Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

Dzień dobry.

I znów parę rzeczy dodanych.

Tęsknota za górami nie maleje.

25 lutego 2009
Zakopane w lutym. Część druga i ostatnia.

zień dobry.
Zgodnie z zapowiedzią – Zakopanego ciąg dalszy.

W ten zimowy czas, dziewiątego lutego, postanowiliśmy wybrać się – także znaną już trasą – do Murowańca z Kuźnic przez Skupniów Upłaz. Wywiązała się ciekawa dyskusja na temat naszego górskiego wyglądu – Big B uznał, że musimy odświeżyć nasze górskie szafy po tym, jak założyłam moją śliczną pelerynę – reklamówkę banku 😉

Ech, ja lubię moje mało nowoczesne i może trochę obciachowe górskie ciuchy. Granatową puchową kurtkę, która przemaka (stąd peleryna), ale jest bardzo ciepła i lekka (podobno wyglądam w niej jak bomba); dwa swetry noszone do kompletu, jeden ciepły, a drugi nieprzewiewny; kilkunastoletnie buty, które przeciekają jak sandały, ale upieram się przy nich, bo są bardzo, bardzo wygodne; coś, co jest czapką, ale można to nazwać czaposkarpetą; czerwone spodnie już wyrzuciłam! Big B miał za to starą kurtkę narciarską, poprzecieraną na rękawach i wiekowy plecaczek, który się rozsypuje.
Ludzie – w pięknych zimowych spodniach, z eleganckimi plecakami, w twarzowych czapkach, wszystko dobrane pod kolor – przyglądali się nam badawczo, a może nawet z rozbawieniem i w końcu się złamaliśmy, a raczej złamał mnie Big B oraz peleryna, która rozdarła się na pół, kiedy próbowałam zdjąć ją przed schroniskiem. Od czasu do czasu kupimy jakąś rzecz w góry. Buty dla mnie, kurtkę dla Big B, plecak – to na początek.

Szliśmy sobie z Kuźnic powoli, nie śpiesząc się nigdzie. Bo i po co? Nie zawsze można takie widoki podziwiać.

I tak sobie szliśmy w śniegu rozważając co bardziej oldskulowe elementy naszych strojów, aż na Upłazie weszliśmy w chmurę.

Spodziewaliśmy się oczywiście śniegu, a nawet mnóstwa śniegu, ale to, co spotkaliśmy na drodze przeszło nasze oczekiwania. Zrobiło się jak na pustyni, poczuliśmy się jak na planecie Hoth. Normalnie Luke i Han 😉

Mniej więcej w centrum widać cień kijaszka znaczącego szlak.

W głębi prawdopodobnie Kopieniec.

Big B na planecie Hoth.

W głębi prawdopodobnie Giewont.

Malownicza kosówka.

Trawki na Przełęczy między Kopami.

Szło się cudownie, choć mnie męczyły się oczy od nadmiaru świeżego śniegu, który razie światłem odbitym od słońca, które ukryte było za grubą warstwą chmur na górze i trochę cieńszą na dole, tuż koło nas. Kiedy dochodziliśmy do schroniska, zaczęło się trochę przejaśniać.

Przejaśniło się całkiem bez sensu, ale przynajmniej mieliśmy możliwość obejrzenia drogi w chmurze i drogi bez chmury. Każda ma swoje zalety.

Wracaliśmy spokojnie i całkiem samotnie Doliną Jaworzynki, gdzie znów toczyliśmy dyskusje mądrzejsze oraz dyskusje głupsze. Takie rozmowy pokazują mi zawsze jedno – jak bardzo, mimo wszystko, mimo całej miłości, prób wzajemnego zrozumienia, gotowości na kompromisy, chęci współpracy – jesteśmy zapatrzeni w siebie, w swój własny punkcik na horyzoncie, zanurzeni w wychowaniu, kompleksach, narzuconych doświadczeniach, własnych przemyśleniach, wizji świata i światopoglądzie i jak to  wszystko jest czasem dla drugiej osoby kompletnie niezrozumiałe i jak bardzo trzeba się starać, żeby zrozumieć, że coś jest niezrozumiałe. Czasem jednak pojawia się światełko nadziei. Nam pojawiło się w Dolinie Jaworzynki.

Ogólnie było pięknie.

Ostatniego dnia spełniło się moje małe górskie marzenie – wreszcie poszliśmy do Morskiego Oka. Byłam tam oczywiście w dzieciństwie, ale jeszcze nie złożyło się,żebyśmy poszli tam razem z Big B, a ja bardzo, bardzo chciałam.
Spakowani wieczorem rano zaliczyliśmy małe opóźnienie, kiedy okazało się, że zamarzła klapa od bagażnika i część rzeczy musimy pakować z kabiny…
Udało nam się jednak dotrzeć do Palenicy koło wpół do dziewiątej, kiedy jeszcze praktycznie nikogo tam nie było. Pogoda była piękna, a wkrótce takie widoki zachęciły nas jeszcze bardziej do spaceru.

Świeciło słońce, było ciepło i pięknie, aż nagle powiał wiatr i przyszła zawierucha z drzew – coś strasznego! Śnieg wciska się wszędzie – za kołnierz, do kieszeni, nie wspominając już o tym, co działo się z moimi okularami. Było bardzo śmiesznie.

Zawierucha wyłania się podstępnie z za zakrętu.

Big B i pikfe polecają drogę nad Morskie Oko zimą – nie ma zbyt wielu ludzi (pod warunkiem, że przyjedzie się wcześnie; kiedy wracaliśmy, tak mniej więcej około południa – dzikie tłumy szły i dzikie tłumy wjeżdżały saniami), wstrętna asfaltowa droga ukryta jest pod śniegiem, więc w dużo mniejszym stopniu odczuwa się to, że nie jest się na prawdziwym spacerze w górach.
Zdarzyło się nam – dzięki Zawieruchom oczywiście – zobaczyć Elfi Las.

Dość szybko doszliśmy do Wodogrzmotów, które nigdy nie wzbudzały we mnie nadmiernie pozytywnych uczuć, pewnie z powodu asfaltu i przerdzewiałych metalowych barierek, ale akurat tamtego dnia wyglądały naprawdę ładnie.

Szło się bardzo dobrze, ale na popasie okazało się, że Big B zapomniał posłodzić herbaty. Teoretycznie to zdrowo, ale w praktyce – masakra! On oczywiście palił, ja rzuciłam jakiś miesiąc temu (o czym tu nie pisałam, ale napiszę) i trochę mnie denerwowało, że on pali – bo pali; bo śmierdzi; bo czekam, aż wypali. I jeszcze ta gorzka herbata! Ale drogę mieliśmy piękną.

Trudno to co prawda nazwać chodzeniem po górach – kontakt z dziką przyrodą z za barierek, starannie ustawionych i wyślizganych przez setki tysięcy rąk. Szczerze? Nie wyobrażam sobie tej drogi latem, tak koło południa, i nawet nie chcę sobie wyobrażać. I tak dobrze, że nie ma schodów ruchomych.

Idąc tak Żlebem Żandarmerii rozmyślaliśmy o stokach Opalonego, z których schodzą ogromne lawiny: „jest to (…) największe lawinisko polskiej części Tatr, a las zastępuje tu kosodrzewina. Również i w dalszej części doliny płaszcz leśny podarty jest przez lawiny na pasy i strzępy.” (Józef Nyka, „Tatry Polskie”, 1992, wyd. VII). Na szczęście był drugi stopień zagrożenia lawinowego, więc spokojnie przeszliśmy.
Zachwyceni widokami doszliśmy w końcu do prawie pustego schroniska.

Okazało się, że nad Morskim Okiem wieje STRASZNIE! Trudno było ustać – trzeba było myśleć o tym, że chce się stać, a nie zostać przewróconym przez wiatr, jeśli wiecie, o co mi chodzi. A wyjść na zewnątrz musieliśmy – dla widoków.

I dla filmiku – słychać, że wiało strasznie. Filmik jest nudny, w dodatku z dziwaczną pointą…

Momentami, kiedy na górze musiało wiać bardzo mocno, tumany zwiewanego na dół śniegu wyglądały jak ogromne lawiny, spadające na sam dół, do zmarzniętego Morskiego Oka, gdzie znów wiatr poganiał śniegowe dymki po płaskiej powierzchni zamarzniętego jeziora. Można było stać (i trzeba się było na ustaniu skoncentrować) i patrzeć. Stać i patrzeć. I nic poza tym, a i tak nie można się było napatrzeć.

Mnich.

Kiedy tłum przed i w schronisku zaczął niebezpiecznie gęstnieć, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać, choć powrót był to ze wszech miar smutny – do samochodu i z samochodu już nie na kwatery, ale do domu.
Kiedy człowiek jest dzieckiem, to każą mu wyjeżdżać, co jest smutne, ale do zniesienia. Jak już jest dorosłym, to sam musi sobie kazać, co jest i smutne i bardzo trudne do zniesienia. Ostatnie spojrzenie za siebie i pa.


Aż mi się przykro zrobiło, że mnie tam nie ma.

pikfe

Advertisements
Explore posts in the same categories: Gdzieś dalej, Stary blog, Tatry, Tatry

Tagi: , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: