Koty, które były i koty, które są. Część siódma.

Dzień dobry.

Dziś kotka Ze Wsi; kotka, której już nie ma, a z której swój początek miało wiele innych kotów, których drzewo genealogiczne zaczyna swoim skomplikowaniem przypominać drzewo rodziny Buendiów.

Ale tak, jak najpierw był José Arcadio w Macondo, tak tutaj Na Wsi była Oliwka.

Poznałam Oliwkę już, kiedy była doświadczoną wiejską kocicą – przetrwała prawie sześć lat. Codziennie rano przychodziła, razem ze swoją dorastającą wówczas córką Zośką, na poranne śniadanie pod drzwi wejściowe. Była całkowicie oswojona i zawsze wtedy, kiedy nikt nie widział, wpadała do domu, żeby trochę pobuszować.

Tutaj z córką, na porannym posiłku, wpadnięte do domu.

Oliwka nie była wysterylizowana, więc miot przytrafiał się jej raz na pół roku. Mieliśmy ją wysterylizować po ciąży, w której donosiła siedem kociaków, ale już nie zdążyliśmy.

Pamiętam, że raz Oliwka przyniosła mi koci prezent. Spostrzegłam ją z daleka i zauważyłam, że ma coś w pyszczku, więc, żeby kota pochwalić za udane polowanie, krzyknęłam, że dobry kot, upolował sobie obiad. Kot na te słowa uniósł ogon do góry i szybkim truchtem dobiegł do mnie, rzucił mi pod nogi martwego wróbla i patrzy. Konfuzja, przecież nie zjem wróbla! Na szczęście udało mi się wybrnąć kolejną porcją pochwał, z których Oliwka była bardzo rada – ocierała się o moją nogę, mruczała i patrzyła to na mnie, to na wróbla.

Odstąpiłam jej tego wróbla, podsuwając go delikatnie nogą w jej stronę, co przyjęła z zadowoleniem i natychmiast zabrała się za konsumpcję. Zjadła go całego, łącznie z nogami, nie uroniwszy nawet kropli krwi. Zostało kilka piórek. I ten zgrzyt pękającej wróblej czaszki…

Jak napisałam, z Oliwki ma swój początek cała masa kotów.

Pierwszy miot (z którego koty poznałam) przyniósł na świat Myszowatego i Pisku-Pisku, które kiedyś doczekają się osobnych wpisów. Miały jeszcze trójkę rodzeństwa – pamiętam bardzo żywotnego Alpinistę i Baryłę, które zostały wydane na wieś i których dalszych losów nie znam.

Oliwka była doświadczoną matką – jednym mruknięciem przywoływała małe koty do porządku, a kto miał kiedyś styczność z kocią mamą, która urodziła po raz pierwszy, wie, że niedoświadczone mamy nie mają wśród młodych takiego posłuchu. Młode na dość długo zostawały same, a że pogody były piękne i ciepłe, Oliwka wyniosła je z pomieszczeń gospodarczych na dwór, w słupki do drzewek. Koty były tam swobodne, mogły szaleć na palikach, a jednocześnie schować się głęboko w dwie sekundy. Przeżyło wszystkie pięć, choć lisów i drapieżnych ptaków u nas nie brakuje.

Później, o ile dobrze pamiętam, Oliwka miała wypadek – pogryzł ją podwórkowy pies, który kotów nie cierpi i zagryza bez zbędnych ceregieli. Oliwka o tym wiedziała i przez całe swoje życie z podziwu godną konsekwencją unikała psa, ale tym razem nie zdążyła uciec. Nie było mnie przy tym, na szczęście był Kacper, który opowiadał mi potem, że kiedy pies ją dopadł, kotka się poddała. Nie walczyła. Na szczęście Kacper zdążył ją uratować, ale była bardzo poraniona, w łapę i brzuch. Pomimo kuracji u weterynarzy, do końca życia utykała lekko na tylną łapę.

A potem przyszła kolejna ciąża, tym razem późnojesienna. Oliwka ukryła swoje małe znowu w pomieszczeniach gospodarczych, Big B słyszał ich piski (ja wówczas jeszcze Na Wsi nie mieszkałam), ale wiedząc, że Oliwka daje radę jako matka, specjalnie się małymi nie interesował, zwłaszcza, że – jak mieliśmy się przekonać – naprawdę były głęboko schowane.

I jeszcze zanim wyszły na świat, ich mamę, Oliwkę, tuż koło domu przejechał samochód .

Wiecie, jak ja ryczałam, kiedy wyciągałam zza starych kanap piszczące i przerażone małe? Wyjmowałam te malutkie ciałka i w sumie wyciągnęłam ich siedem, za każdym razem myśląc, że nie ma już ich mamy, ale to już inna historia.

Trudno mi opisać Oliwkę jednym słowem. Lisz to dzikus, kot aspołeczny; Pisku-Pisku jest piękną, upierdliwą egocentryczką; Fred był kotem skrzywdzonym; Esme to tchórz, a Rincewind – obżartuch. Z Oliwką nie jest mi tak łatwo, ale chyba mogłabym zaryzykować, że zachowała pełną dostojeństwa prostotę. To nie był kot, który o coś prosił, który potrzebował człowieka do przetrwania, a jednak był nasz, miejscowy, wsiowy, przywiązany.

pikfe

I na koniec drzewo genealogiczne. Wypisałam tylko „nasze” koty.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Koty

Tagi: , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

4 komentarze w dniu “Koty, które były i koty, które są. Część siódma.”

  1. Owca Says:

    Osiem kotów z tego drzewa przewinęło się przez mój dom… Teraz są cztery, a już niedługo dwa z nich wrócą w rodzinne strony swojej mamy/babci Oliwki 🙂 Oby żyły długo i szczęśliwie, bo jeden z nich jest mi szczególnie bliski!

  2. Owca Says:

    A! I to pierwsze zdjęcie Oliwki to ja robiłam 🙂 O ile dobrze pamiętam to był pierwszy dzień stycznia!!!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: