Archiwum dla Grudzień 2009

Życzenia dla Was.

24 grudnia, 2009

Dzień dobry.

pikfe życzy

z okazji Świąt

przede wszystkim zdrowia

zaraz potem szczęścia

zaufania do drugiej połówki

i przyjaciół

kochającej i wspierającej rodziny

pogody w weekendy

odnalezienia i pielęgnowania

swojej pasji

trochę ekstra kasy

zawsze się przyda

mniej stresu

więcej uśmiechu i dystansu

do rzeczywistości

Wesołych Świąt

pikfe

pikfe kiedyś.

22 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Skończyły się koty co wtorek z mojego starego bloga, więc od dziś – jeszcze parę wpisów, które lubię i koniec eksploatowania tego, co już kiedyś napisałam.

Ze dwa razy chyba poprosiłam bliskie mi osoby albo też osoby, które z różnych powodów cenię, żeby opublikowały coś na moim blogu podczas mojej nieobecności. I choć było tych osób całkiem sporo, to wpisy zdarzyły się tylko dwa razy. Za pierwszym razem zdecydowała się Lisica, za drugim Owca. Dziś wpis Lisicy, który do tej pory mnie bawi 🙂 Owca – za tydzień.

10 lutego 2009
Złote Myśli Pikfe
Moja przyjaźń z Pikfe trwa już kilka ładnych lat, podczas których miałyśmy często okazję pisać do siebie listy. Pole mam dosyć ograniczone ze wzgledu na brak uprzedniej zgody autorki na opublikowanie niniejszych, ale mam nadzieję, że jeszcze jakiś list dostanę…

Oto próbka twórczości Pikfe z lat wczesnych 🙂

26.06.2005
(…) G., Ty też jesteś maniaczką, ale pozostałaś przy normalnych strukturach umysłu(…)
To jeden z największych komplementów, jakie w życiu otrzymałam 🙂

29.11.2006
(…) To dziwne, ale on się wcale nade mną nie użala. Czasem to trochę straszne, ale w gruncie rzeczy pozytywne, chociaż czasem trochę denerwujące. Ostatnio nawet o tym rozmawialiśmy i Big B. zwrócił na to uwagę mówiąc: „oj kochanie, ty pewnie chciałabyś, żebym ja więcej się nad tobą poużalał”…)
Przyznam szczerze, że ja do tej pory tak myślę o swoim związku…

15.12.2006
(…) Objadałam się bardzo śniadaniami w hotelu – był szwedzki stół:). Zjadałam jajko, bagietkę z białym serem, dwa tosty z dżemem, jogurt waniliowy, croissanta (albo dwa). Jakoś nie mogłam się powstrzymać (…)
Pikfe we wcieleniu „upodobanie szczegółu”

07.01.2007
(…) Te same problemy po prostu – pewna aspołeczność, chęć robienia CZEGOŚ i konieczność robienia niekoniecznie tego, czego by się najbardziej chciało, niechęć do wydzwaniania, proszenia i załatwiania, a jednocześnie – mimo wszystko! – głębokie przeświadczenie, że inaczej się nie da i – mimo tego! – brak samozaparcia, zdecydowania, wytrwałości, ciągle tylko jakieś boczne ścieżki, chwilowe zainteresowania, które czynią CEL (którego nawet nie umiemy określić) jeszcze bardziej mglistym i rozmazanym. (…)
Lubię bardzo ten fragment, to taka diagnoza nas sprzed dwóch lat. Miło jest wiedzieć, że choć odrobinkę więcej tego zdecydowania w nas dzisiaj…(Nawet jeśli Pikfe twierdzi inaczej 🙂

Więcej na razie nie będzie – czekam na opinię autorki. Kiedy czytałam te listy aż mi się łezka w oku zakręciła. Pikfe, jesteś cudowną przyjaciółką.

Wracaj do nas szybko!

Lisy

I wyjątkowo komentarz, jako, że Lisica prosiła o opinię 🙂

Ty też jesteś cudowną przyjaciółką, ale nie wiem, czy mogę podtrzymać normalne struktury umysłu po tym, jak opisałaś mnie w umiłowaniu do szczegółu 🙂
~pikfe, 2009-02-11 16:36

pikfe

Podłoga w naszym domku ułożona :)

21 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Ułożona, co nie znaczy, że skończona, ale i tak jesteśmy zachwyceni 🙂 Big B w naszej przyszłej sypialni, tej z widokiem na skrzyniopalety.

Przyszły pokój dziecinny, na razie gościnny, z fantastycznym widokiem na ścianę chłodni. Stąd ta biała poświata bije po oczach.

I jeszcze piętro na przestrzał. Jeszcze bez drzwi, ale już czekają.

Piętro fajne, ale na razie nie będziemy z niego zbyt dużo korzystać, a to dlatego, że mamy zbyt mało mebli i schodów brak 🙂 Zamieszkamy na dole i tylko ciuchy i wannę trzymamy na górze, a z czasem wszystko się skompletuje. Obecna przewidywana data przeprowadzki – koło 20. stycznia, więc już naprawdę niedługo.

I jeszcze domek z zewnątrz, zimową porą.

Radość wielka, tylko tyle mogę Wam powiedzieć.

pikfe

Pamiętnik kota Rincewinda i kotki Esme. Część druga.

20 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś znów koci pamiętnik.

11. października 2008

SADŁO i LIZUSOSTWO, oto co mam do powiedzenia o tym przeklętym Rincewindzie.

Ale ta pikfe mogłaby być gorsza. Przynajmniej nas nie głodzi jak… jak… tamci…

12. października 2008

Pikfe jest chora. Biedna. Leżymy z nią w łóżku, żeby było jej ciepło i miło.

13. października 2008

Ta biedna pikfe nadal jest chora. Jest miła, pamięta, żebyśmy nie byli głodni (może nawet inaczej – wreszcie ktoś pamięta, żebyśmy ciągle byli najedzeni!), żeby w kuwetach było czysto, żeby woda była czysta, bawi sie z nami i nas głaszcze. Leżymy z nią w łóżku, żeby było jej ciepło i żeby wiedziała, że jej współczujemy.

14. października 2008

Biedna, nawet nigdzie dziś nie poszła. Chyba nie zabraknie dla nas jedzenia, bo ona nie będzie mogła iść do sklepu?! Wylizałem miskę po jogurcie, kiedy nie patrzyła, a w nocy zarżnęliśmy z Esme ręcznik papierowy. Ale był ubaw! Esme trochę się bała, że pikfe wstanie i zacznie wrzeszczeć, jak czasem Sybiraki w środku nocy, ale powiedziałem, że pikfe NA PEWNO nie wstanie. Nie wstała, tylko rano coś tam pomarudziła. Zabawna jest.

15. października 2008

Pikfe jest chora i nigdzie dziś nie wyszła. Znowu. ma to swoje plusy, bo cały dzień jest z nami i mamy stały dopływ jedzenia. Chyba już nigdy nie będziemy głodne, dwa szczęśliwe i syte koty.

Ta osoba, pikfe, jest bardzo spokojna. Siedzi w łóżku i czyta, a drugą ręką nas głaszcze. Trochę podżarłam jej torbę, a nawet nie wrzeszczała. Nie wiem, co Sybiraczka by ze mną zrobiła, może nową torbę? Rincewind bawił się z nią w „uha!robię z ciebie idiotę!” i pikfe świetnie się bawiła. Co chwila wyskakiwała zza murku i udawała, że łapie Rincewinda. On uciekał, chował się, ona się kładła, więc on znowu wyłaził, a ona znowu dawała się nabrać i wyskakiwała. Z uśmiechem na twarzy, chyba nie muszę dodawać. Pod koniec to już żal było patrzeć.

16. października 2008

Dzisiaj Rincewind wściekł się na pikfe, bo trzymała moją stronę! zagroził, że zawezwie Sybiraków, ale powiedziałam, że jeszcze zesłaby na nich jaka lawinę i nigdy by nie wrócili, co zamknęło mu ten obtłuszczony ryjek.

Jak zwykle Rincewind ułożył swoje tłuste cielsko na kaloryferze, sadełko ładnie spływało bokami. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak długo on się musi tam mościć, żeby złapać wreszcie równowagę między jedną obtłuszczoną stroną a drugą. Pikfe leżała w łóżku i spokojnie się temu przyglądała, a ja wskoczyłam na taboret, który stoi obok kaloryfera i spokojnie czekałam, aż gruby kocur wygodnie się ułoży. I kiedy to juz się stało, zaczęłam robić to, co wkurza go najbardziej – gryźć go w jajka. I pikfe nie zaregowała, śmiała się! Rincewind warczał i wściekał się, ale żal mu było ruszyć cielsko, więc znosił obgryzanie przez pewnien czas. A pikfe przyglądała się i śmiała z furii tego spaśloka.

Jakby pikfe była facetem, to by się do cholery nie śmiała! Bardzo śmieszne. Obydwie są na poziomie umysłowym rybki akwariowej. Rincewind.

17.października 2008

W nocy zarżnąłem kolejny ręcznik papierowy. Mieszkanie było białe. Pewnie pikfe nie bawiła się tak dobrze jak wczoraj, kiedy sprzątała papier pociety prawdziwą kocią furią.

Może się Rincewind unosić emfatycznie, ale przecież wiecie, jak długo powstrzymywał się od jedzenia 🙂 W ogóle. I myślicie, że nie łasił się o więcej?Wypisywać cuda na kiju to każdy potrafi, ale nie każdy zna znaczenie słowa „konsekwencja”.

Bo ty akurat znasz, głupia Esme. Rincewind.

Znam, Rincewind, znam. Esme.

18. października 2008

19. października 2008

O nie! Pikfe pakuje walizki! Czyżby kotogłody mieli wrócić?! Trzeba się najeść do oporu!

O nie!!! Kotogłody wróciły! A jak się cieszą, że nas widzą! I wiecie, szczyt bezczelności, podobno pikfe dawała nam jeść ponad normę. No, my mamy w tej sprawie diametralnie inne zdanie. Dobra norma jest wtedy, kiedy koteczek jest szczęśliwy, bo wtedy i jego tak zwany właściciel – bo przecież wiadomo, że w rzeczywistości jest na odwrót – jest wyspany, szczęśliwy i nie ma na głowie zrzędzącego kota. Albo dwóch.

Ale skoro Sybiraki wybierają dla nas drogę głodu, to dla siebie – drogę cierpienia!

Pikfe! Wróć!

kocur Rincewind&kotka Esmeralda

przy małym współudziale pikfe

Pamiętnik kota Rincewinda i kotki Esme. Część pierwsza.

19 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Na dziś coś specjalnego.

4. października 2008

Jakoś dziwnie się zachowują… I spakowali walizki… Sybiraczka ciągle do kogoś dzwoni i szaleje. Jednak lepiej być kotem.

Oczywiście znowu nas zostawili! Pewnie jak zwykle wrócą pijani i rano będą jęczeć z bólu. Naprawdę lepiej jest być kotem.

Nie przyszli pijani! Wcale nie przyszli! Są za to jacyś inni!! Rincewind oczywiście – ta sprzedajna kupa tłuszczu – już się łasi, ale mnie nawet nie zobaczą! Schowałam się pod szafkami w kuchni i nie wyjdę stąd dopóki nie wróci ukochana Sybiraczka i ukochany Sybirak! Nie będę nawet jadła!

5. października 2008

Wrócili. Na szczęście. Nie lubimy innych. Esme może mówić, że jestem sprzedajny, ale jeść trzeba. Tłuszcz grzeje, a koty lubią ciepło. Ci nowi dają dużo jeść, nie mogłem nawet zjeść wszystkiego. Zresztą w nocy Esme podżerała z mojej miski! To są zasady przez małe „z”.

6. października 2008

Wzięli walizki i wyszli! Dramat! Czy oni myślą, że koty nie wiedzą co to znaczy!?

W domu są jakieś inne rzeczy, jakieś inne zapachy. To tych, co tu byli. Mam nadzieję, że ta wstrętna baba nie wróci!

Esme znowu siedzi pod szafką. Ona naprawdę jest zdziwaczała. Ja jestem elastyczny i z łatwością dostosowuję się do nowych warunków. Mam pełną miskę, ta „baba” zabiega o moje względy i drapie mnie po brzuchu. Dobrze, że nie jestem człowiekiem i nie muszę zabiegać o względy kota. To nie licuje.

Sybiraczko! Sybiraku! Gdzie jesteście?! Czy mam umrzeć z tęsknoty pod szafkami w kuchni patrząc jak Rincewind pławi się w obżarstwie i pieszczotach?! Niech go pies pożre! Tęsknię!

7. października 2008

Jadłem dziś kiełbaskę. Niezła. Ta pani ma na imię pikfe i jest miękka jak brzuch tej głupiej Esme. Wystarczy na nią spojrzeć, a ona od razu „Co, kotku? Smutno ci? Nie martw się, Sybiraki wrócą. Pewnie tęsknisz?” Akurat. Myślę o tej kiełbasie, którą ona je, więc w nadziei otrzymania od życia tego, co mi się należy, ocieram się o ramie pikfe i wymownie patrzę na kiełbasę. Pikfe pojęła. Jem kiełbasę.

Esme się nie odzywa, po tym jak powiedziałem, że jadłem kiełbasę z ręki pikfe. Wyzwała mnie od podłych zdrajców, którzy myślą sadłem. Jednak jest jakaś dziwna.

8. października 2008

Wyszłam spod szafek i chowam się za żaluzjami. Obserwuję tę dziwną osobę, a Rincewind posunął się już nawet do tego, że wychodzi jej na powitanie! I jadł jej z ręki! Znowu! Jakie to było obrzydliwe! Sprzedawczyk jeden. Sybiraczko! Sybiraku! Czemu mnie zostawiliście?!

9. października

Pikfe mówiła komuś, że jestem jak pustak. Ciekawa metafora. Postanowiłem odzyskać swoje łóżko i twardo broniłem swojego miejsca, a preferuję obronność bierną i permanentną, ale żeby od razu porównywać mnie do pustaka? Dobrze, że nie beton. Szczerze mówiąc to raczej ona jest betonem. Pół nocy stałem nad nią i darłem japę, a ona spała. Irytujące.

10. października 2008

Rano Esme weszła do sypialni i posyłając mi piorunujące spojrzenie wskoczyła na deskę do prasowania. Moim zdaniem patrzyła z zazdrością, ale przecież nigdy się do tego nie przyzna. Poza tym – o czym w swojej podłej hipokryzji nie pisze – od dwóch dni je z miski i uwierzcie mi, o wiele więcej niż tyle, żeby tylko przeżyć. Honor i godność pisane z małych liter, oto cała Esmeralda!

cdn.

kocur Rincewind&kotka Esmeralda

przy małym udziale pikfe

Zimowe pory Na Wsi.

18 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Nooo, spadło trochę tego śniegu, ale nie jest to ilość, która mnie zadowala. Chciałabym, żeby tak porządnie sypnęło, żeby przysypało Wieś, żeby śnieg wszystko przykrył, a nie tylko lekko nakrył.

Lepsze to oczywiście niż ostatnie mgły, ale pozostaje pewien niedosyt. Jakby tylko przystawka do głównego dania. Pamiętacie, jak kiedyś napadało w Sylwestra? To by było dobre 🙂

Wiecie, co mi się marzy? Ze dwa dni padania śniegu, ale nie tych drobinek, które lecą z nieba, tylko porządnych, dużych płatków, potem mróz i słońce, taka prawdziwa mroźna, zimowa, słoneczna Wigilia.

Do tego marzy mi się, żebyśmy siedzieli w naszym domku i patrzyli przez okno, jak sypie śnieg, a koty leżały obok nas i mruczały przez sen. Kocyk, herbatka, cisza i spokój.

Nie miałabym też nic przeciwko temu, żeby być teraz w Zakopanem, ale tym razem to szczęście przypadło Ani Nowakowskiej.

I dobrze, czasem można się Tatrami z kimś podzielić 😉 Pięknie, pięknie jak zawsze.

fot. Krzysztof Nowakowski

Pomimo okropnych zapowiedzi (plusowe temperatury! deszcz!) ja nadal mam nadzieję na prawdziwą zimę. Co prawda niewiele osób podziela moje pragnienie, ale trudno, w tej kwestii pozostaję outsiderką, odkąd mieszkam Na Wsi.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część szósta.

17 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś kolejna historia o kotach, tym razem prawie wcale nie moich, choć jestem pewna, że Esme i Rincewind (tak, tak, zbieżność nie jest przypadkowa) wolałyby mnie 😉

(Sybiraki, którym wydaje się, że mają dwa koty – akurat jest całkiem odwrotnie, dwa koty mają Sybiraków – wściekają się teraz przed komputerami i szykują jakieś podłe komentarze. Ale i tak danie główne mam dla nich na jutro).

Spędziłam z kotami, które mają Sybiraków dwa tygodnie, w czasie których Sybiraki cieszyły się podróżą poślubną w pięknych Tatrach. Sybiraczka codziennie dopytywała się o swoich właścicieli, ale oni nie wyglądali na specjalnie zestresowanych faktem nagłego zniknięcia podopiecznych.  Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni / Gdy nie ma dzieci w domu – to jesteśmy niegrzeczni. No, ale byłam ja. Ja byłam dobra i nie głodziłam koteczków, które mogą jeść tylko jeden rodzaj suchej karmy (choć Esme lubi podobno wrąbać trochę niebieskiej karimaty), bo inaczej sensacje okrutne budzą Sybiraków po nocach. Koteczki dostają od Sybiraków jakieś śladowe ilości karmy i ja się wcale nie dziwię, że lecą do misek na złamanie karku. Też byśmy lecieli.

O karmienie kotów toczy się miedzy nami coś na kształt żartobliwego sporu – Sybiraki dają kotom przepisowe ilości jedzenia (albo tak mówią, bo koty i tak do szczuplaków nie należą), a ja przez okres, kiedy zajmowałam się Esme i Rincewindem – no cóż, raczej im nie żałowałam. Tak, trochę się pomyliłam, więc z lekka nieświadomie, ale jak oni mi potem powiedzili JAK MAŁO powinnam tym kotom dawać, to ja się dziwić przestałam, że koty budzą Sybiraków po nocach.

Byc może z powodu tej nieco większej dawki karmy niż zwykle koty przez te dwa tygodnie były grzeczne i kochane, nie budziły mnie po nocach, nie jęczały (z głodu!;) ), naprawdę słowem poskarżyć się nie mogę. Rincewind zapałał do mnie uczuciem od samego początku w zasadzie, a już drugiej nocy spał razem ze mną w łóżku. Esmeralda była nieco bardziej powściągliwa (siedziała pod szafkami w kuchni), ale w końcu i ona przekonała się do mnie.

Ręka moja, żeby nie było wątpliwości.

Esme i Rincewind są kotami rasowymi i niestety potwierdzają tezę, że kot rasowy intelektem nie dorównuje dachowcowi.

Rincewind staje nad świeczką. I stoi. Swąd palonego włosa rozchodzi się w powietrzu. Sybirak rzuca się z wrzaskiem na kota, żeby uratować go od samospalenia. Kot ucieka od tego wrzasku, nie od ognia.

Choinka. Stoi. Błyszczy. Sybiraczka twierdzi, że koty jej nie zauważyły. Prawie całe Święta.

Oto wciąż niespalony (ale nie kupujcie Sybirakom świeczek) Rincewind.

Rincewind jest sprzedajny (czyżby magia imion?!) – najbardziej kocha tych, którzy zarządzają jedzeniem.

Rincewind jest – oj, trzeba to przyznać – rozpuszczony jak jasna cholera 🙂 Jeśli Sybiraczka nie zawoła go do łóżka w stylu „Koteczku kochany, Rincewindku malutki, chodź i połóż się na mojej poduszce” kot może: drapać kanapę bardzo głośno (bo przecież nie chodzi o pazury, tylko oto, żeby oni nie spali, jak on nie śpi), walić łapami w kartony, walić w drzwi, walić w podłogę koło Sybiraczki głowy. Nie wiem, czy robił to, kiedy razem mieszkaliśmy, ale ja mam bardzo mocno sen i byle stuki-puki mnie nie obudzą.

Esme patrzy na Ciebie.

Esme jest kotem tchórzliwym – raczej ciężko jest liczyć, że zobaczy się ją przy pierwszej wizycie. To kot, który naprawdę nie lubi obcych. Lubi za to (choć teoretycznie nie może) wędzoną, hiszpańską, cieniutko pokrojoną wędlinę, która w cudowny sposób zniknęła z mojego talerza, a zaraz potem Esme zniknęła pod szafką. I obyło się bez sensacji. Może wędlina była podobna w smaku do karimaty? 😉

I jeszcze kawałek ze Starego Bloga, bo Esme i Rincewind pojawiają się nie po raz pierwszy.

13 czerwca 2009
Ech…
Dzień dobry.
Całej pogodzie winny kot Rincewind i kotka Esmeralda!
A było tak – osoby niesłusznie uważające się za właścicieli wyżej wymienionych kotów, czyli Sybiraki, postanowiły wyrwać się z Miasta na Wieś – na wieczór, na noc i na następny dzień, ale w którymś momencie radosnego dnia wśród sadów pojawił się w ich odrażających ludzkich umysłach podły plan, aby zostać na kolejną noc.

A koty? Same? Głodne? O nie, drodzy PAŃSTWO.

Esmeralda poczęła ważyć napar w kotle – wydobywały się z niego ciężkie, czarne chmury.
Rincewind otworzył balkon, ubrał białą szatę.
Wyszedł na balkon, stanął na tylnych łapach i ryknął jak Saruman zagarniając kłęby czarnych chmur, które Esmaralda pracowicie gotowała w swoim kotle.
Rincewind – Saruman stał i ryczał na balkonie, a chmury leciały i leciały, aż w końcu doleciały na Wieś i zmusiły tak zwanych właścicieli do powrotu w kocie pielesze.
Ilekroć Sybirak albo Sybiraczka napomknęli o tym, żeby może jednak zostać, wiatr się wzmagał, deszcz lał się strumieniami, a czarne chmury nadciągały bezlitośnie.

Cóż, przynajmniej wiemy czemu.

pikfe

5 in Łódź

16 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Coś ciekawego dzieje się w Łodzi, mieście szarych, brudnych kamienic i brutalnych morderstw oraz w ogóle plugastwa wszelakiego – tak przynajmniej można by wywnioskować z lektury prasy i wiadomości w Sieci.

Otóż, w Łodzi powstaje nowe centrum miasta i nawet nowy dworzec i ma też być szybka kolej i niektórzy będą jeździć do pracy nie dwie godziny, ale w 35 (słownie: trzydzieści pięć) minut pomykać do pracy w stolicy, to nawet szybciej niż niektórzy łodzianie do pracy w Łodzi. I nawet są firmowe jeansy EC1, takie cuda.

Ale ja nie o tym. W Łodzi powstaje bowiem Biblioteka 5 in Lodz, której idea jest taka, żeby zgromadzić po pięć książek, które zadecydowały o czyimś życiu. No, moim nie, do mnie nikt się nie zwrócił, ale zwrócono się na przykład do Vittorio Storaro, Yoko Ono czy Noama Chomsky’ego. O projekcie dowiedziałam się listopadowo-grudniowego Dziennika Kolejowego, z przedrukowanego z Polityki wywiadu z Andrzejem Walczakiem, który można przeczytać pod linkiem. Lepiej, żeby książki nie były nowe, ważne jest bowiem, żeby było widać ich związek z właścicielem – zagięcia, postrzępienia, notatki na marginesach, pewnie nawet przypadkowe zalanie herbatą.

Bardzo mi się ten pomysł spodobał, choć wybranie pięciu książek, które miały specjalne znaczenie w życiu jest zadaniem naprawdę karkołomnym. Bo przecież nie chodzi o te, które najbardziej się nam podobały, ale też w jakimś sensie każda przeczytana lektura coś w nas zmienia – poznajemy nowy punkt widzenia, inne ujęcie sprawy, inne problemy, nowe słowa, nowe style pisania. Nie wybrałam pięciu książek, które zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę. Wybrałam takie, które miały w moim życiu znaczenie – nadal je pamiętam, nadal stoją na półce, gdzieś tam leżą wypisane cytaty.

Wiecie, nie myślałam, że to jest takie trudne, głowiłam się dobrych parę dni, a nie jestem pewna, czy ten wybór jest właściwy.

Zapraszam jednocześnie do wybierania inne blogerki – Amabilis, Anię Nowakowską, Dobrawkę, Viktorię i Virginię79. Tylko jeśli macie czas i ochotę 🙂

1. Wiliam Faulkner, Światłość w sierpniu – po lekturze tej książki, już dawno temu, uznałam, że mam za mały talent, żeby zostać pisarką.

2. Ian McEwan, Na plaży w Chesil – paradoksalnie, ponieważ wcale nie jest to moja ulubiona książka McEwana, ale jest to jego pierwsza powieść, która przeczytałam i od tamtej pory mam kogoś, kogo mogę nazywać ulubionym pisarzem. Jestem absolutnie bezkrytyczna i biorę wszystko, co Ian McEwan napisze.

3. Grey Owl, Sejdżio i jej bobry – książka dla trochę starszych dzieci, z tak cudownie naiwną wizją świata, że nawet teraz płaczę, kiedy ją czytam. To chyba jedyna książka, nad którą płaczę. I lubię, kiedy Big B mówi do mnie boberku.

4. Alistair MacLean, Działa Nawarony – bo ile z was było przez jakieś długie miesiące Dusty’m Millerem, alianckim żołnierzem, zbereźnikiem i mistrzem sabotażu? I miało w swojej drużynie pułkownika Andreę Stavrosa i kapiatna Keitha Mallory’ego, wybitnego himalaistę? Ile z Was wspinało się w czasie burzy na pionowe urwisko, na szczycie którego czekali niemieccy żołnierze? Nic nie odbierze mi tych wspomnień.

5. I na koniec, nieco żartobliwie – Jamie Oliver w domu: przez gotowanie do lepszego życia. Dlaczego? Nie wiem, czy fakt, że w sumie polubiłam gotowanie – tak, tak, tylko dzięki książce Jamie’ego –  zmieni moje życie, ale wydaje mi się, że to coś znaczy. Tylko jest jeszcze za wcześnie, żeby powiedzieć co. Bo ja kiedyś naprawdę nie lubiłam gotować.

pikfe



Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

15 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Dziś już ostatni odcinek o kotach, przynajmniej ze Starego Bloga. Kotów do opisania zostało mi jeszcze całkiem sporo 🙂

12 maja 2009
Koty, które były i koty, które są. Część piąta.

Dzień dobry.
Dziś na smutną nutę, choć minęło już troszkę czasu.

Była sobie kiedyś kotka dzikuska – siedziała głównie za kanapą, emocjonalnie była raczej chłodna, a na rękach zachowywała się jak kot spetryfikowany i szukała tylko okazji do ucieczki. Próby uczynienia z niej kociaka przymilnego na nic się nie zdała, a może wręcz przeciwnie. To nie dziwne, koty w końcu znane są z tego, że wiedzą czego chcą.
Kotka na imię ma Dziewczynka, co nie jest może imieniem pierwszej urody. Teoretycznie jest kotem moim i Big B, ale nadal nie mamy jej gdzie trzymać, więc chyba już od roku mieszka z Owcą i jej przychówkiem – o którym niebawem.

Na początek zdjęcie, którego nie było, autorstwa AardvarKa. Owcy i Barana przychówek mniejszy i większy, mocno ze sobą spleciony.

Kotka zaszła w ciążę, pierwszą i urodziła pięć małych kociąt. Jak to zwykle u Owcy – wszystkie czarne jak węgiel. Kotki rosły i były takie, jak wszystkie małe kotki są – kochane.

Zdjęcia są robione komórką… więc musicie wierzyć mi na słowo, że nie są to małe myszy czy szczury.

Jak to u Owcy bywa pięć małych kotów rosło cudnie. Lubiłam wstawać rano, kiedy u nich nocowaliśmy, i przynosić wszystkie kociaki do łóżka – najpierw z lekka pełzały, a po jakimś czasie szalały przepięknie. Urosły i stały się takie:

Obok albo tata albo wuj.

Niestety – jeden kotek zachorował na panleukopenię, ukochana kotka Owcy. Bardzo się męczyła, a Owca nie chciała jej zostawiać pod kroplówką w lecznicy, nie było wiadomo, czy te dodatkowe męki uratują kota.
Wiecie, to był taki kot, który wszędzie za nimi łaził, zasypiał na ciele, przytulony do człowieka, najmniejszy, ale też najbardziej ciekawy świata. Ona pierwsza zaczęła gramolić się na zewnątrz z kartonu, podczas gdy jej rodzeństwo jadło i piło.
Smutno było na nią patrzeć, jak siedzi otępiała, wymiotuje, ma biegunkę. Kotka nikła w oczach, robiła się zimna, a weterynarze w zasadzie od początku nie dawali jej większych szans.
Cały czas miałam nadzieję, że uratują Gringa, ale wieczorem tamtego dnia Owca zadzwoniła z płaczem, że nie, że Gringo nie dała rady.
Nie wiem, czy to ona jest na tych zdjęciach.
Nadal bardzo mi jej żal. Miałaby świetny nowy dom i byłaby świetnym kotem.

I obowiązkowo nudne filmiki, z przychówkiem Owcy i Barana 🙂

pikfe

P.S. I wyjątkowo komentarz:

To Gringo jest na tych zdjęciach, na drugim jest razem z tatą – Maluchim.
~Baran i Owca, 2009-05-12 19:19

Jednak za mało.

14 grudnia, 2009

Dzień dobry.

Spadł śnieg, to prawda, ale za mało. Poza tym po południu prawie cały stopniał.

Co w sprawie pracy mojej poszukiwań już dawnych.

Generalnie – i to kieruję do wszystkich osób, które studiują takie kierunki, jak kulturoznawstwo – trzeba robić bardzo dużo. Ja bym tak teraz zrobiła – od pierwszego roku walczyć o jakieś staże (… tylko jakieś sensowne, może najlepiej z jednego klucza?), może coś opublikować, zaczepiać się przy festiwalach, konferencjach, gdziekolwiek i … zdobywać doświadczenie, a na czwartym roku, kiedy zajęć już mniej, najlepiej poszukać sobie jakiejś bardziej stałej roboty. Ja byłam głupia i nie myślałam o tym, co będę robić po studiach (tzn. myślałam – byłam pewna, że po prostu wyjadę do Francji i … tam się zobaczy, bo na początek to przecież au-pair), a potem byłam jeszcze głupsza i poszłam na jeszcze jedne głupie studia, na których skończenie zabrakło mi cierpliwości, co było jeszcze głupsze niż pójście na nie. Wniosek jest łatwy do przewidzenia i smutno – prosty: niestety nie mądrzałam z wiekiem, a może wręcz przeciwnie. Głupiałam. Nie popełniajcie moich błędów.

I druga rzecz – moim zdaniem humanista powinien mówić dobrze co najmniej w dwóch językach. Gdyby nie to – nie dostałabym pracy, którą potem straciłam przez poronienie całkowite. Nie były istotne moje studia, nie patrzyli też na brak doświadczenia – liczyło się to, że dogadam się po angielsku i po francusku. I naprawdę tylko to się liczyło.

No i w sprawie szukania pracy – ja nadal częściowo zgadzam się z tym, co pisałam. Wysyłanie cv&lm jest frustrujące, kiedy nikt na nie nie odpowiada; potencjalny pracownik (na bzdurne stanowisko, a nie jakiegoś tam… szefa banku) spowiada się w cv&lm pięć pokoleń wstecz, a często nawet nie wie, czy praca jest na jedną, dwie czy trzy zmiany. O pensji nie wspominam. Może jeśli pracodawcy piszą o „atrakcyjnym wynagrodzeniu”, to pracobiorcy powinni pisać „atrakcyjne wykształcenie”?

Ale – ja, szukając pracy, zrobiłam za mało. Zdecydowanie. Powinnam własnoręcznie roznosić te cholerne cv&lm, niepotrzebnie dałam się wówczas tak sfrustrować, a dałam się niestety mocno. Siedziałam w domu, a to jest złe rozwiązanie. Jest tyle możliwości – choćby wolontariat, byle tylko nie siedzieć w chałupie. Wydawało mi się, że nikt mnie nie docenia, a po pierwsze – ja nie doceniałam samej siebie (co chyba niestety nie zmieniło się za bardzo), a po drugie – że niby za co miał mnie docenić potencjalny pracodawca? Wewnetrznym okiem zobaczyć, że w domu siedzi skulona i bidna pikfe, rozczulić się swoim wrażliwym ja przyszłego pracodawcy i zastukać do drzwi z bukietem kwiatów i zaproszeniem na stanowisko zastępcy dyrektora?!

Jak to Owca ostatnio mądrze mi powiedziała – w ogóle dużo mądrych rzeczy gadała ostatnio ta Owca – trzeba jak najszybciej pogodzić się z faktem, że będzie się zaczynało od zera i walczyć o więcej, niekoniecznie jak szczur w koszulce lidera. I tyle.

Mądry Polak po szkodzie, cholera.

pikfe