działo, zbliżał się termin wprowadzenia CHRAPA,
grożono zwolnieniami, zapowiedziano szkolenia, zablokowano urlopy.
Ludzie dzielili się grupy entuzjastów, pesymistów oraz wazeliniarzy.
Na czele tych ostatnich stał Raskak, niestety tak się wysmarował, że
się poślizgnął i zmarł.
Pierwsze szkolenie. Prowadząca: Pałaszka.
Po pierwszej godzinie ludzie byli wyczerpani. Nie dowiedzieli się
jeszcze niczego oprócz tego, że CHRAP to zupełnie inna filozofia, że
jak jej nie przyswoją to koniec ich kariery w firmie.
Pałaszka nie potrafiła mówić o niczym innym i nagle ludzie (niektórzy z
przerażeniem inni z zaciekawieniem, a jeszcze inni z rozbawieniem)
ujżeli jak pierwszy palec prowadzącej szkolenie znika w jej ustach.
Trysnęła krew. Drugi palec. Zręczność z jaką Pałaszka sie pożerała
budziła podziw u wszystkich na sali. Nikt nie próbował jej
powstrzymać. Ktoś zwymiotował. Ktoś wyszedł na Dużą Salę, ludzie
zaczęli zaglądać przez drzwi, pchali się, inni krzyczeli.
Nie wiadomo dokładnie co zostało z Pałaszki, krążyły o tym legendy.
Podobno wciągała swoje zwoje mózgowe jak makaron w sosie pomidorowym.
Znikała gdy patrzyli na nią wszyscy i z tego musiała być zadowolona.
W oficjalnym komunikacie podano, że to była zawał.
A to była pycha.

Olinus Prime

opublikowała pikfe

Rozwaliło mnie to (brzydko mówiąc).

15 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Na dziś tylko cytat, krótki.

„Pali się, moja panno był faworytem festiwalu.

– Tak, ale dzień po canneńskiej projekcji filmu Milosa wybucha rewolta studencka w Paryżu. Truffaut, Godard jadą do Cannes z misją przerwania festiwalu. Milos ni w ząb nie rozumie, o co chodzi, podobnie jak Carlos Saura – obydwaj przyjechali z krajów autorytarnych, jeden z komunistycznego, drugi z frankistowskiego, i zadawali sobie pytanie: czego chcą francuscy studenci? Po powrocie do Paryża Milos zaległ u mnie, załamany, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje: nam w Pradze tak trudno ściągnąć czerwoną flagę – a wy chcecie ją wciągać z powrotem?

Mam w oczach taką scenę: Forman i Ivan Passer, inny wielki czeski reżyser, stoją przed Rogerem Vadimem, ideałem zachodniego mężczyzny: ferrari, szale od Hermesa. I ten czarujący Vadim mówi do Czechów: – Jeśli na świecie jest coś oczywistego, to to, że my chcemy nastania socjalizmu!

Fragment wywiadu z Jean- Claude Carrierem, DF z dnia 8 kwietnia 2010.

pikfe

Fragment o Puszczy 2.

13 czerwca, 2010

Dzień dobry.

Wita się pikfe w sobotni poranek, choć dziś niedziela.

I ciąg dalszy.

Czemu dziś przypomniał sobie, że ukradł swój jedyny kubek? Czemu przypomniał sobie tamten wieczór w Piłsudskim? Tamte twarze? Tę ohydną spelunę cuchnącą niemytymi czarodziejami, papierosami, potem i przetrawionym alkoholem? Czemu po raz pierwszy odkąd pamiętał, nie wypił dziś rano herbaty, która stoi teraz na blacie i stygnie?
Czemu po raz pierwszy od dawna udawał, że nie słyszy wołania lasu i czemu stoi tu teraz i zadaje sobie pytania? Nie pamiętał kiedy ostatnio zadawał sobie pytania. Od dawna było tak, że po prostu znajdował odpowiedzi, nie musiał się trudzić i pytać, nie musiał wzbudzać w sobie niepokoju i szukać, czegoś, czego nie mógł znaleźć. Nie rozważał swoich ruchów, tylko robił rzeczy i skądś wiedział, że one były właściwe. Teraz nie miał tego komfortu. Po raz pierwszy od dawno nie był pewny, co powinien zrobić. Może gdyby czuł strach, łatwiej byłoby mu zawrócić z tej ścieżki.
Powoli podniósł głowę i rozejrzał się powoli. Mgła gęstniała, a on czuł się tak jak w tamtych starych czasach z  bardzo dalekiej przeszłości. Nie rozumiał szeptów, słyszał szelest liści, od czasu do czasu skrzypienie starych pni, trzask łamanej pod kopytem sarny gałązki, ale nic poza tym.
„Mam nie wiedzieć?” pomyślał Borys i drgnęła w nim dawno już zapomniana struna pychy. Poczuł to drgnięcie bardzo wyraźnie, nagle znów z satysfakcją ujrzał to, o czym dobrze pamiętał, ale jeszcze wczoraj wieczorem nie chciał wspominać. Teraz dawne dzieje wydawały mu się snem o wielkiej potędze, przypominaniem sobie kogoś innego, kim on sam nigdy nie był. Dawno nie dotykał tych wspomnień i właśnie teraz, tu, na ścieżce w puszczy poczuł chęć zasmakowania swojej przeszłości, doświadczenia żaru swojego dawnego życia, spalających go emocji.
Borys sięgnął jednego z najpiękniejszych wspomnień, końca długiego pościgu za ranną zwierzyną i przypomniał sobie tylko krzyk mistyka zamykanego w odnodze czasu.
„Taka jest wola boża” powiedział wtedy Borys.
„Taka jest twoja wola” wykrzyczał Luria, spętany przerażeniem.
„Czy to nie jedno i to samo?”
Westchnął i otworzył oczy, wciąż słysząc strach w głosie Lurii. Jeden z niewielu, który nie błagał. Był odważny, nie, nikt nie jest odważny. Luria był dumny. Borys von Augenblick był Panem.
Ponownie zamknął oczy, próbując się uspokoić. Oddychał głęboko i słuchał niespokojnego szmeru liści. Uchwycił się tego dźwięku, który już tylko trochę przypominał mu pełen głosów szmer puszczy. Spokój, spokój. Dlatego właśnie tu przeszedł, po spokój. Nie wiedział, czy zaczął go szukać ze strachu czy z powodu sumienia, każdego dnia dręczonego przez krzyki jego ofiar. Wtedy nie chciał być już Borysem von Augenblick, chciał zniknąć i nie musieć tłumaczyć się nikomu ze swojego wyboru, nikomu nie musieć przyznawać się do własnej słabości, do sumienia. Byłby zmuszony stanąć przed nimi wszystkimi jako człowiek przegrany, przemawiać z samego dna do tych, którzy byli bardzo wysoko z racji tego, za kogo się uważali. Za magów. Splunął. Nie chciał tego. Gardził nimi. Bał się ich. Uciekł i nie chciał wracać.
Spojrzał przed siebie, ale wiedział już, że nie potrafi zawrócić. Struna pychy wciąż drżała, las popełnił błąd oferując mu tajemnicę i niewiedzę. Chwycił kij w prawą dłoń i poszedł to przodu, wciąż zanurzając się w coraz gęstszej, chłodnej mgle. Szedł szybko. Nie miał już cierpliwości. Bardzo pragnął wiedzieć, co wydarzyło się dziś w lesie, poczuł rozlewający po całym ciele żar namiętności, którą musiał zaspokoić. Nie zastanawiał się, ale nie tak, jak wtedy kiedy wiosną sadził delikatnie malutkie sadzonki ogórków, ani nie tak, jak wtedy, kiedy podnosił z ziemi ranną sarenkę. Teraz szedł do celu. Prosto, bez zbędnego poświęcenia, bez delikatności, bez oglądania się za siebie. Szedł tylko dla siebie, chciał zaspokoić własne pragnienie i czuł, że nie obchodzi go zupełnie to, co znajdzie, żywe, martwe, złe, nie, nie, to nie miało najmniejszego znaczenia. Musiał to odnaleźć, tak jak kiedyś szukał ich, śledził, wzbudzał strach, nie dawał wytchnienia, z pasją, z oddaniem, jedynie z chęcią zaspokojenia siebie. Siebie, siebie, siebie. Nie był już częścią, był tylko sobą.
Szedł długo. Wciąż poznawał drzewa, ale zdawał sobie sprawę, że jest już daleko od domu. Rzadko spacerował w tej części puszczy, tu nieczęsto coś się wydarzało. Na jesień zbierał tu zioła, ale to było tylko parę dni w roku. Mimo tego wiedział, gdzie idzie, wiedział, jak wrócić, nawet gdyby puszcza postanowiła utrudnić mu także powrót. Przyglądał się strzelistym sosnom, o grubych zdrowych pniach i młodym olchom z ich pięknymi, gładkimi liśćmi, które nadal były tak zielone, jak wiosną. Omijał misterne pajęczyny i nie deptał młodziutkich drzew. Jagody na polanach zaczynały już dojrzewać, piękne, pękate granatowe owoce wyłaniające się spod drobnych listków, zawsze zachwycających go regularnym kształtem i pięknym odcieniem zieleni. Szedł przez polany wysokich paproci obrastających małe, zabagnione stawy, których powierzchnia pokryta była gęstą rzęsą wodną. Od czasu do czasu słyszał plusk, spłoszona żaba szukała schronienia w głębinie. Mijał pola zielonych mchów, tak miękkie, że zapadały się w nie jego gołe stopy. Widział, gdzie wiewiórki obierały szyszki, przy pniach leżało pełno żółtych łusek, jak zawsze wyraźnie odznaczających się na brunatnej ściółce. Przekraczał zwalone, obrośnięte mchem pniaki martwych drzew, które teraz gościły w swoim wnętrzu mrówki, w których wilgoci szukały jaszczurki, a pożywienia dzięcioły. Lubił martwe pnie, zażółcone od pleśni, zielone i śliskie od glonów, będące domem dla wielu istot, karmiące las. Były piękne, obrośnięte kipiącymi zielenią roślinami, skrywające dziuple małych puchaczy, pełne żywych skarbów, cicho szepczących z martwego wnętrza swoje krótkie życie.
Szedł długo, już bez wahania, prowadzony przez swoje dawne demony. Las milczał i bał się, obudził potęgę, która była przerażająca w swoim okrucieństwie. Miała ucichnąć, zniknąć głęboko w jego duszy, miał ją zwyciężyć i przestać być, kim kiedyś był, ale okazało się, że ona tylko drzemała pod powierzchnią jego skóry, czekając na pierwszą szanse, żeby znów nim zawładnąć.
Stanął na skraju polany. Niczego nie dostrzegł, ale wiedział, że dotarł na miejsce i że teraz, jeśli tylko zrobi krok do przodu wszystko ulegnie zmianie, nieodwracalnie. Jego pustelnicze życie, pełne spokoju, pokuty za popełnione kiedyś uczynki i refleksji, tak dalekie od myślenia o sobie – to wszystko zmieni swój bieg.
Wcześniej nie oczekiwał zmiany, ale jej pragnienie musiało tkwić w nim bardzo głęboko i dlatego wiedział, że się nie cofnie przed odkryciem tego, co ukrywały wysokie trawy polany. Nie czuł strachu, stojąc na jej skraju, delektował się jedynie oczekiwaniem. Tak dawno nie czekał, a jego cierpliwość nie była wystawiona na próbę. Teraz czekanie przypomniało mu zapach krwi, polowanie i pościg za ranną zwierzyną, uciekającą przed siebie z rozerwanymi trzewiami, przerażoną i pachnącą już śmiercią. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się, stawiając pierwszą stopę w wysokiej, miękkiej trawie. Stare dęby nie szumiały, zastygły w bezruchu, również czekając na to, co ma się wydarzyć. Von Augenblick szedł spokojnie, pewny, zdecydowany i czuł rozlewające się w nim gorąco, ekstazę, której nie czuł od chwili, kiedy tu trafił. „Każdy rok był tym samym rokiem” pomyślał. Tu nic się nie wydarzało, żadnych nowych doświadczeń, nic, co można byłoby smakować jak piękny, soczysty, dojrzały owoc. Żadnych prawdziwych zdarzeń, tylko monotonne trwanie w rytmie pór roku.

pikfe