Kulturoznawca szuka pracy. Część druga.

Dzień dobry.

Dziś część druga i ostatnia o szukaniu pracy z dyplomem kulturoznawcy.

Ja wiem, że skończenie tych studiów to nie jakiś stygmat; wiem, że można się przekwalifikować i przecież tylko parę moich cv&lm było na stanowiska jakoś tam związane ze studiami. Tak zwana przeze mnie poniżej Nowa Praca była posadą księgowej w ogromnej korporacji księgującej. Z filmem noir niewiele ma to wspólnego.

Pięknym przykładem kulturoznawcy, któremu idzie dobrze jest moja przyjaciółka, Lisica. Za granicami Polski, z dyplomem teatrologa, została kierowniczką odpowiedzialną za budżet rządowej instytucji, ma pod sobą ludzi, a zaczynała tam od wolontariatu. Sama jednak mówi, że tam dyplom ma tylko takie znaczenie, że jest, a co się skończyło, to już rzadko kogo obchodzi.

07 stycznia 2009
Automat.

I zmiana tematu.
Uuu, aż ciarki przeszły mi po plecach, pewna firma odpowiedziała na moje cv takim oto mailem:

„Szanowna Pani/Szanowny Panie,
Dziękujemy bardzo za zainteresowanie naszą firmą oraz przesłanie aplikacji.
Uprzejmie informujemy, że po dokładnym przeanalizowaniu wszystkich zgłoszonych kandydatur skontaktujemy się z wybranymi osobami.
Pozdrawiamy serdecznie,
Dział Personalny”

Oczywiście, maila wystosował do mnie automat (przyszedł mniej więcej po godzinie od wysłania mojego), nie było nawet nazwiska. Napisał do mnie cały Dział! Dobrze, to niby miłe, ale przecież „serdecznie pozdrowił” mnie automat, tak mniej więcej, jak moje DVD mówi „hello”, kiedy je włączam. Ktoś kiedyś miał miłą intencję zaprogramowania maszyny na dobry i dobrze widziany uczynek i tyle.
Zależy mi na pracy, nawet bardzo, ale Cały Dział nie napisał w ogłoszeniu gdzie miałabym pracować, za ile, w jakich godzinach, ale oczywiście uraczono mnie tym, co zwykle w ogłoszeniach o pracę: stabilna firma, atrakcyjne zarobki, rozwój, fajny zespół… hm… nikt przecież nie napisze, że szef jest tyranem, pensja w zasadzie normalna, a godziny pracy to pełna dyspozycyjność albo praca na zmiany.
Wysyłam te cv, podaję wszystkie swoje dane (nie podam – od razu wyrzucą do kosza), a nie wiem nawet, co dokładnie miałabym robić, gdzie miałabym pracować, w jakich godzinach i za ile. Nie wybrzydzam, ale trochę mnie to dziwi.
W zasadzie to nie wiem nawet, czy ta praca by mnie interesowała, może od samego początku wiedziałabym, że nie. Trudno mi sobie wyobrazić powód „że nie”, to fakt, bardzo zależy mi na tym, żeby w końcu coś znaleźć, tak sobie tylko hipotetyzuję.
Moje hipotetyzowanie i zamysł nad mailem od automatu wynika pewnie z faktu, że to nie pracodawcy starają się o mnie, tylko ja o nich, ale naprawdę – być może w Działach Personalnych „dokładnie przeanalizowuje” się moje cv całkiem niepotrzebnie i to nie tylko dlatego, że  „nie spełnia oczekiwań/ wymagań”, ale też dlatego, że gdybym miała możliwość poznania bardziej dokładnie warunków, na jakich miałabym pracować, nie zdecydowałabym się aplikować. I myślę, że nie jestem jedyna.
Wiem, że takie rozmyślania to … bzdury w zasadzie, bo to się nie zmieni, a pewnie będzie jeszcze gorzej, bo jeszcze więcej będziemy dostawać „serdecznych pozdrowień” od automatów.
Poza tym to naprawdę chciałabym znaleźć już pracę, bo niebawem zrobię się malutka jak łepek od szpilki, a moje samopoczucie będzie podobne do samopoczucia człowieka, który stał się łebkiem od szpilki.

13 stycznia 2009
Takie tam.

Dobry wieczór.
Na początek:
1. pracuj.pl: Twojego profilu jeszcze nie odwiedził żaden pracodawca.
2. gazeta.pl: CV_pikfe :  Oglądane 0 razy.
3. wp: Nie masz nowych wiadomości.

16 stycznia 2009
Piątek w niezłym humorze.

Dzień dobry.
Dziś naprawdę nieźle zaczęłam dzień – od wysyłania cv i lm (listów motywacyjnych). Doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego – zwłaszcza pisanie lm na stanowisko… sprzedawcy w sklepie. Na sprzedawcę jednak też mnie nie chcą. Dziś po raz pierwszy zaryzykowałam stolicę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. (…)
Jednak znalazłam prawdziwą perełkę, mającą trochę wspólnego z moim wpisem „automat”, a dotyczącą tego, jak pracodawcy opisują stanowisko i warunki pracy.Otóż natrafiłam dziś na takie ogłoszenie: „Opis stanowiska: Magazyn dzianin”
Koniec.

17 stycznia 2009
Sobota automatem.

Dziś a propos wysyłania sowich cv&lm do stolicy. Znalazłam fajny portal z ogłoszeniami o pracę, czasem znajdzie się nawet coś dla kulturoznawców. I co w naszym województwie?
„Oferty pracy.Wyniki wyszukiwania:Nie znaleziono żadnych ogłoszeń.”
Z ciekawostek nazewniczych – „windykator” to teraz… „negocjator terenowy”.

20 stycznia 2009
Odwilżowy wtorek.

Trzecia rzecz: byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, cud się zdarzył i odpowiedziano na moje cv&lm. Rzecz pewnie jeszcze długo będzie się rozstrzygać, mam nadzieję, że w końcu rozstrzygnie się pozytywnie, choć trudno nazwać to pracą marzeń.I jutro idę na drugą rozmowę, zobaczymy.Jednak nie o tym chciałam – przed rozmową miałam dość silne postanowienie, żeby nie czytać internetowych poradników w rodzaju „jak przetrwać” i innych symulacji, ale Sybiraczka jakoś mnie na gg namówiła i prawie umarłyśmy ze śmiechu.
„Co powiedzieliby o pani dotychczasowi przełożeni?”
„Potrafi Pani pracować pod presją czasu? Proszę podać dowody.”
„Jakie są Pani wady?”
„Jakie są Pani zalety?”
„Czy gdyby Pani mogła cofnąć czas, wybrałaby Pani ten sam zawód co obecnie?”
„Jaka była Pani największa porażka?”
„Czy miała Pani kiedykolwiek kłopoty finansowe?”
„Proszę opowiedzieć o trudnym problemie, z którym musiała się Pani uporać.”
To właściwie jest sprawdzian tego, jak dobrze umiemy wciskać bajki. No bo co? Powiem, że moją wadą jest to, że wynoszę z roboty gumki i ołówki? Przyznam się?Czy może wyznam, że nienawidzę mojego zawodu, a powodem, dla którego ciągle w nim tkwię jest mój „brak elastyczności i umiejętności dostosowania do nowych sytuacji”?A może wyznam, że moje dotychczasowe szefostwo mnie nie lubi, uważa za mało ważny trybik, pomija przy awansach i nie daje podwyżek, bo mam małe dziecko i kiedy ono choruje, to ja też? JASNE.Będę błyszczeć jak brylancik oszlifowany i używać słów „kreatywna”, „elastyczna”, „nowe wyzwania”, „samorealizacja”, „kariera”, „aktywnie” i „warunki płacowe”. I tylko problem w tym, że to nie ja będę, tylko jakieś zombie powtarzające to, co TRZEBA.
Ale: nie taki diabeł straszny. Moja rozmowa była w zasadzie przyjemna i żadne z tych dziwnych, pokręconych pytań nie padło. Była rzeczowa, konkretna, w miłej atmosferze.
Tylko, że jeszcze nie zadzwonili.

W między czasie byłam na rozmowie w firmie head-hunterskiej, a potem w korporacji, w której miałam pracować. Wszystko odbyło się miło i sympatycznie, w sumie bez masy jakiś głupich pytań i niepotrzebnego zadęcia. Naprawdę byłam zadowolona, a nie pisałam o tym, bo przecież nie mogłam zapeszyć 😉 W korporacji powiedziano mi, że zajście w ciążę to nie jest żaden problem, a kiedy – zanim jeszcze poszłam do tej pracy pierwszy raz – powiedziałam, że jestem w ciaży, nikt nie kazał mi spadać, ale wręcz przeciwnie – powiedzieli, że może coś się znajdzie na innym stanowisku (poprzednie wiązało się z co najmniej dwumiesięcznym wyjazdem). No, ale potem poroniłam i cała ta historia jest już w poniższych wpisach.

02 marca 2009
Żywot farciary i żal.

Dobry wieczór.Mam sporo szczęścia – jestem już w domu, ciąża pozamaciczna pozostała w sferze podejrzeń. I całe szczęście. W Nowej Pracy (o której jeszcze napiszę, ale nie dziś) zrozumieli, że nie mogłam przyjść pierwszego dnia na oficjalne rozpoczęcie i bez żadnej łaski powiedzieli, że mogę przyjść jutro. To miłe i budujące. Nawet nie umieram na zawał przed tym pierwszym dniem, a podejrzewałam, że to może się zdarzyć.

03 marca 2009
Śmierć idealistki.

Dzień dobry.
W nocy kiepsko spałam – denerwowałam się chyba pójściem do pracy, która oficjalnie zaczęła się wczoraj, ale ja miałam w tym czasie badanie usg w szpitalu. Jak napisałam wczoraj, ludzie z Nowej Pracy powiedzieli, że mogę przyjść ten jeden dzień później.
Rano wstałam, skontrolowałam gardło Stalkera, które okazało się być czerwone i zapadła decyzja, że zamiast do szkoły pójdzie do lekarza, więc miałam więcej czasu, żeby się przygotować nie musząc go odprowadzać.
Spakowałam herbatę, kawę, cukier, kubek, dokumenty, nawet śniadanie i dwa jabłka, po czym wsiadłam w tramwaj i przez zamglone miasto pojechałam do Nowej Pracy.

Nie dostałam Nowej Pracy – już na miejscu okazało się, że mój stan zdrowia („poronienie całkowite”) nie predestynuje mnie do wyjazdu na szkolenie do Francji, bo przecież dzień przed owym wyjazdem mogę zadzwonić, powiedzieć, że źle się czuję i nie pojechać. No bo jak było z tym szpitalem? Przecież nie przyszłam Pierwszego Dnia do pracy.
Szczerze mówiąc nawet o tym nie myślałam – jeśli jest nawet małe prawdopodobieństwo krwotoku do brzucha i utraty jajnika, coś takiego jak Pierwszy Dzień w Nowej Pracy przestaje się liczyć. Mimo tego napisałam do Nowej Pracy maila informując, jaka jest moja sytuacja, zadzwoniłam przed i po badaniach, powiedziałam, że wszystko jest ok.
Wcześniej też byłam głupia i naiwna, choć mnie przed tym ostrzegano – napisałam, że prawdopodobnie jestem w ciąży. Dostałam bardzo miłego maila, że szczerość się liczy, że jestem godna zaufania. I teraz wyszło, że kręcę – jestem w ciąży, nie jestem, ląduję w szpitalu.

Na poziomie lodowatej racjonalności rozumiem tą decyzję, ale emocjonalnie to kop.
Odbieram to trochę jako karę za to, co przeszłam i za to, że uczciwie o tym informowałam. Trzeba być suczą suką, a nie bawić się w pisanie szczerych maili w nadziei, że ktoś to doceni. Teoretycznie dano mi – za co powinnam być ogromnie wdzięczna – trzecią (?) szansę – gdzieś w kwietniu, pod koniec, może mnie przyjmą, do tego czasu mam się relaksować, badać (ciekawe skąd mam wziąć ubezpieczenie? Będę musiała zarejestrować się jako bezrobotna) i czytać książki, skoro tak to lubię (w końcu – jestem szczęściarą, że mam jeszcze tyle wolnego i mogę sobie poczytać). W sumie, przez cały okres bezrobocia nie przeczytałam ani jednej książki, teraz mam nieprawdopodobną szansę nadrobić te zaległości, hmmm.

Chciałam tej pracy, choć mijała się z moimi marzeniami, ale przecież „(…) kobieta, która chce uprawiać literaturę, musi mieć pieniądze i własny pokój.” (Virginia Woolf, „Własny pokój), a ja miałam na to szanse tylko pod warunkiem, że dostałabym tę pracę.
Chciałam się starć i uczyć, także po to, żeby mieć czym zająć głowę w tym trudnym dla mnie czasie. Naprawdę chciałam być uczciwym i pracowitym pracownikiem, który przykłada się do tego, co robi. Nowa Praca na początku wzbudziła bardzo dobre uczucia – rozmowy kwalifikacyjne bez zadęcia, dobre warunki, rzekome docenienie mojej szczerości. Jak to Owca napisała, kiedy powiedziałam jej, że odpowiedź na mojego maila o ciąży była przemiła – „takie zachowania jak twoje i takie odpowiedzi jak Nowej Pracy pokazują, że może nie jest jeszcze tak tragicznie na tym świecie.” No tak. To nasze frajerstwo życiowe.

Bardziej optymistycznie patrząc, chwilę po tym, jak się popłakałam i załamałam, już wtedy, kiedy udało mi się wzniecić w sobie gniew na świat – jest we mnie coś, czego ta sytuacja w ogóle nie dotknęła; rdzeń mojej osobowości po którym to wszystko spływa; duma, której Nowa Praca nie złamie. Właśnie tam dzień dzisiejszy nawet nie dotarł. Jestem twarda, nie wpadnę w depresję, nic z tych głupich rzeczy. Ludzie nie wyprowadzą mnie w ten sposób z równowagi, chociaż może to tak wyglądać. Myślę, że właśnie ta odporność psychiczna uczyniłaby ze mnie dobrego pracownika – są w końcu rzeczy na tym świecie, które trzeba przeżyć i przeboleć, a kupa faktur do zrobienia jest przy nich czymś lekkim jak piórko. Mam w sobie tak dużo miłości, którą kochani rodzice i kochani dziadkowie i Owca obdarzyli mnie za dziecięcych lat i tak dużo miłości, którą obdarzają mnie nadal, od paru lat razem z Big B, że takie akcje przejdą do pomroku dziejów.

Dziś jednak dzień podziękowań za pozbawianie ludzi złudzeń, za pokazanie, jak należy postępować, żeby dostać pracę. Powinnam łgać jak cham i tyle. Potłuc lustra w domu, żeby czasem nie natknąć własną twarz i łgać od początku do końca. Za moją szczerość dostałam być może tę trzecią szansę (pierwsza była chyba wtedy, kiedy napisałam, że jestem w ciąży; druga – kiedy napisałam, że nie jestem; trzecia jest pewnie teraz – tak sobie myślę, ale farciara ze mnie), tym razem już nieco błyszczącą od łaski. Bo ja powinnam być wdzięczna – to wszystko to troska o Nową Pracę i o mnie – właśnie w tej kolejności. Teraz mam czas na relaks, taki czas, żeby sobie przemyśleć, jak postępować na tym świecie, żeby z obiegu nie wypaść. Przemyślę to dobrze.

Przypomina mi się „Apollo 13” – kto został zdrowy, choć miał być chory i kto poleciał zdrowy, ale się pochorował. Cóż, nie jego wina.

Po tym wszystkim wyjechałam Na Wieś, do Big B i już tu zostanę, w roli bardzo dla mnie zaskakującej – sadowniczki.

pikfe

P.S. Jutro chyba jakieś refleksje o poszukiwaniu pracy.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Stary blog

Tagi: , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

2 komentarze w dniu “Kulturoznawca szuka pracy. Część druga.”

  1. Lisica Says:

    Nie jestem taka do końca pewna, czy taki piękny przykład ze mnie akurat, szczególnie jak weźmiesz pod uwagę moje regularne małe załamania nerwowe, które przeżywam 😉 Ale z pracą tak już jest – jak jej nie ma to człowiek czuje się mało wartościowy, a jak już jest to chciałby od niej odpocząć… No, ale narzekać nie wolno: jak to Lis mówi co niedzielę: ‚nie chce mi się iśc do pracy, ale bardzo sie cieszę, że ją mam’ 🙂

    • pikfe Says:

      Hm… ja myślę, że jednak piękny z Ciebie przykład. Taki test jest na to – pomyśl sobie, co by pomyślała o sobie Lisica sprzed lat czterech na przykład, gdyby jej powiedziano, kim jest Lisica teraz 🙂 Chyba byłaby dość zadowolona, co? 🙂 Chyba masa ludzi ma załamania nerwowe w pracy, tylko my się zawsze takimi rzeczami bardzo przejmujemy, a większość populacji ma to po prostu w dupie.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: