Archiwum dla Kwiecień 2010

Być gdzieś indziej. Z pewnym hobbitem.

28 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Dawno, dawno temu, wcale nie w odległej galaktyce ani za siedmioma górami czy za siedmioma rzekami, pikfe odbyła podróż. To była specyficzna podróż, ponieważ pikfe nie ruszyła się zza biurka, a mimo tego ta podróż jest dla niej nadal fantastycznym wspomnieniem.

Ta, gdzie pikfe była, poznała hobbita. Wcześniej czuła się bardzo zagubiona w mieście pełnym ludzi, bez mapy, całkowicie nieobeznana z tym dziwnym światem. Chodziła bez ładu i składu i wcale jej się nie podobało. Nikt jej nie odpowiadał, wszyscy odchodzili albo patrzyli pogardliwie.

(…) Oprócz nich spotykamy jednak także inny rodzaj gier, takie mianowicie, które oparte są na dążeniu do stworzenia jak najintensywniejszej diegezy. Nie musi to być wcale zbieżne z symulacją, czyli wiernym odwzorowaniem bodźców (jak w systemach imersyjnych). Czasem wrażenie obcowania z kompletnym światem osiąga się sposobami bardziej ascetycznymi. (…)

Aż któregoś dnia, kiedy pikfe czytała informację na jakiejś tablicy, podszedł do niej hobbit, uśmiechnął się i dał jabłko. Zaczęli rozmawiać i ten hobbit okazał się pierwszą osobą, która chciała z pikfe rozmawiać. Chodzili razem łowić ryby – co było bardzo trudne i bez pomocy hobbita pikfe na pewno by się tego nie nauczyła. Roznosili listy i przesyłki do okolicznych zamków i siedzib, bo hobbit miał wszystkie mapy w głowie. Raz nawet uciekali przed trollem.

A hobbit znał już wielką Arkadię, jej wojowników, jej sławy … teraz miał bawić się w małość, szarość… I co? I spotkał pikfe. Było to ciekawe. Postać wyglądała dwojako: bardzo urozmaicone zachowanie; słaba znajomość mechanizmów Arkadii. Od początku – intrygujące. Czy to second? Czy to facet kreujący kobietę? Ale nie było to dla mnie jakimś tematem – świetnie się z pikfe łaziło.

Na początku miałem misję taką, aby pikfe pokazać świat. A i samemu połazić. Było to takie świeże bardzo. Czułem, że ta druga osoba także dobrze się bawi.

Raz siedzieli na molo, nad jeziorem. Zachodziło słońce, a hobbit ze złości tupnął nogą, bo pikfe coś niemądrego powiedziała. Potem płynęli promem, a potem pikfe spędziła pół nocy rozwiązując jakąś zagadkę, a do piwnicy co chwila wchodził zniecierpliwiony elf. Zaglądał i znikał.

Dotyczy to szczególnie takich przypadków, gdy powołanie świata odbywa się za pomocą środków wyłącznie językowych. Tak właśnie dzieje się w „wieloosobowych lochach”, czyli MUD-ach. (…) Pavel Curtis stwierdza dobitnie: MUD nie jest zorientowany na cel; nie ma rozpoczęcia, ani zakończenia, nie ma w nim „rezultatu”, ani też pojęć „wygranej” czy „zwycięstwa”. Mówiąc krótko, mimo iż użytkowników MUD-ów nazywa się potocznie graczami, MUD wcale grą nie jest.

Pikfe czekała na każde spotkanie z hobbitem i promieniała, kiedy się zjawiał. Uwielbiała zwiedzać z nim ten świat, uwielbiała ich przygody, nawet lubiła rąbać drzewo, a poza tym to był niezły zarobek, nie to, co roznoszenie listów. Z hobbitem życie pikfe było łatwiejsze, bez niego trudno było jej dać sobie radę. Napadli ją kiedyś na promie i mocno poturbowali.

Czekała na niego.

Potem okazało się, że on czekał też na nią.

MUD-y umieścić można zatem na spektrum, którego jeden kraniec stanowiłby gry analogiczne do RPG (…). Drugi kres zajmowałyby środowiska, w których gra jest tylko pretekstem do towarzyskich spotkań (…). Jedyna różnica, zresztą decydująca, polega na fakcie, że MUD-y odwołują się zawsze do wyobrażonej przestrzeni fizycznej, w której odbywa się spotkanie, a także do fizycznych wyglądów osób i rzeczy.

Z czasem… po tych kilku „nocnych” do bólu posiadówkach, zacząłem się zastanawiać się, kto też siedzi po drugiej stronie. I tu wyjaśnienie. Był to mój pierwszy przypadek tego typu, że to ja byłem zainteresowany tym, kto siedzi po drugiej stronie, czekałem, czy dzisiaj pikfe wejdzie, czy się pojawi. (…) Dla mnie to było takie bardzo świeże, bardzo nowe, wręcz trochę wzruszające. To dziwne, bardzo, ale były to dla mnie chwile niezapomniane.

Chociaż w popularnym rozumieniu rzeczywistość wirtualna to mnóstwo elektronicznych kasków i cyberrękawic (..) [MUD-y] są dokładnie tym samym, tyle, że obrazy nie są generowane przez komputer, ale tworzone w wyobraźni graczy.

Gdzieś tam, w Arkadii, pikfe znalazła przyjaciela, z którym przeżyła przygody, które pamięta do tej pory; z którym gadała siedząc nad szumiącą wodą; z którym nawet wycinanie drzew i łowienie ryb było frajdą.

A potem pikfe to popsuła, ale to już zupełnie inna historia.

pikfe

P.S. Cytaty kursywą pochodzą z książki Piotra Sitarskiego Rozmowa z cyfrowym cieniem. Model komunikacyjny rzeczywistości wirtualnej, RABID 2002, strony 27 – 33.

P.S. 2 Cytaty w szarym kolorze pochodzą od Hobbita.

Dlaczego żal mi Lecha Kaczyńskiego?

25 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Staram się czytać Rzeczpospolitą (w Internecie), ale prawie zawsze przyprawia mnie to o lekki szał, a już w ostatnim okresie o szał więcej niż lekki. Nie to, żebym kochała Wyborczą (kocham Politykę), ale jest mi jednak światopoglądowo bliższa. No, ale niby nie powinno poprzestawać się na jednym tylko tytule, więc sięgam czasem po drugi.

I tak sobie dziś pod wieczór sięgnęłam, po miłym dniu, spędzonym u nas z Dziadkami, Mami i Uialem. Wiecie – dobre jedzenie (mam nadzieję!), miłe rozmowy, spacer w ładną pogodę, a potem, po ich odjeździe, ciekawa książka. Aż coś mnie cholera podkusiło. Najpierw poczytałam o tym, jak to Klich kłamie/ Bielan kłamie. To chyba tyle w kwestii tego głębokiego pojednania, co je zapowiadano.

I następnie trafiłam na blogowy wpis obrońcy prostych Polaków i znawcy ich duszy, Pawła Lisickiego. Przyznam, że już wcześniej dał mi się we znaki swoimi osądami, ale dziś już nie wytrzymałam.

Otóż, Paweł Lisicki wie, czemu żałowałam Prezydenta (nie tylko ja naturalnie). Wcale nie dlatego (no… w części może tak), że to była dramtyczna katastrofa; że człowieka ogarnie zwykły, ludzki smutek, kiedy wydarzają się takie (i większe i mniejsze) tragedie; że zginęli inni ludzie; i że jakim by Prezydentem Lech Kaczyński nie był, był jednak urzędującym Prezydentem.

Nie, mówi Lisiecki, nie tylko dlatego. On zna polską duszę, on wie, co w niej piszczy.

Myślę, że jednym – podkreślam jednym, a nie jedynym – z powodów powszechnej i głęboko przeżywanej żałoby Polaków po śmierci Lecha Kaczyńskiego było przekonanie, że przed katastrofą go krzywdzono. Że za życia go nie doceniono. Że zbyt łatwo i bezkrytycznie przyjmowano wszelkie złośliwości, szyderstwa i kpiny pod jego adresem. Nieczyste sumienie i chęć zadośćuczynienia powinny mieć przeto, mniemam, również istotny wpływ na stosunek do jego brata.

http://blog.rp.pl/lisicki/2010/04/23/portret-polskiej-duszy/

Ale jest chyba jeszcze jeden powód owego wybuchu żalu i smutku: nie do końca czyste sumienie. Czy to możliwe, by ten człowiek, którego śmierć wspomina się z takim oddaniem i bólem, był tym samym niemal groteskowym przywódcą? Jest jakaś gwałtowna dysproporcja między dzisiejszą dość powszechną zgodą (mimo pojawiających się protestów)na to, by Lech Kaczyński spoczął na Wawelu wśród najwybitniejszych Polaków a ową niedawną jeszcze pogardą i lekceważeniem jego osoby. Między zgodą na powszechne wyśmiewanie prezydenta i jego obecną apoteozą. Tak, myślę, że tym, co kieruje tylu ludzi na ulice, jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wyrządzonej Kaczyńskiemu.

http://blog.rp.pl/lisicki/2010/04/13/zaloba-i-kicz-pojednania/

To jest właśnie to! Ja rwę włosy, bo zarykiwałam się się ze śmiechu przy Irasiadzie; łzy gorzkiego żalu leję, bo nie wiedziałam, że w naszej reprezentacji grał Pereiro; w czerń się owijam, bo zdębiałam z osłupienia, kiedy przeczytałam o małpie w czerwonym.

I tak obficie te łzy wylewając i planując pielgrzymkę na kolanach za niesprawiedliwości wyrządzone Prezydentowi, dochodzę do wniosku, że ja chyba wcale Prezydenta nie żałuję – tylko swoich czynów żałuję. Nie człowieka mi szkoda, tylko sumienie własne oczyszczam przy tej okazji.

I oczywiście, w ramach pokuty pognam do urny zagłosować na Jarosława Kaczyńskiego, w ramach zadośćuczynienia jego bratu.

Normalnie to przeczytałam i poczułam się, jakbym odwiedziła konfesjonał. Ach, ta kościelna retoryka, zawsze się sprawdza.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część dziesiąta.

23 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Jeszcze trochę tych kocich historii zostało, a na dziś kotka, z którą mieszkałam, zanim wyprowadziłam się Na Wieś.

Pamiętacie może szarą z książki Doris Lessing O kotach? To jest właśnie nasza Pisku – Pisku. Szara tarzała się demonstracyjnie po łóżku, ziewając, myjąc się, mrucząc: kotka- faworytka, kotka – królowa, miłościwie nam panująca z racji swojej siły i urody.

Pisku – Pisku nie jest tak piękna, jak szara, w gruncie rzeczy jest nawet dość pospolita, jest jednak głęboko przekonana o swojej wyjątkowości.

Pisku to córka Oliwki i jakiegoś wiejskiego kocura (patrz: kocie drzewo genealogiczne poniżej). Pierwszy raz zobaczyłam ją jako małego kociaka.

Początkowo Oliwka trzymała małe – będąc zapobiegliwą i doświadczoną matką – w starych kartonach na jabłka w pomieszczeniach gospodarczych, zamykanych, a więc bezpiecznych, co na wsi – pełnej psów czy lisów – ma ogromne znaczenie. Mimo tego to właśnie tam Pisku – Pisku po raz pierwszy otarła się o śmierć. Przyszliśmy któregoś dnia z Big B do kotków i zamiast pięciu, znaleźliśmy tylko cztery. Ponieważ wydawało mi się, że słyszę cichutkie miauczenie, przeszukaliśmy okoliczne kartony, ale kota nie znaleźliśmy, a miauczenie ustało. Kartony były ustawione jeden na drugim, w sześciu czy ośmiu rzędach w wąskim korytarzu. Po bokach miały jedynie dziury służące za uchwyty. Doszliśmy do wniosku, że tak mały kot nie mógł przejść dalej niż do trzeciego rzędu kartonów, więc zostawiliśmy kociaki w nadziei, że ten piąty (ta piąta) jakoś się odnajdzie.

Nie odnalazł się. Kiedy poszłam tam następnego dnia w kartonie nadal były tylko cztery kocięta, ale tym razem upewniłam się, że coś na pewno cicho popiskuje. Oczywiście, kiedy tylko zaczęłam metodycznie, jeden po drugim, przekładać kartony, mały kotek ucichł ze strachu. W końcu znalazłam ją, w przedostatnim rzędzie, wbitą w róg kartonu, z mordką całą w pajęczynie.

I Pisku – Pisku taka pozostała – nadal jest ciekawska do bólu i bardzo mało strachliwa. Kiedy wywali papierowy ręcznik, próbując dostać się do kuchennego wiatraka, spojrzy rozumnie – zamiast uciekać, jak Lisz – i umyśli sobie w tym małym łebku, że można na ten rulon wejść i sięgnąć wyżej. Kiedy zwali donicę z kwiatem, co normalnego kota zmusza do spryszczania z miejsca zbrodni, przyjrzy się obojętnie i stwierdza, że ta kupka ziemi jest wprost idealna, żeby na nią nasikać.

Potem, kiedy małe były już starsze, Oliwka przeniosła je w kołki do drzewek. Miejsce było idealne – małe były na dworze, uczyły się polować, ale jednocześnie mogły – dosłownie w sekundę – znaleźć idealne schronienie w kupie tych kołków. I całe dnie szalały.

I ze swoim rodzeństwem, nad michami.

Z tego okresu pochodzi też jedno ze zdjęć Pisku – Pisku, które najbardziej lubię.

Później Pisku – Pisku trafiła Na Działkę, razem z dwoma innymi kotami z tego miotu. Jeden poszedł do ludzi, a drugiego wziął/ wzięła (ja nie wiem, jak mam teraz pisać… Owca była prostsza) Olinus Prime i został Myszowatym. Pisku – Pisku losu rozgrywały się w Maminym sercu, ale ta kotka po prostu umie zjednywać sobie ludzi.

W Domu Pisku – Pisku zdobyła serce Lisza, aby potem zając jego miejsce i stać się głównym kotem w domu, ale o tym zaraz.

Najpierw Pisku została rozpuszczona. Z kotami jest trochę tak, jak z dziećmi – pierwsze jest wychowane w największym rygorze; drugie ma już trochę odpuszczane, ale jeszcze smycz jest krótka, ale trzecie… to jest zawsze zepsucie w stosunku do dwóch pierwszych 😉 I tak samo stało się z Pisku. Pisku mogła to, czego nasze wcześniejsze koty nie mogły, przynajmniej niepublicznie. I tak teraz, razem z Liszem, urządzają sobie zabawę zjeżdżania ze stołu na obrusie „kto dalej”. Poza tym człowiek dla kota zawsze powinien mieć czas i to jest naprawdę bardzo źle, kiedy go nie ma. Zresztą, „nie mieć czasu dla kota” jest pojęciem względnym, przynajmniej dla kota, który zawsze wykroi dla siebie chwilkę. Bądź dłuższą chwilkę. Albo i godzinkę.

Pisku nie jest jednak nigdy prawdziwie wdzięczna. Owszem, przestaje mruczeć, żeby zacząć gulgotać (słyszeliście kiedyś ten dźwięk? To jakby coś bardziej niż mruczenie.), ale po kociemu dba o to, żebyśmy czasem nie zapomnieli, że JEJ SIĘ TO NALEŻY.

Pisku lubi, żeby uwaga skupiała się na niej; lubi być zauważana; lubi być pieszczona. Pewnie dlatego przegania dwa razy od niej większego Lisza. Jak już pisałam, Pisku jest kotem głównym, co znaczy mniej więcej tyle, że nie pozwala biednemu Liszowi (który sam z siebie mało je) prawie w ogóle jeść. Podbiega i odpędza go od miski. Jest wredną kocicą po prostu.

W Domu Pisku drugi raz otarła się o śmierć i po raz drugi winą była jej ciekawskość i wszędobylskość. Kotka nasza wypadła z okna, prawie z trzeciego piętra runęła wprost na beton i spędziła noc na dworze. Nic się jej nie stało, poza mocno obitą mordkę i niezłym przestrachem, co jednak nie nauczyło jej zbyt wiele. Potem jeszcze raz (albo dwa?) wypadła z okna, ale już na szczęście nie z tak wysoka. I zawsze ta ciekawość jest silniejsza niż strach.

I na koniec moje ukochane zdjęcie tego kota, zrobione przez Uiala komórką.

pikfe

P.S. Chciałam wrzucić filmy, ale mam tak wolny Internet, że ten wpis pojawiłby się za życia moich praprawnuków. 😉

P.S. 2 Kocie drzewo genealogiczne po raz kolejny.

Tamte inne pikfe.

21 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Czy macie czasem tak, że wydaje się, że tuż obok Was, za cienką granicą, jesteście jacyś inni Wy? Tacy, których los potoczył się inaczej, w jakimś jednym decydującym momencie?

Skoro o tym piszę, to znaczy, że ja tak miewam, a ściślej rzecz ujmując, miewam nawet dość często.

Kiedyś dawno, jak byłam bardziej szczylowata niż jestem obecnie, planowałam po maturze wyjechać jako au- pair do Francji. Wszystko zorganizowałam – gotowe referencje, świadectwo dojrzałości przełożone na francuski przez tłumacza przysięgłego (taki wymóg), nawet porobiłam ksero dokumentów. To był taki plan awaryjny w razie, gdybym nie dostała się na studia. Na egzaminach nie miałam ciśnienia – do testu specjalnie się nie przygotowywałam (zresztą – jak można się przygotować do testu z wiedzy o kulturze?), a na rozmowie – za radą zapobiegliwych koleżanek – wyglądałam skromnie (w białej bluzce, bez makijażu) i dużo się uśmiechałam, co jednak nie przeszkodziło mi pokłócić się z egzaminującym o dziesięć najważniejszych utworów literackich.

I dostałam się na studia, ale tuż obok mnie stała – wcale niezałamana – druga pikfe, która nie zobaczyła swojego nazwiska na liście. Nie wiem, jak się tej drugiej pikfe powiodło. Mam nadzieję, że dobrze; że mimo wszystko spotkała gdzieś Lisicę i Big B. Czasem wiem, że ta druga pikfe idzie właśnie francuską ulicą, uśmiecha się; prawie tak, jak ja bym tam szła.

Inna pikfe ma już dziecko. Wtedy, rok temu, nie poroniła, Szła tuż obok szpitalnym korytarzem i uśmiechała się, zadowolona, że wszystko jest w porządku. Urodziła synka, ma już prawie pół roku. Wbrew woli Big B tamta pikfe nazwała go Roch.

I jeszcze inna pikfe pracuje w Korporacji. Ilekroć tamtędy przejeżdżam, słyszę jaki pikfe stuka w klawiaturę przysłuchując się szumowi ulicy i od czasu do czasu zerkając na słońce przez duże okno. Ta pikfe wynajmuje mieszkanie, a Big B dojeżdża dwa razy w tygodniu. Pikfe ma swoją pracę i teoretycznie jest bardziej niezależna, ale zbyt rzadko ktoś na nią czeka, kiedy wraca do swojego mieszkania. W pracy ma kolegów i koleżanki, ale z nikim się nie przyjaźni. Patrząc w okno i widząc dachy kamienic, zastanawia się, co by było, gdyby jej wtedy nie przyjęli i ma wrażenie, że byłaby szczęśliwsza.

pikfe

Cytat na dziś.

19 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Dziś Hemingway.

(…) podobnie jak malować trzeba tak długo, jak istnieje się samemu i są farby i płótno, a pisać, dopóki można żyć i jest ołówek i papier albo atrament czy jakaś maszyna, którą można to robić, albo coś, o czym chce się pisać – i człowiek czuje się głupcem i jest głupcem, jeżeli robi to w jakikolwiek inny sposób. (…)

Ernest Hemingway, Zielone wzgórza Afryki, Iskry 1984, strona 14.

przepisała cytat

pikfe

Czytaliście już o Karen Blixen.

18 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Dziś znów wspomnienie Starego Bloga, ale to już naprawdę sama końcówka.

06 stycznia 2009

Porażka i Karen.

Dzień dobry.

(…)

Wróciłam ostatnio do listów Karen Blixen, które pisała z Afryki do Danii i napotkałam tam taką oto historię, która w dość dziwny sposób zgrała się z moimi przemyśleniami dotyczącymi małżeństwa.

Otóż, dwa lwy bezczelne zabiły i pożarły nocą dwa woły, więc następnego dnia zarządca Karen, niejaki Dickens, zjawił się u niej z propozycją wyłożenia padliny zatrutej strychniną. Karen, znana ze swojej miłości do polowań, na lwy w szczególności, oburzyła się na ten pomysł, twierdząc, że do lwów należy strzelać. Dickensowi ten pomysł wcale się nie spodobał, gdyż uznał, że należy pozbyć się lwów jak najszybciej, żeby dalej nie przetrzebiały stada. Wymyślił zatem, że wybuduje  bomę i z niej zapoluje nocą zapoluje na lwy, po chwili jednak stwierdził, że nie może sobie na to pozwolić, jako, że jest człowiekiem żonatym, ma już jedno dziecko, a drugiego się spodziewają, więc ryzykując swoim życiem postąpiłby nieodpowiedzialnie i zrezygnował z polowania. Karen (bezdzietna, wówczas już rozwódka) przystała na to i używając tych oto słów: Chodźmy więc, pójdziemy i zaryzykujemy nasze kompletnie nic nie warte życie, zaproponowała Denysowi Finch-Hattonowi (bezdzietnemu kawalerowi), żeby towarzyszył jej w polowaniu.
Z listu wynika, że w zasadzie całkowicie akceptowała punkt widzenia Dickensa -w razie śmierci zostawiłby żonę i dwójkę dzieci bez środków do życia, co uznała oczywiście za tragedię, ale także za zły i głupi postępek, nieodpowiedzialne zachowanie bez serca, ściągające nieszczęście i kłopot na wszystkie zamieszane w nie osoby.
I przechodząc do wniosków, oddaję już całkowicie głos Karen.
(… ) sprawa wygląda podobnie dla wszystkich ludzi, którzy wzięli na swe barki obowiązki, łączące się z małżeństwem i rodziną. Oczywiście, nie uważam wcale,aby rezygnacja z polowania na lwy była jakąś bardzo wielką ofiarą, i można chyba nawet powiedzieć, że ludzie osiągnąwszy dojrzały wiek, powinni umieć trzymać się od tego z daleka. Ale lwy w tej historii oznaczają lub reprezentują wybór i zastanawiając się nad tym, uświadomiłam sobie w pełni, że tak naprawdę chodzi o dokonywanie życiowego wyboru i że przynajmniej ludzie, którzy w ogóle noszą w sobie zamiar zawarcia małżeństwa, postąpią słusznie, świadomie dokonując wyboru między lwami a życiem rodzinnym. (…) od tej chwili (tj.zawarcia małżeństwa, macierzyństwa i ojcostwa – przyp. Mój) wzgląd na żonę – (a być może i dzieci) wyprzedza wszystko inne. Zawsze uważałam, iż nie można się spodziewać niczego od życia, jeśli nie potrafi się uświadomić sobie, co jest w nim istotne i jeśli okaże się to konieczne, pozwolić wszystkiemu innemu ulecieć; nie jest zatem uczciwą grą wstępować w związek małżeński bez poczucia, że od tej pory owym istotnym będzie dom i rodzina; w każdym razie w moim przekonaniu sprzeciwia się to prawdziwemu duchowi i sensowi małżeństwa (…)To jednak, innymi słowy, oznacza, że człowiek, wstępując w związek małżeński, rezygnuje z nieprzebranego bogactwa, z czynów, przeżyć, z nowych wrażeń w życiu, i podsumowuje to, oświadczając, że jest zadowolony i zdecydowany od tej chwili czerpać strawę dla ducha według konkretnej diety i w konkretnych warunkach. (Karen Blixen, Listy z Afryki 1925 – 1931, Muza, Warszawa 1999, str. 163 – 164)

Wiemy, że Karen Blixen mieszkała wówczas w Kenii, była już rozwiedziona z baronem Blixenem, który zaraził ją kiłą (która najprawdopodobniej spowodowała bezpłodność u Karen), a w dodatku łączył ją związek z Finch – Hattonem, który nie chciał się żenić, ponieważ nade wszystko cenił sobie swoją wolność. Wiem również, że list ten pisany był dawno (w 1928 roku), kiedy świat był zupełnie inny i pewnie nie mówiło się jeszcze tyle o samorealizacji, jako o jednej z podstawowych wartości, a małżeństwo było zupełnie inaczej postrzegane niż jest obecnie.

Mimo tego: nie jestem pewna, czy chciałabym wziąć ślub, chociaż oczywiście bardzo kocham Big B i nie wyobrażam sobie życia z innym mężczyzną. Był taki okres, że bardzo chciałam ślubu, tego szczególnego dnia, a potem tego śmiesznego bycia „żoną i mężem”. Ale teraz nie jestem już taka pewna, bo zaczęłam się trochę bać, że ślub (ale też cyrk związany ze ślubem) coś między nami popsuje, coś, o czym nawet nie będziemy mieli na początku pojęcia i na co pewnie nie będziemy mieli wpływu.

No i te lwy, symbol wyboru życia, w którym celem jest samorealizacja (okropne słowo – egoistyczna realizacja własnych pragnień brzmi chyba lepiej, ale pewnie gorzej by się sprzedawała) – bo przecież każdy związek, nie tylko małżeństwo, w jakimś sensie zabiera nam cząstkę nas samych. Dostajemy wiele w zamian, samotność jest straszna, na pewno potrafi być bardzo straszna, i sądzę, że wielu samotnych ludzi pragnie związku, bliskości, intymności, poczucia, że jest ten drugi człowiek, na którym całkowicie można polegać, który wesprze, któremu można zaufać i którego można się poradzić.

Ale myślę, że część marzeń – niech nawet będzie, że z okresu dzieciństwa – musi trafić w niepamięć, bo są zbyt egoistyczne, zbyt skoncentrowane na nas i tylko na nas.

Najgorsze jest to, że nie wiem, czy to nie powoduje potem, w dalekiej i zamglonej przyszłości, jakiejś zgryzoty, malowniczo obtoczonej goryczą i żółcią niespełnienia.

Ale czy ludzie samotni, spełnieni, w tej dalekiej przyszłości – czy oni nie ryzykują tym samym?

pikfe

Stary blog raz jeszcze.

17 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Powrócę jeszcze do Starego Blogu, muszę w końcu zamknąć z nim sprawę. No i może niebawem będę miała dwa koty, muszę się więc dokładnie wczytać 🙂

26 kwietnia 2009

Dzień dobry.

Dziś CTRL C i CTRL V, ale myślę, że warto.

Jestem kotem i mam pewne niezbywalne prawa.

  1. Mam prawo chodzić po twojej twarzy kiedy zechcę i w dzień, i w nocy.
  2. Mam prawo przyglądać się wszystkiemu, co się dzieje w łazience i odpowiednio to komentować. Co więcej, mam prawo poczytywać sobie każde zamknięcie drzwi za jawną obrazę.
  3. Ma prawo obwąchiwać twoje buty, ażeby ustalić, czy się nie zadawałeś ani nie zabawiałeś z jakimś wysoce podejrzanym zwierzęciem lub czy nim się nie zajmowałeś.
  4. Mam prawo asystować ci przy przygotowywaniach wszelkich posiłków, spożywaniu ich i sprzątaniu.
  5. Mam prawo budzić cię o trzeciej nad ranem, jeżeli nie odpowiada mi zawartość mojej miski.
  6. Mam prawo przewrócić każdy pojemnik z wodą, którą uznam za niezdatną do picia.
  7. Mam prawo używać nieparlamentarnych wyrażeń i zwrotów pod adresem wiewiórek i ptaków, które ośmielą się pokazać za moimi oknami.
  8. Mam prawo przeglądać wszelkie produkty spożywcze, jakie zostaną przyniesione do domu. Ponadto mam prawo mieszkać w każdej papierowej torbie lub kartonie, jakie znajdują się w domu, tak długo, jak będę miał ochotę.
  9. Mam prawo fundować sobie drzemkę o każdej porze i w każdym miejscu , gdzie mi się podoba, bez obawy, że zostanę usunięty, tylko dlatego, że będziesz chciał sobie usiąść, umyć ręce lub popisać na komputerze.
  10. Mam prawo sypiać na każdym urządzeniu, które jest ciepłe.
  11. Mam prawo uczestniczyć w każdej zmianie pościeli i polować na Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  12. Mam prawo zachować wyniosłą rezerwę, kiedy zbesztasz mnie za to, że przez pomyłkę wziąłem twoje palce za rzeczowne Zjawy Urojone ukrywające się pod kołdrą.
  13. Mam prawo mordować rolki papieru toaletowego, które w przeciwnym razie mogłyby w nocy na ciebie napaść.
  14. Mam prawo do twojej całkowitej uwagi, zawsze gdy zabierasz się do czytania albo do pracy.
  15. Wreszcie mam prawo być kochany, wygłaskiwany, rozpieszczany i zabawiany, gdyż,jak ci wiadomo, wszystko, co najlepsze w życiu, wywołuje mruczenie.
  16. A gdybyś niechcący zbłądził, łaskawie ci wybaczę. W końcu jesteś tylko człowiekiem, ale i tak cię kocham.

Znalezione na http://kocio-kwik.blogspot.com/

pikfe

No, można się trochę wściec.

16 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

Zwykle nie zajmuję się tematyką polityczną (w zasadzie – nigdy się nie zajmuję) na tym blogu, i miałam na ten temat nie pisać, ale od tego, co się dzieje i od tego, co można w Internecie wyczytać, to nawet ja dostaję już skrętu kiszek.

Czy Polacy poszaleli?

Nie ulega wątpliwości – 10. kwietnia zdarzyła się tragedia, nie tylko dla rodzin ofiar, ale także dla Polski. To nie podlega żadnym wątpliwościom, niezależnie od wcześniejszych, indywiduualnych osądów. Jednakże to, co dzieje się teraz, zaczyna mi wyglądać na jakieś ogólnonarodowy dziki szał.

Ja już nawet nie chcę pisać o rzekomych spiskach; tajemniczym zamachu i przejmowaniu władzy czy licytowaniu się, kto bardziej żałuje i kto więcej zapłaci za nocleg w Krakowie, bo to trafia u mnie do szufladki no comments.

Parę rzeczy jednak mnie wzburza.

Najpierw odmawia mi się prawa do poczucia żalu, ponieważ nie głosowałam na Lecha Kaczyńskiego i raczej pozytywnie się o nim nie wypowiadałam, a nawet czasem – o zgrozo! – zerkałam na stronę posła Palikota, żeby zobaczyć, ile jeszcze dni zostało do końca prezydenckiej kadencji. Tak, robiłam to. Tak, nie uważałam Lecha Kaczyńskiego za dobrego prezydenta, co więcej – nadal nie uważam. Ale może niech profesor Krasnodębski weźmie na wstrzymanie, że tak niekulturalnie się wyrażę, i oddzieli indywidualne oceny działań polityków od poczucia żalu w obliczu ich tragicznej i niespodziewanej śmierci.

Potem cały ten Wawel… Ja powiem szczerze, mnie to jest w zasadzie wszytsko jedno. Choćby położyli Lecha Kaczyńskiego w specjalnie odnowionej złotej krypcie, przy wtórze piętnastu orkiestr i ceremoniałem godnym monarchy, to moja ocena jego prezydentury się nie zmieni. Mam swój własny osąd; osąd innych uczciwie rozważę, ale jeśli uznam, że jest błędny, to nie ma możliwości, żebym go przyjęła. Ani Wawel, ani inne narodowe symbole, ani autorytety tego nie zmienią. (Tak, ja wiem, że to oburzające, że mnie ten Wawel nie obchodzi. Nie obchodzi mnie też, jak kiepski pisarz dostaje Nobla, ja mu nawet współczuję, bo on do końca życia jest tym kiepskim pisarzem, który z powodu błędu Akademii dostał Nobla.) Ale jak czytam anonimową wypowiedź posła PiS: Lech Kaczyński to nie tylko brat, ale przede wszystkim prezydent. Czy powinien leżeć na Powązkach, gdzie leży prezydent Bolesław Bierut? (cały wywiad można przeczytać tu), to ja przyznam szcerze – ręce mi opadają.

A dziś, co przelało czarę goryczy i wymusiło na mnie napisanie tego tekstu, czytam kardynała Dziwisza wypowiedź: Lech Kaczyński zginął jak bohater i zasługuje na to, by spoczywać wśród bohaterów. Tak więc ja się pytam, co to była za bohaterska śmierć? Gdzie tu bohaterstwo? Wygląda na to, że mnóstwo ludzi, którzy ginią w wypadkach lotniczych, ginią bohatersko. Pewnie o tym nie wiedzą. Może będziemy jakieś medale pośmiertne przyznawać?

Ja się buntuję, bo to jest dewaluacja pojęcia bohaterskości – bohatersko to ginie niosąc innym ludziom pomoc; walcząc z honorem; dzielnie stawiając czoła śmiertelnej chorobie. Kryteria mogę być różne, ale siedzenie na fotelu lotniczym raczej z bohaterskością nie ma nic wspólnego.

A może coś się kardynałowi Dziwiszowi pomyliło. Albo panicznie boi się latać. A może gada tak, jak czuje, że powinien. Bo Polska jest przecież Chrystusem Narodów i tu nie ma miejsca na śmierć głupią i niepotrzebną; na śmierć mającą swoje korzenie w prymitywnych politycznych sporach, w złej organizacji, w nierozsądnych decyzjach; na śmierć, której można było uniknąć.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część dziewiąta.

15 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

(Tak na samym wstępie – mamy próbny Internet Ery, ale jest u nas tak wolny, że … nie sądziłam, że Internet może być tak wolny. Szybciej byłoby chyba, gdybym zgrała wszystko na pena, poszła do Dużego Domu, załączyła kompa Big B, zrobiła, co miała do zrobienia i wróciła. Tu akurat otworzyłby się wszystkie strony. Chyba stary modem u Big B był szybszy. No, ale jest, tymczasowo przynajmniej.)

Dziś nietypowa historia o kocie, chodzi ponieważ o kota, którego poznałam w poniedziałek.

Od pewnego czasu wiedzieliśmy, że po naszym podwórku pałęta się kot. Można go było czasem zauważyć, jak umyka w skrzyniopalety na widok człowieka. Widywaliśmy go jednak na tyle rzadko, że nie sądziliśmy, że poznamy go bliżej. Pierwsze zetknięcie z kotem miało miejsce w jakiś weekend, kiedy byli tu AardvarK, Owca i Baran. Razem z nimi (no, bez AardvarKa) stałam w oknie sypialni, kiedy będący na dworze Big B zaczął coś nam pokazywać. Ponieważ myśleliśmy, że to coś nie z tej ziemi, w te pędy (a raczej owczym pędem…) polecieliśmy na dół, wypadliśmy na dwór, gdzie natychmiast natknęliśmy się na wielce zdziwionego Big B. Okazało się, że wcale nas nie wołał, chciał nam tylko pokazać, że pod przyczepą chowa się kot. Kot, który natruralnie spryszczał, gdzie pieprz rośnie, kiedy zobaczył takie stado baranów…

Ostatnio widziałam kota na naszym podwórku w nocy, przemykał za starą dreną. I znów potem w skrzyniopaletach się chował, tu przemknął, tam przebiegł. Stwierdziłam, że jest trochę bardziej zadomowiony niż się nam na początku wydawało.

Przełom nastąpił w niedzielę. Wracałam do Domku z Dużego Domu i zobaczyłam kota wygrzewającego się na trawie między drzewkami. Tak, to bez wątpienia był jego teren. Po kotach to po prostu widać, zwłaszcza w takich momentach kociego relaksu „na swoim”. Całkiem przypadkiem miałam przy sobie kawałek pieczonego schabu, czym postanowiłam kota zanęcić. Kot uciekł, najpierw dość solidnie próbując przypłaszczyć się do ziemi i wtopić w zieleń traw. Oczywiście, poszłam za kotem. Znalazłam go przyczajonego w przy kupie pachołków do drzewek. Tam chęć zjedzenia podrzuconego prawie pod sam nos schabu okazała się silniejsza. Ale potem kot uciekł. Może już nie tak śpiesznie, ale jednak wniknął w te pachołki, jak to tylko koty potrafią i znikł mi z oczu.

Poniedziałek okazał się decydujący. Pracowicie przesadzałam rośliny i porządkowałam rabatę, kiedy nagle zobaczyłam kota nie dalej niż pięć metrów ode mnie. Siedział i mył się, od czasu do czasu spoglądając w moją stronę. Nie bał się, co uznałam za dobry znak. Czym prędzej porzuciłam narzędzia ogrodnicze i poszłam do domu po kawałek pieczonego schabu. Big B akurat był i patrząc na kota przez okno w sypialni powiedziałam mu, że to jest najdalej kwestia miesiąca aż da mi się pogłaskać. Big B uśmiechnął się, znając moje lekkie szaleństwo, a ja pognałam na dwór. Znalazłam kota tuż przy rabacie, podrzuciłam mu kawałek schabu, zbliżył się. Potem jeszcze jeden i kot jeszcze bardziej się zbliżył, nie zerkając już trwożnie w moją stronę, a po chwili leżał obok mnie, ocierał mi się o nogi i dawał się głaskać. Wzięłam go nawet na ręce, pomruczał chwilę i zeskoczył. Schabem nie był dłużej zainteresowany. Obserwując jego zachowanie: kota, który zna ludzi, wywnioskowałam, że nie jest jednak taki dziki, za jakiego go brałam.Inne kocie zachowania też nie sugerowały dzikości – znalazłam na nim dwa wielkie, ohydne kleszcze, wróciłam do domu po chusteczki, żeby je wyciągnąć. Kot nie był zachywcony, ale tylko z lekka powarkiwał, kiedy gmerałam mu przy uchu, przytrzymując silnie. Nie próbował drapać, nic z tych rzeczy. Zastanawiam się tylko czy „właścicielem” jest ktoś z naszych sąsiadów (na co wskazywałoby odkarmienie – choć z drugiej strony jest co jeść w okolicy) czy może ktoś wywalił go z samochodu jadąc na narty. Bo na pewno nie jest to kot, który wcześniej nie miał z człowiekiem do czynienia.

Potem bawiliśmy się chwilę, jak również dowiedziałam się, że kota okrutnie dręczą pchły. Big B bardzo się ze mnie śmiał („Kot ci to powiedział?”), ale kot dobitnie mi to pokazał. Tarzał się w ziemi i jednocześnie patrzył na mnie, wydając z siebie pełne skargi pomruki. I ja wiem, że to nie były pomruki gniewne, ani tym bardziej pomruki zadowolenia. I tak muszę go odpchlić. Potem kot znudził się moim towarzystwem i poszedł na swoje kocie drogi. W domu zakomunikowałam Big B, że kot nazywa się Iks.

pikfe

Coś mądrzejszego? 3/3.

14 kwietnia, 2010

Dzień dobry.

I kończąc tym razem.

W jednej jeszcze rzeczy jest mi Terzani szczególnie bliski – umiał cieszyć się życiem i konsekwentnie podążał swoją ścieżką. Zauważał rzeczy, które my tak często mijamy – piękno każdego dnia, uśmiechy ludzi, dziwaczną bajkowość orientalnego świata. Cenił to, co miał i jednocześnie był pogodzony z życiem, nie tracąc nic z ciekawości świata. Był reporterem, to jasne, że starał się dotrzeć tam, gdzie coś się działo. Jako jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy widział upadek Sajgonu i to jego artykuły jako pierwsze pojawiły się w europejskiej prasie; był świadkiem okrutnej rewolucji w Kambodży i omalże nie został zastrzelony przez Czerwonych Khmerów. Mieszkał w Chinach (gdzie później został tymczasowo uwięziony i wydalony z kraju), w czasie, kiedy zagraniczni dziennikarze nie byli tam mile widziani. Kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, odwiedził Sachalin i Wyspy Kurylskie. Relacjonował pogrzeb cesarza Hirohito i przejęcie przez Chiny Hongkongu. Rozmawiał z Matką Teresą i Dalajlamą. Jednym słowem, relacjonował wiele wydarzeń mających kluczowe znaczenie w historii Azji i mógłby po prostu spocząć na laurach, ale on pozostał ciekawy świata, nawet kiedy z powodu choroby decyduje się porzucić pracę dziennikarza – co zresztą czyni z ulgą. I nawet wtedy, jeśli jechał gdzieś, obchodził miasteczko czy wieś, a nie zaszywał się w hotelu; nawiązywał kontakty z mieszkańcami i nawet w biednym stanie indyjskim znajdował w ruinach budynku mieszkalnego osobę mającą dostęp do Internetu. Świat bezustannie go zadziwiał – ludzie, widoki, zapachy, wydarzenia dnia codziennego. To był świat, któremu Terzani nie był się w stanie oprzeć i z którego całymi garściami czerpał doświadczenie i tematy do swojego pisarstwa. Sam zresztą daje temu dowód, kiedy  relacjonuje swój pobyt w aśramie. Z jednej strony pisze, że wybrał aśram „do odbycia nowego typu podróży: do środka, a nie na zewnątrz. Jej celem nie był jakiś fizyczny punkt na mapie, ale miejsce w umyśle, stan ducha, odnalezienie spokoju wewnętrznego i w stosunkach ze światem, czego pragnąłem bardziej niż czegokolwiek innego.” (Nic nie zdarza się przypadkiem, strona 421). Po paru miesiącach mieszkania tam, medytacji i nauk pod okiem guru jego nastawienie się zmienia, a raczej może Terzani zaczyna pewne rzeczy widzieć w innym świetle: Koniec końców, z całą moją ciekawością i sympatią do „innego”, byłem i pozostawałem Europejczykiem. Czułem jak narasta piękna i ciekawa, zasadnicza sprzeczność między naszym sposobem bycia w świecie, a tym, jak podchodzą do tego Hindusi: dla nas najwyższą wartością  życia jest samo życie; dla nich – nieżycie. Moksza, uwolnienie się od powtórnych narodzin, to wielkie dążenie tej cywilizacji. (…) Podobało mi się oderwanie, ale nie obojętność. Byłem przekonany, że – szczególnie w moim wieku – najlepszym sposobem cieszenia się rzeką jest przebywanie poza jej nurtem, ale chciałem przynajmniej móc usiąść nad brzegiem, popatrzeć na wodę, słyszeć, jak przepływa. A wszystko to zdawało mi się bardzo odległe od aśramu. (Nic nie zdarza się przypadkiem, strona 514.)

To jego umiłowanie życia i ciekawość świata dawały mu mnóstwo siły do walki z nowotworem, ale jednocześnie pozwalały docenić to życie, które miał już za sobą i na tyle, na ile jest to możliwe – pogodzić się ze śmiercią.

Moim zdaniem jego geniusz jako reportażysty tkwi w umiejętności balansowania między zdobytą (i rzetelną) wiedzą, byciem-tam-na-miejscu i całkowicie subiektywnym spojrzeniem wrażliwego na otaczającą rzeczywistość autora. Terzani nie był tylko dziennikarzem – był podróżnikiem i pasjonatem, człowiekiem wrażliwym na piękno i na cierpienie, a jednocześnie kimś, kto potrafił to wszystko opisać w taki sposób, że czytelnik chce więcej i więcej. Terzani był człowiekiem, z którym chciałabym usiąść nad brzegiem rzeki i pogadać o życiu.

pikfe