Koty, które były i koty, które są. Część dziewiąta.

Dzień dobry.

(Tak na samym wstępie – mamy próbny Internet Ery, ale jest u nas tak wolny, że … nie sądziłam, że Internet może być tak wolny. Szybciej byłoby chyba, gdybym zgrała wszystko na pena, poszła do Dużego Domu, załączyła kompa Big B, zrobiła, co miała do zrobienia i wróciła. Tu akurat otworzyłby się wszystkie strony. Chyba stary modem u Big B był szybszy. No, ale jest, tymczasowo przynajmniej.)

Dziś nietypowa historia o kocie, chodzi ponieważ o kota, którego poznałam w poniedziałek.

Od pewnego czasu wiedzieliśmy, że po naszym podwórku pałęta się kot. Można go było czasem zauważyć, jak umyka w skrzyniopalety na widok człowieka. Widywaliśmy go jednak na tyle rzadko, że nie sądziliśmy, że poznamy go bliżej. Pierwsze zetknięcie z kotem miało miejsce w jakiś weekend, kiedy byli tu AardvarK, Owca i Baran. Razem z nimi (no, bez AardvarKa) stałam w oknie sypialni, kiedy będący na dworze Big B zaczął coś nam pokazywać. Ponieważ myśleliśmy, że to coś nie z tej ziemi, w te pędy (a raczej owczym pędem…) polecieliśmy na dół, wypadliśmy na dwór, gdzie natychmiast natknęliśmy się na wielce zdziwionego Big B. Okazało się, że wcale nas nie wołał, chciał nam tylko pokazać, że pod przyczepą chowa się kot. Kot, który natruralnie spryszczał, gdzie pieprz rośnie, kiedy zobaczył takie stado baranów…

Ostatnio widziałam kota na naszym podwórku w nocy, przemykał za starą dreną. I znów potem w skrzyniopaletach się chował, tu przemknął, tam przebiegł. Stwierdziłam, że jest trochę bardziej zadomowiony niż się nam na początku wydawało.

Przełom nastąpił w niedzielę. Wracałam do Domku z Dużego Domu i zobaczyłam kota wygrzewającego się na trawie między drzewkami. Tak, to bez wątpienia był jego teren. Po kotach to po prostu widać, zwłaszcza w takich momentach kociego relaksu „na swoim”. Całkiem przypadkiem miałam przy sobie kawałek pieczonego schabu, czym postanowiłam kota zanęcić. Kot uciekł, najpierw dość solidnie próbując przypłaszczyć się do ziemi i wtopić w zieleń traw. Oczywiście, poszłam za kotem. Znalazłam go przyczajonego w przy kupie pachołków do drzewek. Tam chęć zjedzenia podrzuconego prawie pod sam nos schabu okazała się silniejsza. Ale potem kot uciekł. Może już nie tak śpiesznie, ale jednak wniknął w te pachołki, jak to tylko koty potrafią i znikł mi z oczu.

Poniedziałek okazał się decydujący. Pracowicie przesadzałam rośliny i porządkowałam rabatę, kiedy nagle zobaczyłam kota nie dalej niż pięć metrów ode mnie. Siedział i mył się, od czasu do czasu spoglądając w moją stronę. Nie bał się, co uznałam za dobry znak. Czym prędzej porzuciłam narzędzia ogrodnicze i poszłam do domu po kawałek pieczonego schabu. Big B akurat był i patrząc na kota przez okno w sypialni powiedziałam mu, że to jest najdalej kwestia miesiąca aż da mi się pogłaskać. Big B uśmiechnął się, znając moje lekkie szaleństwo, a ja pognałam na dwór. Znalazłam kota tuż przy rabacie, podrzuciłam mu kawałek schabu, zbliżył się. Potem jeszcze jeden i kot jeszcze bardziej się zbliżył, nie zerkając już trwożnie w moją stronę, a po chwili leżał obok mnie, ocierał mi się o nogi i dawał się głaskać. Wzięłam go nawet na ręce, pomruczał chwilę i zeskoczył. Schabem nie był dłużej zainteresowany. Obserwując jego zachowanie: kota, który zna ludzi, wywnioskowałam, że nie jest jednak taki dziki, za jakiego go brałam.Inne kocie zachowania też nie sugerowały dzikości – znalazłam na nim dwa wielkie, ohydne kleszcze, wróciłam do domu po chusteczki, żeby je wyciągnąć. Kot nie był zachywcony, ale tylko z lekka powarkiwał, kiedy gmerałam mu przy uchu, przytrzymując silnie. Nie próbował drapać, nic z tych rzeczy. Zastanawiam się tylko czy „właścicielem” jest ktoś z naszych sąsiadów (na co wskazywałoby odkarmienie – choć z drugiej strony jest co jeść w okolicy) czy może ktoś wywalił go z samochodu jadąc na narty. Bo na pewno nie jest to kot, który wcześniej nie miał z człowiekiem do czynienia.

Potem bawiliśmy się chwilę, jak również dowiedziałam się, że kota okrutnie dręczą pchły. Big B bardzo się ze mnie śmiał („Kot ci to powiedział?”), ale kot dobitnie mi to pokazał. Tarzał się w ziemi i jednocześnie patrzył na mnie, wydając z siebie pełne skargi pomruki. I ja wiem, że to nie były pomruki gniewne, ani tym bardziej pomruki zadowolenia. I tak muszę go odpchlić. Potem kot znudził się moim towarzystwem i poszedł na swoje kocie drogi. W domu zakomunikowałam Big B, że kot nazywa się Iks.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Koty, Życie wiejskie

Tagi:

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

4 komentarze w dniu “Koty, które były i koty, które są. Część dziewiąta.”

  1. Poprostu Says:

    Koty mają to do siebie, że ufają dobrym ludziom i zawsze się zastanawiałam skąd one wiedzą kto dobry, a od kogo zwiać szybko trzeba.

  2. Sybirak Says:

    I w ten oto sposób Iks podporządkował sobie kolejną istotę niższą.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: