Archiwum dla Luty 2010

Nowy początek.

Luty 25, 2010

Dzień dobry.

Zmiana w życiu pociągnęła za sobą zmianę nagłówka – ze smętnego, zimowego krajobrazu na pierwsze wiosenne słońce.

Nie wiem, jak często będę teraz pisać na blogu, bo mój dostęp do Internetu lada chwila stanie się bardzo przypadkowy.

Wyruszam.

Zmywam się.

Zostawiam wszystko za sobą.

Od tej pory mnie nie ma.

Zabieram plecak (Big B, bo większy), moje ukochane buty, śpiwór i spadam.

Gdzieś daleko.

Na piechotę. Autostopem.

Tam, gdzie nikt mnie nie będzie rozumiał i ja nikogo nie będę rozumiała.

Gdzieś, gdzie nie ma ludzi, ale są krajobrazy.

I cisza.

I ciemność.

Gdzie będę mogła polegać tylko na sobie i gdzie tylko ja sama sprawię sobie zawód.

Gdzie decyzje można podejmować bez kompromisów i bez liczenia się z innymi.

Gdzie jest spokój.

I naturalna, niewymuszona cisza.

pikfe

P.S. Oczywiście, zmienia się tylko nagłówek, a życie płynie dalej swoim spokojnym torem. Co nie znaczy, że czasem nie mam ochoty.

Mieszkanka sadu.

Luty 22, 2010

Dzień dobry.

Niedawno zamieszkała na naszym podwórku.

To chyba sowa uszata.

I na dzisiaj to tyle, w końcu niecodziennie zdarza się zdjęcie sowy 🙂

pikfe

Coś, co przywołuje wspomnienia.

Luty 19, 2010

Dzień dobry.

Czasami siadamy i przypominamy sobie najfajniejsze momenty naszego życia. Wpada do głowy jakaś myśl, zerknie się na zdjęcie i człowiek zaczyna wspominać jakieś szalone wakacje, wyjątkowo udaną imprezę, miły dzień, który zapadł w pamięci. Wspomina, wspomina, a potem kończy i zapomina aż do następnego razu.

Ale czasem wspomnienia same przychodzą. Są intensywniejsze niż pamiętasz, jak… ?; wywołują pragnienie bycia na miejscu, tam,  teraz, cofnięcia się w czasie; wywołują tęsknotę za czymś, co minęło; uaktywniają jakieś inne rejony mózgu.

Dla mnie chłodne i słoneczne wrześniowe poranki pachną Paryżem. W takie poranki dzwoni do mnie Owca i mówi, że powinnyśmy być teraz w Paryżu, a ja już wcześniej jęczałam Big B, że powinnam być teraz w Paryżu z Owcą. Ta sama pogoda, to samo powietrze, to samo światło. Zawsze odwiedzałyśmy Paryż we wrześniu, zawsze świeciło słońce, a poranki były chłodne.

Wstawałyśmy z samego rana, czasem czekałyśmy w parku na otwarcie perfumerii (zgodnie z zasadą perfumy zamiast śniadania), a czasem biegłyśmy do popularnego muzeum, żeby zdążyć przed tłumami. Zwiedzałyśmy Paryż chodząc, czasem cały dzień; śmiałyśmy się do rozpuku, a kłóciłyśmy do łez. Piłyśmy kawę, zwykle koło 15, coś musiało postawić nas z powrotem na nogi. Miałyśmy cały czas tylko dla siebie. Chodziłyśmy i gadałyśmy; obserwowałyśmy ludzi; przepłacałyśmy za piwo; tworzyłyśmy nasz własny, osobny Paryż, którego poza nami nikt nie zna.

Mam też perfumy, Miracle. Kupiłam je na promie płynącym do Anglii, w 2008 roku, z Big B. Jechaliśmy razem samochodem, poza rezerwacją promu i celem podróży (dom Lisów, oczywiście) niczego nie planowaliśmy. Zatrzymaliśmy się w Dunkierce, następnego dnia zwiedzaliśmy jej okolice, płynęliśmy promem, pierwszy raz jechaliśmy razem nie po tej stronie drogi. I dla mnie moje Miracle pachnie właśnie tymi wspomnieniami – wiatrem na promie, plastikowymi łazienkami w tanich hotelach, skalistymi klifami Dover, panikującym Big B, kotem i cappuccino z Cambridge, Mieszczanami z Calais, kawą w Calais, cudownym spacerem z domu Lisów do ich miasteczka,  tunelem za jednego funta, ćwierćfunciakiem z serem, zatoką The Wash, gigantycznym korkiem za Londynem,  Stonehenge i meduzą. Otwieram moje Miracle i chcę uciekać z Big B na koniec świata.

Chciałabym mieć więcej takich wyzwalaczy wspomnień na mojej liście.

pikfe

O czym ja tu piszę?

Luty 14, 2010

Dzień dobry.

Po pierwsze, piszę dzisiaj trochę z przyzwoitości. Wstręt do komputera sięga u mnie zenitu, na samą myśl o Internecie robi mi się słabo. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale mam nadzieję, że przejdzie. Lekkie przymuszanie się jest formą terapii – a nuż znowu mi się spodoba?

Po drugie, w moim życiu nie dzieje się nic zabójczo ciekawego, nie ma w nim gorących newsów i ostrych zakrętów. Jest nudne, co pod pewnymi względami jest wadą, ale pod innymi – wielką zaletą. Jest wadą, bo chętnie zarzuciłabym Was zdjęciami z naszej wyprawy na Elbrus albo do Pamiru albo do Patagonii, ale poza faktem, że nie mamy teraz nawet na wycieczkę do Zakopanego, to nie wiem, czy nadejdzie taki dzień, że zdobędziemy się na takie przedsięwzięcie. Musiałabym rok wcześniej zacząć ćwiczyć mięśnie pleców, żeby nie odpadły po pierwszym dniu z tym czymś, co niektórzy nazywają plecakiem, a powinni raczej PLECAKOREM.

Jest jednak jedna rzecz, o której chcę wspomnieć.

Moja Babcia Leśna, wdowa po Dziadku Leśniku, nie ma komputera i dostępu do Internetu, a w związku z tym dostępu do mojego bloga. (Dziadkowie mają i wiem, że czytają na bieżąco). Bardzo chciała mieć, więc pomyślałam, że zrobię bloga w wersji papierowej. Tak też uczyniłam – wywołałam zdjęcia, wydrukowałam wpisy (razem z komentarzami!) i powklejałam to wszystko do zeszytu. Bardzo krzywo, ale i tak byłam zadowolona, bo Babcia Leśna się cieszyła.

Zawsze wydawało mi się, że mój blog jest mało poważny, że w sumie mało w nim mnie i mojego życia, tak jakby jakiś dalszy znajomy coś od czasu do czasu o sobie opowiedział. W jakimś zakresie na pewno działa tutaj autocenzura, ale też to, że nie mam ochoty ujawniać bardziej intymnych szczegółów mojego życia (i spójrzmy prawdzie w oczy – innych żyć też), jak to niektórzy blogerzy robią. Moje najbardziej hardkorowe (w moim odczuciu) wpisy dotyczyły poronienia, ale nie widziałam innej możliwości na samoratunek niż wyrzucenie wszystkiego w eter tak, żeby każdy wiedział. Wtedy to jakoś powszechnieje.

Wygląda jednak na to, że jak zwykle napisałam więcej niż chciałam powiedzieć, a Babcia Leśna zaskoczyła mnie wnikliwością. Nie rozmawiałyśmy długo o moim blogowym zeszycie, ale dowiedziałam się, że jestem trochę jędzą, a także, że mniej bym nią była, gdybym zyskała trochę pewności siebie. Z blogu wynika też ponoć jasno, że Big B jest dobry, cierpliwy i wyrozumiały.

Ja pomijam już szok spowodowany usłyszeniem od własnej babci, że jest się jędzą, nawet jeśli to tylko trochę.

Faktem jest, że co najmniej trochę nią jestem. I że brakuje mi pewności siebie. I tak, Big B jest taki, jak powiedziała Babcia Leśna. Ale czy ja gdzieś o tym pisałam?! Przyznaję uczciwie, diagnoza Babci Leśnej jest dobra (choć nie do końca rozumiem związek pomiędzy byciem jędzą i brakiem pewności siebie), nawet spontanicznie się zaczerwieniłam, kiedy Babcia Leśna to powiedziała.

Ale skąd Babcia Leśna to wyczytała?

I co Wy tu wyczytujecie o mnie?

pikfe

P.S. Relacja autor – czytelnik jest jednak niesamowita, a sam proces odbioru, nawet głupiutkiego blogowego wpisu, ma w sobie coś magicznego.

Jestem, jaki jestem.

Luty 6, 2010

Dzień dobry.

Jestem sobie wszędzie.

Jestem wolny.

Mogę zalegać latami.

W każdej chwili mogę odlecieć.

I tak sobie latam po świecie.

To tu. To tam.

Nawet nie wiecie, ile ja mogę.

Ja – Kurz.

Podróżuję wszędzie i zawsze. Jestem w górach i nad morzami, w miastach to czasem aż do przesady jestem, ale w lesie też mnie znajdziecie. I na drogach i nad jeziorami i nad strumykami i wokoło bagna też jestem.

No… ale teraz zdecydowanie najwięcej mnie jest w Domku Big B i pikfe.

Miło się na nich patrzy jak tak ganiają ze ścierkami, gąbkami, miotłami, zmiotkami, mopami, wiadrami, miskami, mopami i odkurzaczem. Otwierają okna i drzwi,  mnie wtedy wdmuchuje do środka (za ładnie to oni w takich chwilach nie mówią). Biegają tak z tym wszystkim, a ja się podnoszę i opadam.

Podnoszę i opadam.

Podnoszę i opadam.

I tak w kółko, a oni w kółko biegają.

Nie jestem okrutny, więc nie będę ich męczył w nieskończoność. Czas unieść się na skrzydłach wiatru, zimno jakoś, więc może do ciepłych krajów? Oczywiście, część mnie zostanie, w życiu żadna walka nie jest nigdy do końca wygrana.

Ale w większości odlecę z Domku Big B i pikfe.

Kiedyś.

W końcu jestem wolny i sam decyduję. Byle ścierom się nie dam.

Kto wie, może kiedyś przylecę do Was?

Kurz

O Avatarze.

Luty 3, 2010

Dzień dobry.
Na samym początku zastrzegam, że jeśli ktoś Avatara nie widział, a ma w planach wybrać się do kina, to niech przynajmniej na razie omija ten wpis na blogu.

„Ten lud znalazł w puszczy wartości, które czyniły życie pięknym mimo całej jego surowości, problemów i tragedii. Puszcza darzyła go hojnie radością, szczęściem i beztroską”.

Źródło: tutaj.

Zwykle nie piszę o filmach i przyznaję – po pięciu latach studiów na kulturoznawstwie nie umiem pisać o filmie. Usiąść i tak po prostu machnąć recenzję. Nigdy tego nie potrafiłam i pewnie już się nie nauczę. Wolę analizy, ujęcie pod kątem jakiegoś problemu. I tak napiszę parę słów o Avatarze.

Nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobał. Przeciwnie – w jakiś sposób uwiodła mnie wizja tego świata i ludu Na’vi, a na seansie się nie wynudziłam. To prawda, że film jest długi, ale zwłaszcza pierwsza połowa (poznawanie Pandory, czyli zanurzanie się w tym pięknym, wyimaginowanym świecie) była dla mnie ciekawa.
Ale… to wszystko już gdzieś tam było. Ja wiem, że teoretycznie wszystko już gdzieś było, ale tutaj to było dla mnie było jednak zbyt narzucające się.

„Dla którego puszcza jest matką i ojcem, kochanką i przyjacielem i który uchylił przede mną zasłonę miłości, jaką wszystek jego lud żywi do świata życzliwego jeszcze i dobrego… nie znającego zła.”

Źródło: tutaj.

Przede wszystkim sama Pandora, czyli po prostu planeta porośnięta lasem tropikalnym, który dla większości widzów tego filmu jest przecież tajemniczy i fascynujący. Cameron mógłby przecież wykorzystać istniejące na Ziemi gatunki i przenieść je do wykreowanego świata, a większość z nas nawet by się nie domyśliła.

Źródło: tutaj.

Źródło: tutaj.

Zdaję sobie sprawę, że wybrano najbogatsze środowisko życia, żeby było atrakcyjne wizualnie. Przepych i bogactwo form, kolorów, gatunków, a tak naprawdę – cudze chwalicie, a swego nie znacie.

No tak… są latające góry, ale na tej samej zasadzie mogłoby być wypiętrzone morze.

„Tu ziemia jest zawsze ciężka i grząska, nawet po przelotnym deszczu. A przede wszystkim przytłacza pozorna cisza, odwieczne trwanie i samotność tego wszystkiego (…) takich uczuć doznają obcy, którzy nie są z puszczy. Jeśli jesteś z puszczy, jest ona dla ciebie czymś innym. To, co tamtym wydaje się wiecznym i przygnębiającym mrokiem, dla ciebie jest kojącym światłem chłodu i cienia; tutaj blask przenika leniwie przez konary drzew, łączących się ze sobą wysoko w górze i nie dopuszczających bezpośredniego światła słonecznego, promieni, które wysuszają świat nie będący puszczą, czyniąc go dusznym, zakurzonym i brudnym. Nawet cisza jest tylko mitem. Jeśli zechcesz nadstawić uszu, usłyszysz całe bogactwo dźwięków: niepokojących, tajemniczych, żałosnych, wesołych.”

Źródło: tutaj.

Nie zachwycił mnie (choć i za bardzo nie zadręczał) sos New Age i sprytnie wkręcona hipoteza Gai, która de facto aspiruje do miana teorii naukowej (na razie jest zauważana i krytykowana), ale tutaj została sprowadzona do bardziej NewAge’owej formuły. Hipoteza Gai zakłada, że Ziemia jest układem zdolnym zachować równowagę, w pewnym sensie samoregulującym się. Gaja jest w tym ujęciu „planetarnym istnieniem mającym właściwości nie wynikające z właściwości indywidualnych żywych organizmów ani ich zbiorowisk„. Z punktu widzenia Gai życie jest zjawiskiem w skali planety.  Pandora JEST Gają – a czymże innym jest Eywa? –  co więcej, jest utopijną Gają. Tam wszyscy znają swoje miejsce i znają swoją rolę, a harmonijne współżycie jest najważniejsze. Wszystko jest wspólnym istnieniem.  (Przy czym pamiętam, że to nie Lovelock wymyślił Matkę Ziemię, ale tutaj doktor Grace mówi wyraźnie, że cała planeta jest połączona jakimś rodzajem sieci, a potem Neytiri tłumaczy, że Eywa nie staje po jednej ze stron. Zgodnie z New Age’ową hipotezą Gai może jednak stanąć w celu zachowania równowagi planety. I staje.)

„O świecie otaczającym plantację mówią oni jak o czymś przerażającym, pełnym złośliwych duchów; w takim świecie nikt poza zwierzętami i tubylcami (…) żyć nie może.”

Źródło – tutaj.

I tak, w ujęciu New Age, które przyswoiło sobie koncepcję Gai, „cała natura jest organizmem uduchowionym i żywym, co implikuje sposób traktowania jej przez człowieka: nie może być instrumentalne używanie, lecz pełne szacunku współbytowanie (…) człowiek jest częścią całości, zanurzony w niej może postrzegać siebie i świat w tej samej płaszczyźnie; pojęcia wewnątrz i zewnątrz znajkają.” I tu w zasadzie mamy niestety streszczone główne założenia fabuły Avatara.
Jest ktoś, kto instrumentalnie użytkuje i ktoś, kto współbytuje. Ponieważ zachodzi sprzeczność interesów mamy konflikt i … po fabule. Nie ma w tym filmie miejsca na rozterki, są tylko bardzo dobrzy (Na’vi) i bardzo źli (ludzie, czyli wojsko i korporacje). Wojciech Orliński w DF chwalił ten film za zaangażowanie i pewnie ma rację –  przesłanie jest tu przecież bardzo wyraźne, momentami aż za bardzo.

„Są prawdziwymi ludźmi puszczy (…) żyją w puszczy od wielu tysięcy lat. Ona jest ich światem, a w zamian za ich miłość i zaufanie darzy ich wszystkim, czego potrzebują. Nie muszą karczować puszczy (…) gdyż wiedzą, jak polować na zwierzynę w swej okolicy i gdzie zbierać ukryte dla obcego, a rosnące w nadmiarze jagody i owoce. (…) Rozpoznają leciutkie odgłosy zdradzające, gdzie pszczoły ukryły swój miód, wiedzą, przy jakiej pogodzie wyrastają pewne gatunki grzybów i pod jakimi drzewami i liśćmi się ukrywają. (…) Puszcza przemawia do nich po swojemu. (…) wałęsają się po puszczy, jak chcą – w małych gromadach lub w większych grupach złożonych z myśliwych. Nie znają lęku, bo dla nich nie ma niebezpieczeństwa. Nie trudzą się nadmiernie i dlatego nie muszą wierzyć w złe duchy. ten świat jest dobry dla nich”.

Źródło: tutaj.

Avatar jest filmem pozlepianym z fragmentów naszej popkultury, nie ma w nic świeżości, jakiej trochę się spodziewałam. Nie powiem, że odgrzewane kotlety, ale na pewno nie wykwintny posiłek mistrza kuchni, który zaskakuje z każdym kęsem. W Avatarze nic nie zaskakuje, może tylko bawić i smucić.

pikfe

Cytaty kursywą z książki „Leśni ludzie” Colina M.Turnbulla opowiadającej o Pigmejach.