Archiwum dla Styczeń 2010

Remontu domku ciąg dalszy.

Styczeń 24, 2010

Dzień dobry.

Dwudziesty stycznia minął, a my nadal nie na swoim. Może dwudziestego lutego? Termin przeprowadzki z dnia na dzień jest coraz bliższy. Już zaolejowali nam podłogę, czekamy teraz na schody. Tutaj podłoga na dole. Surową podłogę można obejrzeć tutaj.

Fajnie, bo wyszło dokładnie tak, jak chcieliśmy. W pokoju gościnnym/dziecinnym.

I w sypialni.

I dodatkowo jeszcze widok z okna dachowego…

… i widok z sypialni z widokiem na skrzyniopalety… nie zawsze jest tak źle, bo jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

I po tym, co słyszę dochodzę do wniosku, że w sumie to mamy szczęście do ekip.

pikfe

Reklamy

Uhaha, zima zła!

Styczeń 23, 2010

Dzień dobry.

Jak wygląda zima w mieście, większość z nas niestety wie. Nie zawsze jest może tak źle, ale sądząc po niezbyt entuzjastycznych opiniach internetowych mieszkańcy miast jakoś tak generalnie nie są zachwyceni.

Nic zniewalającego, prawda? Sama zresztą nie byłam w stanie zrozumieć, jeszcze w zeszłym roku, czemu Big B chce, żeby spadł śnieg. Zwariował czy co? Jak już wiecie, ja już wiem, czemu dobrze jest, kiedy zimą na wsiach jest śnieg.

Cóż, u nas nikt nie odśnieża i nie czyni czarnych, syfiastych gór brei na poboczu każdej drogi.

Nie ma tłumu ludzi, którzy rozdeptują śnieg czyniąc z niego beżową maź.

Po spacerze na butach nie zostają białe szlaczki soli, a świeży śnieg za każdym razem chrzęści pod nogami.

I oczywiście bardzo, ale to bardzo często mamy szansę na mgłę, a potem na biały świat.

No fakt, musimy sami odśnieżać, ale jak bardzo nie będzie się nam chciało, to nie odśnieżymy i nikt się (poza nami) nie zabije.

Prawdziwa zima Na Wsi jest po prostu piękna. Cicha, idylliczna, biała, świeża.

Czasem to aż sama sobie zazdroszczę.

Ale doceniam.

Doceniam to wszystko, co mam.

pikfe

Podróż w Kosmos.

Styczeń 21, 2010

Dzień dobry.

Dziś tylko link.

Podróż w Kosmos.

Dla mnie niesamowite sześć minut.

pikfe

Nieskalana złem tego świata.

Styczeń 20, 2010

Dzień dobry.

Usłyszałam ostatnio od Barana (nie jakiegoś tam barana, ale Barana Owcy), że jestem nieskalana złem tego świata. Nie rozwinął bardziej tej myśli, zapewnił mnie jedynie, że on to podziwia i żadnej ironii w tym stwierdzeniu nie powinnam się doszukiwać.

Dobrze więc, nie doszukuję się ironii i przyjmuję, że Baran powiedział to na poważnie i z lekką dozą podziwu. Tylko czy ja rzeczywiście jestem nieskalana złem tego świata? Bo co to tak naprawdę znaczy? Czy – jak zasugerowała mi Owca – znaczy to, że jestem po prostu naiwna?

Do pewnego stopnia na pewno tak, a moja naiwność polega na tym, że z założenia odbieram ludziom prawo do posiadania złych intencji. Wierzę im.

Kiedyś ktoś chciał mi sprzedać coś tańszego jako coś droższego. Wiedziałam dobrze, co chcę kupić, więc widziałam, że tańsze jest tańsze, a droższe jest droższe. Mam oczy. Jednak, pomimo pewności postanowiłam się upewnić, bo nie mogłam pojąć, że ktoś chciał mnie oszukać. Oczywiście miałam rację i powinnam tego kogoś nazwać oszustem. Do pewnego stopnia myślę w ten sposób o tamtym człowieku i na pewno nikomu nie polecę jego zakładu. W głębi serca jednak tkwi myśl, że to było jednak nieporozumienie, spowodowane być może jego niekompetencją. Chyba lepiej być niekompetentnym niż oszustem.

Tak więc – wierzę ludziom. Wierzę im, ponieważ jak wielu z nas, mierzę innych własną miarą. Mnie pewne rzeczy w głowie się nie mieszczą. Pewnych rzeczy nigdy bym nie zrobiła (ponoć nigdy jest złym słowem – mogę powiedzieć, że pewnych rzeczy do tej pory ani razu nie zrobiłam i mam nadzieję, że to się nie zmieni), bo potem nie mogłabym spojrzeć w lustro, a wyrzuty sumienia skróciłby moje życie.

(Nie, nie, nie, święta nie jestem. Kiedy za pierwszym razem wydali mi za dużo reszty – wróciłam i oddałam. W zasadzie brak satysfakcji. Za drugim razem – nie oddałam. Też brak satysfakcji. Nie wiem, co będzie za trzecim razem.)

Ale nie jestem bezkrytyczna. Staram się nie pożyczać pieniędzy; coraz rzadziej pożyczam książki, filmów już prawie w ogóle; pilnuję swojej torebki; zawsze staram się, żeby w samochodzie nic nie zostawało na widoku; z hotelu zawsze zabieram ze sobą cenne rzeczy; myślę, że nie zaryzykuję spółki z obcym człowiekiem.

Tak więc – nie do końca wierzę ludziom.

Ale mój świat jest piękny. Może ludzie czasem oszukują, ale przepraszają i naprawiają swój błąd; nie są chciwi ponad miarę; nie łamią danego słowa; doceniają uczciwość; można im ufać.

Ja wiem, że w praktyce tak nie ma. Ludzie oszukują i nie mają wyrzutów sumienia. Są chciwi ponad miarę i co krok łamią obietnice, a do tego kłamią bez żenady i śmieją się z poczciwych. Ja wiem, że są tacy ludzie. Ale w teorii ich nie ma.

Big B opowiedział mi dziś o Somalii, targanej od kilkunastu lat ciągłymi walkami. Somalia jest w tej chwili państwem całkowitego bezprawia, a strzały słychać podobno przez całą dobę. Ludzie nie mają co jeść, nie mają gdzie mieszkać, nie mają szansy na godne życie. Klany, podklany i pod-podklany nie są w stanie dojść do porozumienia, wolą się zabijać. Tak jest.

Na północy Somalii powstała separatystyczna republika Somaliland. Nie jest to kraj mlekiem i miodem płynący, ale jest spokojny. Bojówki nie walczą na ulicach, ludzie mają jakąś alternatywę. W 1996 odbyła się tam konferencja pokojowa w Booramie, na której zebrali się członkowie starszyzny różnych klanów. I tu cytat za NG (styczeń 2010) – „(…) były to wielomiesięczne rozmowy zakończone uchwaleniem statutu pozwalającego utworzyć rząd. A kiedy my prowadziliśmy tę konferencję na wsi wszyscy przychodzili i składali swoją broń pod drzewem„.

I to jest właśnie mój świat. Ja w to wierzę.

Jaka więc jestem? Idealistka w teorii, nauczona już nieco praktyki? I czy to jeszcze nieskalanie?

pikfe

Nasz kot idzie do nieba.

Styczeń 17, 2010

Dzień dobry.

Dziś na blogu króciutkie opowiadanie Margaret Atwood, które już kiedyś pojawiło się na Starym Blogu. Dla mnie nawet przy piętnastym czytaniu nie traci nic ze swojego uroku.

Nasz kot idzie do nieba.
Margaret Atwood

Nasz kot został raptownie wzięty do nieba. Nigdy nie lubił dużych wysokości, więc usiłował wbić pazury w tego niewidzialnego węża, olbrzymia dłoń, czy też orła, za których przyczyna musiał tak się wznosić, nie miał jednak szczęścia.
Gdy dostał się do nieba, było tam wielkie pole. Po polu biegało mnóstwo różowiutkich małych stworzonek, które na pierwszy rzut oka wydały mu się myszami. Potem dostrzegł siedzącego na drzewie Boga. Anioły latały wokoło, trzepocząc skrzydłami; furkotały, jak gołębie. Co jakiś czas Bóg wyciągał swoją wielką, pokrytą futrem łapę, chwytał jednego z nich w powietrzu i chrupał. Na ziemi pod drzewem leżało pełno ogryzionych anielskich skrzydeł.
Nasz kot podszedł grzecznie do drzewa.
– Miau – powiedział nasz kot.
– Miau – odparł Bóg. A właściwie bardziej zaryczał.
– Zawsze myślałem, że jesteś kotem – powiedział nasz kot – ale nie byłem pewien.
– W niebie wszystkie sprawy się wyjaśniają – odparł Bóg. – W takim kształcie postanowiłem ci się objawić.
– Cieszę się, że nie jesteś psem – odparł nasz kot. – czy mógłbym może odzyskać moje jądra?
– Oczywiście – odparł Bóg. – Są za tamtym krzakiem.
Nasz kot zawsze wiedział, że jego jądra gdzieś muszą być. Pewnego dnia obudził się z dość nieprzyjemnego snu i już ich nie było. Wszędzie ich szukał – pod kanapami, pod łóżkami, w szafach –  a one cały czas były tutaj, w niebie! Podszedł do krzaka i oczywiście oba tam były. Przytwierdziły się do niego natychmiast.
Nasz kot był bardzo zadowolony. – Dziękuję – powiedział do Boga.
Bóg czyścił swoje eleganckie, długie wąsiki. – De rien * – powiedział.
– Czy mógłbym pomóc ci łapać anioły? – zapytał nasz kot.
– Nigdy nie przepadałeś za dużymi wysokościami – odparł Bóg, wyciągając się na gałęzi w słońcu. Zapomniałam dodać, że świeciło słońce.
– To prawda – przytaknął nasz kot. – Nie przepadałem. – Było kiedyś parę peszących przygód, o których wolał nie pamiętać. – A może chociaż te myszy?
– To nie myszy – odpowiedział Bóg – Ale łap sobie, ile chcesz. Tylko nie zabijaj ich od razu. Niech trochę pocierpią.
– Mam się nimi pobawić? – zapytał nasz kot. – Kiedyś zwykle miewałem przez to kłopoty.
– To kwestia semantyki – odparł Bóg. – Tutaj nie będziesz miał przez to kłopotów.
Nasz kot wolał zignorować tę uwagę, ponieważ nie wiedział, co oznacza „semantyka”. Nie zamierzał wyjść na głupiego.
– Jeśli nie myszy, to co? – zapytał. Zdążył już na jedną skoczyć. Teraz przytrzymywał ja łapą. Rzucała się i cichutko popiskiwała.
– To dusze ludzi, którzy byli źli na Ziemi – odparł Bóg, mrużąc swoje żółtozielone ślepia. – A teraz przepraszam, czas uciąć drzemkę.
– W takim razie co robią w niebie? – zapytał nasz kot.
– Nasze niebo jest dla nich piekłem – odpowiedział Bóg. – Lubię mieć wszechświat w równowadze.

* nie ma za co (fr).
Margaret Atwood, „Nasz kot idzie do nieba” (całość) [w]: „Namiot”, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007.

umieściła na stronie

pikfe

Trzy części Wyobraźni.

Styczeń 16, 2010

Dzień dobry.

Dziś wspominka ze Starego Blogu.

23 czerwca 2009
Wyobraźnia.
Dobry wieczór.
Mam dwie siostry – Owcę i Sybiraczkę.

Kiedy byłyśmy dziećmi, łączyły nas szczególne więzy. Wspólne zabawy lalkami, ferie spędzane razem, bale czarownic, nieprzespane noce, zabawy w „Ściganego” i „Drużynę A”, ale też w szpital pluszaków. Razem przeżywane pierwsze miłości, pierwsze pocałunki, pierwsze ludzkie okropności.

Ale przede wszystkim – cały wielki świat tylko nasz.
Ferie w Marville z reprezentacją Francji w piłce nożnej.
Ratowanie zaspołu The Kelly Family z rozwalonego balonu.
Czarownica Kunegunda z lasu na Drugiej Działce.
Wakacje w Paryżu z Zidanem (TYM Zidanem), który nas gonił zapamiętale.
Akademicy – czarownicy na kulturoznawstwie.
John McClane  trenujący Tommy’ego Lee Jonesa na asfaltówce przed Drugą Działką.

To wszystko w opowiadaniach, które pisałam, a potem czytałam na głos.
Eskapizm? To już był chyba nawet ESKEJPIZM, ale było fantastycznie – mamy dużo wspólnych wspomnień ze zdarzeń, które nigdy się nie wydarzyły.

Ale kiedy Owca pyta, czy pamiętamy mecz w schronisku w Marville, to my pamiętamy.
Kiedy Sybiraczka wspomina dwie angielskie turystki i jedną amerykańską, to my doskonale wiemy, kiedy i dlaczego się przebierałyśmy.
Kiedy ja pytam o komnatę pod wanną w Kamienicy, to one wiedzą, o co chodzi.

I to jest piękne.

pikfe
pikfe (21:45)

24 czerwca 2009
Kamienica. Wyobraźni część druga.
Dobry wieczór.

„To był mały, niezwracający na siebie uwagi budynek w centrum miasta.  (…) Elegancka i stylowa brama z początków wieku rozpadła się kilka lat wcześniej. Podwórko pozostało brukowane, ale już w niczym nie przypominało przyjemnego mieszczańskiego podwórka, którym było kilkadziesiąt lat temu. Dzikie wino pnące się po kablu telefonicznym porastało całą prawą oficynę. Wszędzie walał się gruz i kawałki papy. Koło szopki stała ogromna czerwona kanapa, w której latem mieszkały myszy. Sam budynek powoli zamieniał się w ruinę. Butwiały belki podtrzymujące strop, pękały ściany. Wyblakły starannie pomalowane ściany, a niemalowane okiennice straszyły szarością. Krzywe szyby deformowały świat. Siostry zastanawiały się, co ich prababcia mogła tam ukryć. (…)

– Kiedy wasza prababcia umarł, dokładnie przeszukałem budynek. Szukałem tajnych przejść i odkryłem dwa. Oto pierwsze – wyszeptał coś pod nosem i dotknął dłonią brzegu wanny, która natychmiast zniknęła ukazując spiralne schody prowadzące na dół.
– To nie są ruchome regały ani rozsuwające się cegły. To bardzo zaawansowana magia i nieźle się napracowałem, żeby znaleźć to przejście. Proszę. – pierwsza zaczęła schodzić Owca. Zapachniało wilgocią, a po chwili zrobiło się zupełnie ciemno.
– Nie można tu zapalić światła? Może jakieś pochodnie albo co? – zapytała Sybiraczka.
– Schody są chronione przed świtałem zaklęciem, którego nie udało mi się złamać.
– Acha – jęknęła Sybiraczka – ale zapadni nie ma?
– Już nie. – schodzili kilkanaście minut w zupełnych ciemnościach.
– Widzę płomień! – krzyknęła Owca.
– To przy drzwiach do komnaty, już niedaleko.
– Na szczęście – szepnęła Sybiraczka – pikfe, czy ty tu w ogóle jesteś?
– Jestem, jestem.
– Ona się boi, że powie coś głupiego – kumy zarechotały, a pikfe pomyślała, że mogłaby wpaść w jakąś nieodkrytą przez Czarownika – Akademika zapadnię. W końcu stanęli przed potężnymi drewnianymi drzwiami z żelazną klamką.”

pikfe
pikfe (20:05)

29 czerwca 2009
Kunegunda. Wyobraźni część trzecia i chyba ostatnia.
Dobry wieczór.

Pewnego dnia odwiedziły mnie – nieświadomie – trzy siostry, małe dziewczątka w uroczych sukienkach. Usiadły w lesie i zaczęły tworzyć historię o czarownicy Kunegundzie. Były bardzo przejęte, bardzo wystraszone i nie wchodziły do lasu po zapadnięciu zmroku. Później oswoiły się z czarownicą, a nawet uznały, że mogą zostać wiedźmami.
Do lasu przynosiły różne prezenty dla Kunegundy, które układały w kręgu zrobionym z cegieł.
Posadziły w lesie jagody.
Kiedy były starsze, zorganizowały Bal Czarownic. W starych łachmanach tańczyły nocą wokół ogniska, w którym potem spaliły wcześniej zrobione kukły wiedźm.
Po przyjeździe zawsze przychodziły do lasu przywitać się ze starą Kunegundą i w napięciu słuchały skrzypienia drzwi jej domku na kurzej łapce.
Chciały pozyskać przychylność czarownicy. I miały ją, choć nawet, gdyby nie przyszły, ona nie mogłaby nic zrobić. Czarownice nie mogą już wpływać na losu ludzi.

Któregoś lata nie przyszły zaraz po przyjeździe. Po paru dniach, skruszone, zorganizowały wspaniały Bal Czarownic z głośnymi tańcami. Przepraszały starą wiedźmę.
Następnego lata Bal także się odbył, ale już bez kukieł. Chyba zabrakło pomysłów. Może chęci.

Kiedy Kunegunda obserwowała je idące drogą widziała, że nie mają już tych uroczych sukienek w kwiatki i jasnych, małych sandałków. Rozmawiały też o innych rzeczach niż dawniej. Przychodziły od czasu do czasu, najczęściej pojedynczo, najczęściej po to, żeby powiedzieć na głos coś, czego tamte dwie nie powinny usłyszeć. Przestały też budować szałas w lesie. Popadł w ruinę i zarósł małymi olchami. Została tylko kupa czerwonych cegieł, porośniętych mchem, które kiedyś były piecem. Czasem siostry przychodziły do szałasu zapalić i rozmawiały wtedy szeptem, tak, że Kunegunda prawie ich nie rozumiała.

Aż któregoś lata ścieżkę prowadzącą na polankę starej wiedźmy zarosły młode drzewka, których nikt nie zadeptał. Nikt nie odwiedził czarownicy.
Drogą w lesie chodziły trzy siostry, ale nie pamiętały o kręgu z cegieł. Znowu zaczęły nosić sukienki w kwiaty, ale wyglądały w nich jakoś inaczej. W każdym razie nie wyglądały tak, jakby chciały urządzić Bal Czarownic.

Kunegunda umarła na zapomnienie.

pikfe
napisała w 2002
pikfe (22:11)

Muszę przyznać, że lubię mieć siostry.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część ósma.

Styczeń 14, 2010

Dzień dobry.

Dziś, siłą rozpędu, napiszę o małych Oliwki, które razem z Big B ratowaliśmy. Jak może jeszcze pamiętacie, kotki zostały osierocone zanim zobaczyły na ledwo otwarte oczy człowieka, więc nasz „ratunek” musiał być dla nich wielkim stresem. Trudno mi powiedzieć, w jakim wieku były kocięta, za bardzo się na tym nie znam. W każdym razie miały już otwarte oczy, ale jeszcze same nie jadły.

Zdjęcia są z trochę późniejszego okresu ich życia.

Przenieśliśmy je z Big B do kotłowni (pod węglowym piecem było im ciepło; czasem nawet dziwię się się, że nie zrobiły się z nich kocie steki… 😉 tam naprawdę było ciepło), wzięłam tydzień wolnego od uczelni i dwa razy dziennie schodziłam do kotłowni z butlą mleka. Małe dość szybko nauczyły się któż ja i co będzie, więc wyczołgiwały się spod pieca i pędem dobiegały do moich nóg piszcząc okrutnie. Próbowały wspinać się po nogawkach, ale były jeszcze za małe, żeby te próby zakończyć sukcesem.

Kotów do wykarmienia miałam sześć. Najsłabszy, Siódmy, pojechał do Owcy, która razem ze swoim ówczesnym chłopakiem uratowała mu życie, nie śpiąc po nocach. Siódmemu należy się oczywiście osobny wpis, bo to zadziwiająca kocia historia jest.

Na szczęście jeden dość szybko (w zasadzie prawie od razu) nauczył się jeść z miski.

Drugi odmówił butelki całkowicie, z miski nie jadł, ale wykorzystałam Zośkę, córkę Oliwki, która miała swoje dwa, trochę bardziej wyrośnięte małe. Zośka nie była zbyt chętna do pełnienia roli zastępczej matki, ale tego jednego zawsze jej podetknęłam. Później trochę się przyzwyczaiła, ale zajmowała się swoimi przybranymi dziećmi jakby wbrew sobie. Nigdy nie chciała karmić więcej niż trzy koty.

Zostały cztery; cztery maluchy, które wbijały się pazurkami w smoczek i za nic w świecie nie chciały go puścić; maluchy, które trzeba było codziennie „umyć” mokrą szmatką; kotki, którym trzeba było dotrzymać towarzystwa, wygłaskać, pobawić się. Po których trzeba było posprzątać, bo jeszcze nie załapały, do czego służy kuweta. No… mieliśmy wtedy trochę roboty.

Siedziałam z nimi tydzień i sprawiało mi to ogromną radość. Z początku bardzo się bałam, że są za małe i że nie damy rady uratować wszystkich, więc rozesłałam maila, że potrzebuję opiekunów zastępczych. I choć opiekunów nie znalazłam, to przytrafiła się mi jedna z piękniejszych kocich historii. Znajomi kogoś, których nigdy wcześniej nie znałam, nawet ich nie widziałam, zadzwonili, że oni – jeśli sytuacja tego wymaga – mogą pożyczyć swoją kotkę do wykarmienia małych.

Osłupiałam.

Naprawdę osłupiałam. I odmówiłam. Gdyby koty mieszkały ze mną w mieszkaniu, pomysł byłby świetny, ale one mieszkały w garażu. Bałam się, że kotka ucieknie albo czymś się zarazi (ona była domowa) i dobro tej kotki i jej Państwa przeważyło.

Jakoś daliśmy z Big B razem radę i przeżyło wszystkie sześć (a dzięki Owcy Siódmy). Nie przekarmiałam małych, bo widziałam, że próbują jeść i pić z miseczek, gdzie miały dostęp do jadła przez cały czas. Na początku było dość śmiesznie (pewnie nie dla nich), bo ich wielkie łebki je przeciążały i koty lądowały cały pyszczkiem w mleku… Ale z czasem było coraz lepiej, coraz więcej jedzenia znikało, ale pisk, kiedy wchodziłam, wcale nie był mniejszy.

Potem, kiedy były już odkarmione, zwinniejsze i jadły zupełnie samodzielnie, wróciłam do Miasta, a Big B wystawił kotom kuwety i one oczywiście bez pudła zaczęły się tam załatwiać.

Wszystkie sześć (a właściwie osiem, bo przecież Zośka miała wtedy dwa trochę starsze) kotów (nigdy nie nadałam im imion) zostało potem wydanych na wieś i nie znam ich dalszych losów. Mam nadzieję, że te losy są dobre.

pikfe