Coś mądrzejszego? 2/3.

Dzień dobry.

Kontynuując wczorajszy temat…

Terzani był także surowym krytykiem współczesnej cywilizacji Zachodu i to ważny nurt w jego książkach, pogłębiający się (momentami – moim zdaniem – aż do granic przesady) wraz z rozprzestrzenianiem się kapitalizmu, a także wraz z rozwojem duchowym pisarza. Z jego opiniami można się nie zgadzać, ale warto je znać, ponieważ są to spostrzeżenia człowiek, który był na miejscu i widział, jak przebiegają transformacje zgodne z duchem kapitalizmu. To głos, który w dyskusjach o globalizacji i kondycji duchowej współczesnych społeczeństw trudno pominąć. Z jednej strony pisarz krytykował Zachód, głównie za jego wyjaławiający materializm i pęd do konsumpcji, która w powszechnym mniemaniu ma zapewnić człowiekowi szczęście. Sprzeciw Terzaniego jest głośny.

Zauważa tragedie poszczególnych ludzi – pozbawionych swojego miejsca, trwałego systemu wartości, celu i priorytetów – którzy w dniu, kiedy dowiadują się, że są chorzy na raka (sam Terzani chorował), dostają od swoich – jakże kochających – współmałżonków papiery rozwodowe.

Opisuje smutnych trzydziesto- i czterdziestolatków, samotnych i sfrustrowanych, którzy szukają pociechy i mistycyzmu na kursach organizowanych przez fałszywych guru.

Pokazuje zagubionych podróżników, bezskutecznie poszukujących w Azji swojej tożsamości i wierzących, że jest to coś, co można nabyć od odpowiedniego przewodnika duchowego.

Choć docenia dorobek cywilizacyjny Zachodu (poza który zresztą nie potrafi wyjść, a w każdym razie nie do końca – mistyczne doznania Indii pozostają dla niego w dużej mierze całkowicie obce.  Mówi wtedy o swoim florenckim racjonalizmie.), uważa też, że zatraciliśmy się w materializmie, który tylko złudnie daje szczęście. Oferuje miliony wyborów, ale tak naprawdę zapominamy o tym, kim sami jesteśmy i nie potrafimy już docenić tych drobnych rzeczy, które czynią człowieka częścią świata, w harmonii z naturą. Ciągle stawiamy sobie jakieś cele, za którymi gonimy, mijając w pośpiechu najważniejsze i najpiękniejsze momenty naszego życia.

Kapitalizm, a przede wszystkim materializm kultury zachodniej przerażają Terzaniego. Uznaje on – w czym zapewne nie jest osamotniony – że pieniądze nie dają szczęścia, a już zwłaszcza nie pogoń za nimi. Nie dają szczęścia rozumianego jako spokój, harmonia, pogodzenie się z samym sobą i zaakceptowanie otaczającej rzeczywistości. (Przy czym należy zauważyć, że Terzani na brak gotówki nie narzeka – kurację antynowotworową podejmuje w jednym z najlepszych szpitali świata; wynajmuje mieszkanie z widokiem na Central Park; podróżuje po całym świecie).

W innych kulturach – tak odległych od amerykańskiej i europejskiej – kapitalizm ukazuje swoją jeszcze bardziej przerażającą – według Terzaniego – twarz. Narody tracą swoją tożsamość, bez reszty podporządkowując się prawom wolnego rynku i zachwycając wszelkimi nowościami, które przybywają z Zachodu. W zagubionym w Himalajach księstwie widzi Terzani chłopców w czapeczkach Bossa, dziewczynki z plastikowymi lalkami i ludzi gapiących się bezmyślnie w telewizor i tracących więź z własną kulturą i religią, nad czym ubolewa ich władca i wie jednocześnie, że nie jest w stanie temu zaradzić. „Udało się nam przekonać Azjatów, że przetrwają tylko wtedy, jeśli będą nowocześni, a jedyną postacią nowoczesności jest nasza, zachodnia. Prezentując siebie jako jedyny prawdziwy model ludzkiego postępu, Zachodowi udało się wytworzyć ogromny kompleks niższości u tych, którzy według jego miar nie są ‚nowocześni’; udało mu się zatem coś, czego nie osiągnęło nawet chrześcijaństwo! I oto teraz Azja odrzuca wszystko, co swojskie, aby przejmować wszystko, co zachodnie, czy to w oryginalnej postaci, czy też w formie lokalnych – japońskich, tajlandzkich czy singapurskich – imitacji. (…) Dzisiaj żadna już azjatycka kultura nie potrafi przeciwstawić się temu trendowi. Nie ma dziś zasad czy ideałów, które mogłyby rzucić wyzwanie ‚nowoczesności’. Rozwój stał się dogmatem; postęp za wszelką cenę stał się hasłem niedopuszczającym wyjątków. Niemożliwe stało się w Azji stawianie chociażby tylko pytań o sens tej drogi, o jej etyczność, o jej konsekwencje.” („Powiedział mi wróżbita„, strona 64)

W pierwszej kolejności w takie gotowe do zasymilowania społeczeństwo trafiają narkotyki, zorganizowana przestępczość, korupcja i seksturystyka. Pieniądz i interesy stają się głównym tematem rozmów. Dalekowschodnie miasta tracą swoją magiczną, orientalną urodę, sztucznie upodabniając się do swoich amerykańskich odpowiedników i tracąc przez to na autentyczności. Rdzenna kultura znika, pozostawiając po sobie tylko to, co da się sprzedać wszystkożernym, zagranicznym turystom. Opis Singapuru, który Terzani ponownie odwiedza po kilkunastu latach mógłby na dobrą sprawę być również opisem Nowego Jorku – nikt nie nosi już tradycyjnych strojów, wszyscy w milczeniu pędzą do pracy w garsonkach i garniturach; coraz rzadziej jada się pałeczkami, gdyż uchodzi to nienowoczesne; miasto straciło nawet swój zapach, a na ulicach już nikt z nikim nie rozmawia. Terzani, kiedy po raz pierwszy był w Singapurze, zapamiętał zupełnie inne miejsce – wielokulturowe, pachnące, jazgotliwe, kolorowe, wesołe. Twierdzi, że nic z tego nie zostało.

Społeczeństwa wyjaławiają się – szukanie skierowane jest na zewnątrz, szczęście dostrzega się w przedmiotach otaczających, w kartach kredytowych drzemiących w portfelu. Duchowość (niekoniecznie związana z Bogiem czy bogami) spłyca się, najczęściej stając się byle jaką, sztuczną atrakcją turystyczną – czyli miejscem, gdzie można coś kupić, a nie coś przeżyć.

To najwyższa, najświętsza, najpiękniejsza góra Japonii. Kraj u jej stóp, widziany z trzech tysięcy siedmiuset siedemdziesięciu sześciu metrów, okolony lśniącym morzem i zmieniającymi się odcieniami niebieskości odległych łańcuchów górskich wydaje się dokładnie taki, jak w mitologii: wspaniały, nietknięty, wieczny – niczym ziemia bogów.

Niestety, sama Fudżi nie jest zupełnie taka, jak być powinna (…) Gęste słupy dymu nad krawędzią krateru nie wydobywają się z wnętrzności wulkanu, lecz z cuchnących stosów śmieci, które muszą być cały czas palone… Daleki, łagodny głos kobiecy szemrzący w środku nocy na szczycie nie należy do litościwej bogini, która według legendy ma tam swoją siedzibę, lecz do automatycznego dystrybutora, który dziękuje spragnionemu, cierpiącemu na bezsenność klientowi, że kupił sobie napój. W ciemności różnokolorowe światełka urządzenia jaśnieją mocniej niż wszystkie gwiazdy.

Po drodze na szczy można zrobić sobie postój, odpocząć i poobserwować malejący powoli świat. Każda stacja nosi romantyczną nazwę – Oberża Białych Chmur, Pawilon Pierwszego Światła – ale na koniec z tych miejsc pamięta się tylko gryzący odór uryny.

Co rok piętnaście milionów Japończyków wspina się na Fudżi. Tylko trzysta tysięcy dociera na szczyt, ale wszyscy zostawiają po sobie jakiś ślad. Puste puszki, butle tlenowe, wyładowane baterie, berety, ręczniki, stare gazety i kolorowe plastikowe opakowania z okruchami wszelkich specjałów, jakie produkuje Japonia, czynią z góry wysypisko śmieci. („W Azji„, „Japonia widziana z góry„, strona 335 – 336.)

Terzani pisze oczywiście o Fudżi, ale czy ten fragment – jak zresztą wiele innych – nie ma charakteru uniwersalnego?

cdn. jutro

pikfe

Advertisements
Explore posts in the same categories: Film i książka

Tagi: , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: