Koty, które były i koty, które są. Część pierwsza.

Dzień dobry.

Dziś przypada dzień Starych Śmieci, zaczynam serię o kotach ze Starego Bloga. Druga – za tydzień.

21 stycznia 2009

Sporo już było w moim życiu kotów, moich, trochę moich i całkiem nie moich, które lubiłam i lubię i do których się przywiązałam. Można poświęcić im chwilę na blogu.

Zaszczytne pierwsze miejsce przypada Fredowi, od którego zaczęła się kocia historia.

(w tle wykańczana przez Freda kanapa)

Znalazłam Freda za przystankiem, leżał w kałuży wody i piszczał. Kiedy podeszłam, kocię podczołgało się do mnie i okazało się, że to po troszę kałuża krwi i kociej kupy. Miałam zostawić? Koteczka (bo to małe kocię było), który podczołguje się do wyciągniętej dłoni?

Zaniosłam do Sybiraczki, zadzwoniłam do mamy, dostałam ręcznik i torbę i zabrałam.
Mami umyła kota i okazało się, że kot ledwo zipie i nie chodzi, ale dostał imię, które zawdzięczał Owcy i jej szaleństwa na punkcie piłki nożnej i piłkarzy. Był Fred po Fredriku Ljunbergu, szwedzkim piłkarzu i wielkim ciachu 🙂
Okazało się, że Fred miał złamane obie tylne łapki (pewnie jakiś dowcipniś go kopnął), przez miesiąc prawie nie chodził, za to był bardzo barczysty, bo po kocach wspinał się na łóżka. Ozdrowiał w końcu, tylko bawić się nie umiał i walki odbywały się zawsze w grubych, skórzanych rękawicach ( z naszej strony)  i w prawdziwej furii (z jego). Bo bez rękawic to wyglądało potem jak teksańska masakra piłą mechaniczną.
Kot ten podbił zielone okolice naszej działki – kiedy przyjechał pierwszy raz, uciekł do domu i siedział w kącie, ale po dniach paru i nocnych rajdach wyległ na taras, rozejrzał się władczo i zaległ spokojnie na nagrzanych od słońca kaflach. Kotów białych teraz trochę tam hasa…
Nie lubił Panów – kolega zostawił otwarty namiot i już następnej nocy w nim nie spał. Zapaszek Freda odpędzał na kilometry.
Spryciarz (Fred, a nie zapaszek) zawsze wiedział, pod którym oknem drzeć mordkę, żeby go wpuścili (tak o czwartej, piątej rano) – jak Owca i ja byłyśmy – pod naszym, jak nas nie było – pod mami.
Wracał pokiereszowany, z rozwalonym nosem, z trzema milionami rzepów w sierści i właził pod kołdrę 🙂
Wykończyły go po trzech latach komplikacje po dzieciństwie – we wnętrzu coś nie zagoiło się tak, jak trzeba i biedny kot męczył się przed śmiercią.
Teraz już wiemy, że kiedy kotek szuka miejsca, żeby się schować i być samemu, a jest bardzo chory, to zdycha. I pewnego dnia Fred zdechł, a fajny to był kot i miał piękne, bursztynowe oczy.

pikfe (22:52)

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Koty, Stary blog

Tagi:

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

3 Komentarze w dniu “Koty, które były i koty, które są. Część pierwsza.”

  1. Dobrawka Says:

    Ja miałam Kacpra i Baltazara, oba czarne, przybłędy, niestety oba zmarły śmiercią tragiczną. A potem nastał czas czarnego psa, który do dziś niepodzielnie króluje w naszym ogródku.

  2. pikfe Says:

    Dużo jest niestety tych tragicznych śmierci kotów, ale jakoś trudno mi przywyknąć, choć niektórzy twierdzą, że – mieszkając na wsi – przywyknąć będę musiała.
    Ponadto – chciałabym mieć kota i psa, które żyłyby ze sobą w przyjaźni 🙂 Tobie nie brakuje kotka?

  3. Viktoria Says:

    🙂 wiesz co wzruszyłam się 🙂 i najważniejsze jest to, że w tak krótkim kocim życiu zaznał prawdziwej miłości człowieczej albo człowieka 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: