Archiwum dla Maj 2010

Zdarzyło się trzydziestego maja.

30 Maj, 2010

Dzień dobry.

Dziś są moje urodziny.

Nie lubię urodzin.

Nie lubię mijającego czasu.

Miejsc, które odchodzą w zapomnienie.

Ludzi, którzy przestają grzać swoim ciepłem.

pikfe

Gruby kot na drzewie.

28 Maj, 2010

Dzień dobry.

Na dziś mam dla Was foto-story – Siódmy wchodzi na naszą lipę. On bardzo chce i usilnie próbuje: rzuca się z rozbiegu albo próbuje powoli, stojąc pod drzewem i rozważając możliwe warianty wejścia, ale niestety w sposób satysfakcjonujący udało mu się do tej pory wejść tylko raz – wtedy, kiedy musieliśmy potem ściągać Dziewczynę przy pomocy drabiny. Siódmy ma ewidentny problem z grawitacją – tyłek za bardzo mu ciąży.

Na początek mamy kota rozważającego możliwe drogi.

Zaraz potem szybki skok i… jeszcze tak wysoko dziś nie był!

No i zaczęło się kombinowanie, jakby tu przenieść się na drugą połowę pękniętego pnia.

Ale niestety zakończyło się porażką.

I tak została Siódmemu ziemia do eksplorowania.

Obydwa wyglądają na bardzo zadowolone z życia, kiedy są na dworze.

pikfe

Koty za… drzwiami.

27 Maj, 2010

Dzień dobry.

Innymi słowy – koty na dworze. Wzięliśmy je z zamiarem wypuszczania je na dwór i tak robimy, choć jeszcze wychodzą na spacery pod nadzorem, a nie na swobodne bieganie, gdzie popadnie. Zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy uznają to za barbarzyństwo. Przeczytałam ostatnio na jakimś forum zapytanie do weterynarza o to, kiedy lepiej jest wypuszczać koty na zewnątrz – rano czy wieczorem. Weterynarz odpowiedział, że NIGDY.

Mam świadomość, że koty wychodzące mają dużo mniejsze szanse dożyć starości – samochody jeżdżą drogami; wałęsają się psy; rosną trujące rośliny. Ale mimo wszystko nie potrafię trzymać ich w domu, ponieważ i Siódmy i Dziewczynka są na dworze coraz szczęśliwsze. W Domku dość maniakalnie wyglądały przez okno obserwując ptaki.

Teraz mają ptaki na wyciągnięcie łapy – ale jeszcze żadnego nie upolowały, chociaż Siódmy spotkał młodego szpaka nielota. Za bardzo nie wiedział, co z tym fantem zrobić, Uial to dostrzegł, więc złapaliśmy ptaszka i odstawiliśmy w bezpieczne miejsce, a nie pod/w koci pyszczek.

Siódmy jest bardziej wyjściowy niż Dziewczyna – zaczął już stać pod drzwiami i wydzierać się rzewnie, błagając o spacer. Na razie jeszcze, jak pisałam, nie wypuszczam ich samych – jednak się boję. Musimy je  zaszczepić, a dziewczynce zrobić sterylizację, żeby nie mieć tu stadka, a potem stada, a później stadziska, a jeszcze później… miau! Tymczasem mam wymówkę, żeby nie otwierać im drzwi na każde zawołanie.

Kotka jest nieco bardziej strachliwa, ale jak już się zdecyduje, chyba bardziej odważna niż Siódmy. Dziewczynka często stoi w drzwiach i wydziera się na nas, żebyśmy wracali do domu.

Ale dziś w końcu się przemogła (wychodziła już wcześniej, ale ostatnio siedziała ciągle na progu – poza dniem z lipą oczywiście.)

Siódmy za to już całkiem nieźle szaleje na podwórku – bawię się z nim patyczkiem w myśliwego, dziś nawet się zzipał. Często chowa się pod samochodem, bo wie, że stamtąd go nie wyciągniemy i nie pójdzie do domu. Wolałabym, żeby znienawidziły dwór, jak kot Dewey na przykład, ale wygląda na to, że raczej pokochają świeże powietrze.

Z faktów oczywistych: koty, które miały nie spać w sypialni ( w ogóle miały tam nie wchodzić) śpią tam i jest to ich ulubiony pokój 😉

pikfe

Mężczyzna idealny.

24 Maj, 2010

Dzień dobry.

Dziś krótko o nowym Robin Hoodzie.

UWAGA: SPOJLERY.

Mężczyzna idealny – tylko w kinie. Niestety.

Taka była moja refleksja po wyjściu z seansu nowego Robin Hooda, a właściwie nie tyle Robin Hooda, co Robina Longstride’a, bo z tym prawdziwym Robin Hoodem Ridley Scott bardzo się w swoim nowym filmie rozminął. Tak więc – nawiasem mówiąc – jeśli liczycie na łuki, spryt i walkę w lasach, srogo się rozczarujecie, ponieważ czeka was epicka bitwa na angielskim wybrzeżu (prawie jak
lądowanie w Normandii), ratowanie popadającego w ruinę majątku, brak Szeryfa z Nottingham oraz dużo gadania o wolności i równości, z Kartą Swobód włącznie. I prawie nie strzelają z łuku! Bliżej temu filmowi do Gladiatora niż do awanturniczej opowieści.
Tak, tak, ja wiem, że to story behind the legend, ale mimo wszystko jak człowiek idzie na Robin Hooda, to spodziewa się innego filmu niż Gladiator. Ale nie, nie wyszłam z kina niezadowolona, o nie. Fakt, że chęć obejrzenia prawdziwego Robin Hooda (np. Księcia Złodziei z Costnerem) drążyła mi dziurę w mózgu nie zmienił jednak generalnego odczucia – wyszłam z kina zakochana w Robin Hoodzie, mężczyźnie bez skazy.

Zacznijmy od tego, że mamy dwunasty wiek, a Robin – sierota – umie czytać, ze zrozumieniem w dodatku; na brudnego też nie wygląda. Nie to, żeby Big B był analfabetą albo brudasem, ale jednak znajomość alfabetu i przestrzeganie zasad higieny nie były normą wśród prostych żołnieży w średniowiecznej Anglii, tak więc zaliczam to Robinowi na plus: znacznie wyprzedał swoją epokę. Marion wprawdzie mówi, że jego ciuchy śmierdzą, ale klatę Robin ma czystą jak niemowlę, zresztą, błagam, jakiego człowieka ciuchy nie śmierdziałyby po kilkunastu dniach w drodze?

Poza tym Robin jest odważnym i dzielnym żołnierzem, skłonnym do poświęceń na polu bitwy: rzuca się w sam środek piekła, żeby uratować swojego młodszego kolegę; chroni króla na polu bitwy, a kiedy Robin siedzi zakuty, król ginie.

Robin siedzi zakuty wcale nie za pijaństwo, oszustwo czy burdy, nie, nie. Król zakuł go, ponieważ Robin powiedział prawdę, nie umiał kadzić nawet królowi. W dodatku z tej prawdy dowiadujemy się, że Robin zdecydowanie sprzeciwia się maskarom niewinnych islamskich kobiet, dzieci i starców. I to w dwunastym wieku! Niektórzy nie doszli do tego nawet w dwudziestym pierwszym.
Nie jestem też żadnym złodziejaszkiem prostym – honor przede wszystkim. Nie zapomina o obietnicy danej umierającemu rycerzowi i zwraca właścicielowi – wiele w czasie drogi ryzykując –  rycerski miecz. Jak to zwykle prości łucznicy w dwunastym wieku.
Dzięki spostrzegawczości, odwadze i sprytowi Robina, ale też jego niezaprzeczalnej charyzmie, Anglia zostaje uratowana przed najazdem Francuzów. Jednak Robin działa nie tylko globalnie, ale i lokalnie: ratuje podupadające gospodarstwo Lady Marion i jej teścia; po jego przyjeździe nędzna i biedna kraina zmienia się w raj mlekiem i miodem płynący. Ratuje Robin Anglię, ale i swoich ludzi w majątku. Jest zaradny, przedsiębiorczy i niczym się nie zniechęca. Jest tam, gdzie akurat być powinien.
I jest Robin filozofem, wrażliwym na cierpienie biednych i uciskanych. Pragnie, aby wszyscy byli równi; pragnie o to walczyć. Jako urodzony mówca, doprowadza do sojuszu zwaśnionych z królem baronów. Król jęczy na baronów, baronowie na króla, ale Robina wszyscy wysłuchali.

I jeszcze Robin szanuje kobiety – godzi się potulnie na spanie z psami, zamiast w łóżku z Lady Marion i nawet odwraca się z własnej woli, kiedy ona się rozbiera – w dwunastym wieku!
Do tego wszystkiego ma poczucie humoru i inteligencję. Jest skromny, nikomu się nie narzuca i od nikogo nie wymaga ryzykanctwa. Umie dać sobie radę w każdej sytuacji, nawet udawać szlachcica przed angielską królową i następcą tronu.
I jeszcze głos i uroda Russela Crowe, nie jakiegoś tam metroseksualnego kolesia, tylko prawdziwego mężczyzny.

I wad nie ma. No bo jakie?

I co taki biedny Big B ma zrobić? Może sobie tylko strzelić w łeb. Z łuku.

pikfe

Nadal tu jestem.

23 Maj, 2010

Dzień dobry.

Nadal jestem, tylko Uial gościł u nas ostatni tydzień i jakoś tak się złożyło, że on i Big B okupowali komputery, a mnie zabrakło siły przebicia. Przez ten kwadrans dziennie zdążyłam tylko pobieżnie przejrzeć niektóre blogi i poczytać trochę informacji ze świata.

Cała Polska żyje teraz powodzią, ja również. Ale nie tylko tą straszną, niszczycielską i brudną, która tędy i owędy dociera nawet w nasze dość suche rejony – my tylko w jednym sadzie moglibyśmy uprawiać ryż.

Dziś powódź objawiła nam także swoje ładniejsze oblicze, na terenach gdzie nikomu nie szkodzi, bo też nikt nie wpadł na pomysł, żeby się tam wybudować – zresztą chyba nawet by nie mógł, bo to tereny Natura 2000. Droga do Miasta wygląda pięknie.

Zdjęcia – robione przy otwartym oknie cyfrową idiot-kamerą, przy zniecierpliwieniu kierowców za nami – nie oddają oczywiście urody zamokniętych łąk; nie widać łabędzi, krążących bocianów i innego wodnego ptactwa. Ja wiem, że to okrutnie na odwrót pokazywać tę ładniejszą twarz wielkiej wody, kiedy ludzie tracą dobytek życia i walczą dniami i nocami z żywiołem, ale tam jest naprawdę pięknie teraz.

Ponadto u nas bez szału – Uial wrócił dziś do domu; przed chwilą ściągałam (na drabinie) kotkę z lipy, wlazła z sześć metrów w górę i jestem pewna, że powtórzy ten wyczyn, choć z zejściem już tak łatwo nie było. Darła się okrutnie. Siódmy wlazł niżej (nie jest wagi piórkowej, jak Dziewczynka; raczej wagi ciężkiej) i jakoś zeskoczył, zostawiając spory krater w ziemi 😉

Może jutro będzie o mężczyźnie idealnym… 🙂

pikfe

Wegetarianizm?

14 Maj, 2010

Dzień dobry.

NIGDY o tym nie myślałam. Wręcz przeciwnie – naprawdę bardzo lubiłam mięso. W sumie to nadal lubię, ale nie jestem już taka pewna, czy chcę je jeść. Nie potrafię jeszcze zrezygnować, ale nie jem już z chęcią. Dawno temu praktycznie zrezygnowaliśmy z wędlin – taki przykład.

Czytam u Ritzera o cielakach, które trzymane są w tak ciasnych boksach, że nawet nie mogą się odwrócić. Karmią je wodnistą cieczą (odżywką), dzięki której cielak szybciej rośnie i szybciej można go zabić.

Wiecie, to nie jest to wesołe, młode zwierzę, które hasa sobie po łące i od czasu do czasu pociągnie z krowiego cycka. A przecież to właśnie jest cielak – łąka, zielono, słońce i małe, szczęśliwe zwierzę.

Teraz cielak ma jednak inny los. Najbardziej ucieszyłoby producentów, gdyby rodził się już poporcjowany, na tackach. I dla niego też pewnie byłoby najlepiej. To zwierzę traktowane nieludzko.

Czytam tu takie zdanie: W największej rzeźni świata – należącej do Smithfield – w Karolinie Północnej ubija się 32 tysiące świń dziennie, czyli 1333 na godzinę, czyli 22 na minutę. Non stop, całą dobę. I nie jest to fabryka śmierci?

Czytam o fermach kurzych – kury nurzające się we własnych odchodach; z odciętymi dziobami; ściśnięte nieludzko w klatach; karmione odżywką. Nioski, które wziąłem [w Anglii można za darmo adoptować kury z ferm] były pierwszymi kurami z fermy, jakie w życiu widziałem. Byłem wstrząśnięty ich stanem. Grzebienie na ich głowach były bladoróżowe, właściwie białe i oklapnięte, podczas gdy powinny być być czerwone i sterczące. Również ich łapy były w opłakanym stanie, ponieważ ptaki nie mogły stać na płaskim podłożu (spróbuj sobie wyobrazić, że przez ponad rok jesteś zmuszony stać na podłodze z rzadko rozstawionych drutów). Ich pazurki były długie i zakrzywione, ponieważ nie ścierały się w wyniku grzebania w ziemi. Ich pierze było zupełnie wysuszone i przerzedzone, a czubki dziobów ucięte. Przez pierwsze dni nioski były osowiałe i sprawiały wrażenie kompletnie otumanionych. Nikt nie powinien traktować w taki sposób żywych stworzeń.

Widzę tiry pełne świń – gnające po drogach, nieistotne, czy jest -10 czy +40, warunki przewożenia zwierząt są zawsze takie same.

A pamiętacie jeszcze chorobę wściekłych krów? Oto, co Terzani ma na ten temat do powiedzenia: Dlaczego nie można myśleć, że źródłem choroby wściekłych krów jest to, iż przez całe lata zmuszaliśmy te najbardziej wegetariańskie ze wszystkich stworzeń, z natury niegwałtowne i dlatego najświętsze w oczach Hindusów, do codzienne żywienia się paszą składającą się między innymi z mięsa i kości innych zwierząt? Z naukowego punktu widzenia może to być argument bez wartości, ale według mnie jest bardzo przekonujący: przeżuwanie przetworzonych zwłok innych zabitych istot doprowadziło krowę do szaleństwa.

Mam odczucie, że my, ludzie, prędzej czy później też doprowadzimy się do szaleństwa.

Mamy u nas coś na kształt lokalnego rzeźnika – chłopi zwożą do niego swoje świnki, ciągnąc je w przyczepkach, najczęściej pojedynczo. Te świnie widzą w swoim życiu słońce. Jeszcze tam kupuję. Ale otworzyli ostatnio wielką rzeźnię. I nie wiem, jak długo będę kupować w lokalnego rzeźnika. I wiecie, co ja sobie myślę? Że wolałabym mieć swoje świnie, nawet, gdybym musiała je potem zabić. Ale coś bym im dała – świeżej wody; zielonej trawy; ciepłego słońca; brunatnego błocka. Wolałabym zabić je sama niż uczestniczyć w czymś tak nieludzkim. Wiem, że to są zwierzęta, nie ludzie. Ale zwierzę też może być szczęśliwe albo zrozpaczone, choć może do końca nie ma tego świadomości.

pikfe

Pisząc sięgałam po Nic nie zdarza się przypadkiem Terzaniego; Makdonaldyzację społeczeństwa Ritzera; artykuł z Przekroju http://www.przekroj.pl/wydarzenia_swiat_artykul,6546,0.html; książkę kucharską Jamiego Olivera Jamie w domu (o kurzych fermach), fragment o rzeźniach w Auteczku Hrabala zmusił mnie do myślenia.

Koty w Domku.

10 Maj, 2010

Dzień dobry.

Koty są już po drugiej nocy u nas i wszyscy dajemy radę, ale zaryzykuję stwierdzenie, że na tym etapie to my jesteśmy szczęśliwsi niż koty.

Koty przyjechały do nas w sobotę po południu, Dziewczyna wlazła do szafy w przedpokoju, a Siódmy pod szafki w kuchni (cokół był zdjęty w jednym miejscu) i tam sobie przerażone siedziały. Siódmy – jako, że jest kotem zdecydowanie mniej neurotycznym, wylazł pierwszy. Pozwiedzał, pooglądał i zapałał wielką miłością do schodów. Wiadomo, dla kota miejsce wymarzone: wszystko widzi z wysokości, a żeby wejść na górę, koło koteczka przejść trzeba i on wszystkiego upilnuje (np. czy nie idziemy do sypialni, do której nie ma wstępu, ale zawsze można spróbować dać nura i schować się w pojemniku na pościel, gdzie ludzkie ręce nie sięgają.)

Siódmy dziś.

Dziewczyna wyszła dopiero w nocy, kiedy zeszłam na dół. Ona nie przepada – łagodnie rzecz ujmując za Kubatronem – więc wszyscy spodziewaliśmy się, że będzie przejawiała większą aktywność, kiedy nie będzie go w okolicy. W nocy była urocza, choć przyznać trzeba, że jest to kot nader tchórzliwy.

Potem wstałam jeszcze nad ranem, po częściowo nieprzespanej nocy, ponieważ Siódmy wył pod drzwiami – raz naszymi, raz Olinusa Prime i Kubatrona; kiedy wyszłam z pokoju Siódmy nie chciał się ode mnie odlepić.

Wczoraj była oswajania część dalsza – oczywiście koty miały nie wchodzić do pokoju gościnnego, ale naturalnie wchodzą, co poskutkowało tym, że MIELIŚMY białą kanapę i widać jak na dłoni, że mamy TWARDE serca. Dziewczyna wylazła z szafy jakieś dwadzieścia minut po odjeździe strasznego Kubatrona i hasała całkiem wesoła, nawet weszła na górę i zwiedziła pokój gościnny.

W nocy już nie miauczały i nawet podjadły trochę, ale wciąż bardzo mało, a Siódmy ciągle przyczaja się na naszą sypialnię.

Dla Dziewczyny nastał dziś ciężki dzień, ponieważ wyeksmitowałam ją z szafy, w związku z tym zakopała się w pościeli… Piękne domki nie cieszą się zbyt dużym powodzeniem.

Reasumując, na razie wygląda na to, że przeprowadzka nie była jakimś bardzo traumatycznym doświadczeniem. Więcej nie piszę (o tych traumach, o których jednak myślę), bo Olinus Prime albo ja poryczymy się przed monitorami.

pikfe

Dziś przyjadą do nas koty.

8 Maj, 2010

Dzień dobry.

Dziś razem z nami zamieszkają dwa czarne koty, które czytelnicy tego bloga znają już z kociego drzewa genealogicznego.

Dziś razem z Olinusem Prime i Kubatronem (przypominam, dawni Owca i Baran) przyjedzie Siódmy i Dziewczynka, w skrócie Dziącha.

Dom na tę okazję wysprzątany z drobnych przedmiotów; z kruchych przedmiotów, które tak ciekawie mogą spadać z parapetu albo z półki; a one i tak coś znajdą do zrzucenia.

Ponieważ na wsi raczej trudno o koty niewychodzące (łatwo, ale z pewnością by oszalały patrząc codziennie na stado tłustych wróbli bawiące się pod oknem), Siódmy i Dziącha za jakiś czas zaczną wychodzić, chcemy im nawet zrobić super klapkę z mikrochipem. Tymczasem mamy dla nich domki.

Czekam na koty z wielką radością, choć Olinus Prime i Kubatron zapewne oddają je nam z wielkim smutkiem.

pikfe

Znowu o tej margarynie…

7 Maj, 2010

Dzień dobry.

Dla jasności: razem z Big B należymy do fanatyków masła. Nie żadne tam cienkie smarowanie, ale aż grubo od tłuszczyku. Podsmażanie cebuli czy też innych warzyw na maśle (i to raczej kosmicznych ilościach) jest obowiązkowe i naszym zdaniem fantastycznie wpływa na walory smakowe zup. Grzaneczki na maśle są niezastępowalne, podobnie jak jajecznica.

Rozważamy nawet domową produkcję domowego masła – na wsi o mleko od krowy raczej łatwo.

Kiedy więc w Dużym Formacie (13/872; 01.04. 2010) znalazłam wywiad dotyczący masła i margaryny ochoczo zabrałam się za czytanie. I z każdą linijką coraz mniej ochoczo, aż w końcu do całkowitego spadku dobrego nastroju.

Otóż, według profesor Grażyny Cichosz  margaryna jest niezdrowa; zawiera w sobie rakotwórcze izomery trans, które łatwo wbudowują się w nasze komórki. W wywiadzie jasno jest powiedziane, że dane te są potwierdzone naukowo, a w Danii obowiązują już odpowiednie ograniczenia, które są przestrzegane przez firmy produkujące żywność.

Margaryna jest jednakże żyłą złota – nie psuje się szybko, a jej wyprodukowanie jest kilka razy tańsze niż wyprodukowanie kostki masła. Profesor Cichosz ociera się w wywiadzie o „bycie oszołomem”, uważając, że za popularnością margaryny stoją pieniądze wielkich korporacji, które tydzień w tydzień organizują sympozja dla lekarzy, na których przekonują, że ich produkt jest najlepszy.

Tymczasem – margaryny w ogóle nie jemy; oleje roślinne tylko na zimno, najlepiej rzepakowy i lniany, bo zawierają najlepsze proporcje kwasu omega6 do omega3 – 4:1. Jeśli te proporcje są zachwiane, to też wcale nie jest dobrze. Cudowna jest oliwa z oliwek, można na niej smażyć. Poza tym staramy się jeść jak najmniej tłuszczy roślinnych w innych produktach – sprawdziłam: u mnie były w Nutelli i … majonezie. (Podobno zdarzają się też śmietany z dodatkiem tłuszczu roślinnego.) Ograniczamy całe śmieciowe jedzenie, za to pijemy mleko i wcinamy nabiał, a dla uzupełnienia kwasów omega3 i omega6 to nie margarynę, tylko ryby zajadamy.

Profesor Cichosz sądzi, że nadmierne spożycie margaryny i olejów roślinnych jest jedną z głównych (o ile nie główną) przyczyną nowotworów, ale też np. ADHD i ogólnie problemów z koncentracją.

I tu następuje parę moich refleksji.

Po pierwsze: swojego czasu czytałam – także w Dużym Formacie – wywiad z technologiem i kontrolerem  jakości żywności, który o jakości sprzedawanego masła mówił straszne rzeczy.

Po drugie: mówią, że ryby są aż ciężkie od metali ciężkich, których się nałykają. I że łososie łowią w Finlandii, ale na oprawę jadą do Chin. A panga to już w ogóle… No i ze świeżością ryb też bywa różnie, a jak przecież pamiętamy jesiotr drugiej świeżości jest jesiotrem zepsutym.

Po trzecie: podobno jajecznica smażona na maśle jest wręcz trująca.

Po czwarte: podobno olej z pestek winogron jest idealny do smażenia.

Jak tu nie zwariować? Jak chociaż przez chwilę nie pomyśleć o profesor Cichosz jako o osobie z lekka szalonej? I może w ogóle zacząć głodówkę?

Jedno tylko mnie dziwi: załóżmy (do czego jednak ja się skłaniam, być może dlatego, że ja jednak mam lekkie inklinacje do teorii spiskowych), że to, co mówi profesor jest prawdą. Tu zaczyna się ten fragment, którego ja nie pojmuję, bo to znaczy, że ktoś sprzedaje mi potencjalnie rakotwórczy produkt, który czasem bywa droższy od masła (a przecież wyprodukowanie jest tańsze). Ten ktoś ma świadomość tego, co sprzedaje; co więcej, on wypracowuje jedyną słuszną świadomość w konsumencie i w jego lekarzu.

I sprzedaje i cieszy się, że zyski rosną.

Dla mnie to jest niepojęte. Takie postępowanie jest dla mnie przekroczeniem wszelkich granic; jest niewytłumaczalne i niewybaczalne.

pikfe

P.S. O margarynie i innych pisała też Anna Nowakowska TU.

Nie macie pomysłu na kolejny długi weekend?

6 Maj, 2010

A może tak wycieczka na miejsce katastrofy Tu-154?

Z łatwością znajdziecie już biura podróży, które wszystko zorganizują. Tylko nie wiem, czy miejsca jeszcze będą, bo podobno wycieczki cieszą się dużym powodzeniem.

I trzeba się też śpieszyć, a nuż uda się coś znaleźć. Na fragment samolotu nie liczyłabym raczej, ale może kawałek koszuli, jakiś papierek, obrączkę albo fragmenty obudowy telefonu? Wszystko w cenie.

Może też uda się pogadać z jakimś naocznym świadkiem, takim co widział przelatujący samolot. Może wyczuje potrzeby społeczne nosem i od czasu do czasu pojawi się na miejscu katastrofy, żeby pomóc wycieczkowiczom w zadumie?

I brzoza będzie; pewnie uda się jej dotknąć i poczuć ten metafizyczny dreszczyk emocji. Żalu i smutku znaczy się.

Oczywiście, trzeba się dobrze wyposażyć, bo teren podmokły, więc dobre buty raczej niezbędne. I nie zapomnijcie o aparacie, zdjęciówkę trzeba przecież zrobić. I się potem polansować w Internecie. „Ja w Smoleńsku {*}”.

pikfe

P.S. Zainspirowana: http://www.emetro.pl/emetro/1,85648,7843393,Smolensk_travel__czyli_Polacy_na_szlaku_katastrofy.html