To była straszna sobota.

Dzień dobry.

Zwykle weekendy mamy spokojne – kino, jakieś spotkanie, zakupy, obiad z rodziną. Zwykle.

Zwykle się nie upijam, bo nie lubię alkoholu i w dodatku bardzo mi szkodzi. Zwykle.

Zwykle budzę się rano w niedzielę, nie gniję w łóżku. Zwykle.

Niestety, to nie był zwykły weekend.

Wybraliśmy się na drinka (tzn. ja, bo Big B prowadził) do Sybiraków, do tego mieszkania kawałek Za Krańcem Świata. Byli też Owca i Baran, więc rodzinnie i śmiesznie. Ja zawczasu zaopatrzyłam się w gin i tonik, więc wiele nie zwlekając, zrobiłam sobie pierwszego drinka.

Sybiraczka podała tiramisu, koty się o to tiramisu dopominały, coś tam leciało w TV, w sumie było śmiesznie.

No, potem Owca z Baranem wyszli, bo byli przeziębieni, a ja pognałam po drugiego drinka. Sybiraczka z kolei piła wino, Sybirak piwo, a Big B patrzył sobie, jak pijemy.

Trochę się upiliśmy i zaczęła się burzliwa dyskusja o Polańskim.

Trzeci gin.

I jakoś potem czwarty gin.

I podobno próbowałam zrobić Sybirakowi na głowie irokeza za pomocą pianki, wosku i czegoś do pryskania. I chciałyśmy z Sybiraczką (butla tego wina, co je zaczęła) oglądać tysiące zdjęć z Zakopanego. I w ogóle to chciałam nocować u Sybiraków. I Sybiraczka też chciała, żebym nocowała.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Droga do domu – ledwo. W domu – prawie nic, poza rzyganiem, ale raz-dwa i spanie.

Cóż.

Wchodząc do mieszkania w niezwykle radosnym nastroju pobudziłam Owcę i Barana i kiedy Owca wrzasnęła, żebym była cicho, podobno krzyknęłam radośnie, że „ona coś mówi!!!”

No, a potem Owca i Big B mieli ze mną ciężko. Wpadłam ponoć w jakieś stany lękowe, chciałam, żeby mi dali to, co „mają w karetkach” (chodziło o Pavulon), mówiłam, że mało mi tlenu, drętwiały mi rączki i to nie było raz-dwa rzyganie, tylko dwie godziny.

No, a niedzielę to już każdy może sobie wyobrazić. DRAMAT. Mnie się to od dawna nie zdarzyło – bardzo mało piję, a kac następnego dnia tak mnie przeraża (bo wiadomo – cierpienie i jeszcze cały dzień zmarnowany na własne życzenie), że picie ograniczam maksymalnie. Dość, że powiem, że Big B pierwszy raz widział mnie w takim stanie, a to już grubo ponad trzy lata. Czasem jednak każdemu podwinie się noga, więc w zasadzie nawet nie miałam kaca moralnego, ale jeden wniosek niewesoły.

To oczywiście wiedza powszechna – za własną głupotę trzeba płacić, ale…

Owca i Big B byli dla mnie kochani. Siedzieli ze mną, troszczyli się, pytali jak się czuję. Następnego dnia też, choć mogli w zasadzie machnąć ręką na głupolkę z ciężkim kacem.

I ja tak na Big B machałam ręką (na owcę nie mogłam machać, bo już całe wieki nie widziałam jej na kacu). Tak, on ma częściej kaca i to on zarzygał małego kotka. Ale przecież to nie zdarza się często, a ja prawie zawsze odeskortowywałam go do łazienki, odpowiednio wściekła, a potem szłam spać i rano nie było we mnie wielkiej czułości. I myślałam sobie, że w końcu, cholera, trudno mieć czułość do kogoś skacowanego, przecież on tak na własne życzenie, tak? No to kogo tu żałować? Przecież musu picia nie ma, tak?

No tak. I w zasadzie nie ma kogo żałować, ale okazanie czułości i troski nic nie kosztuje. W sobotę pewnie też byli zmęczeni niańczeniem rzygającej pikfe do drugiej w nocy, a chociaż ja w niedzielę byłam bardzo skacowana, to Big B okazał mi taką troskę, jak okazuje mi zawsze, kiedy jestem chora. Bo chociaż na własne życzenie, to przecież mając kaca, też jesteśmy chorzy. Szkoda tylko, że nie potrafiłam spojrzeć na to w ten sposób zanim sama nie doświadczyłam – i kaca pierwszy raz od dawna, i troski od Owcy i Big B.

I nie przypomniałam sobie pikfe, której nie było na to stać; umiała się tylko wściekać. Niefajne.

I teraz mam kaca. Moralnego.

Nie będę pewnie zachwycona, jak Big B wróci napruty, ale postaram się okazać mu chociaż trochę tej troski i czułości, którą on okazał mnie, nawet rano, kiedy wiadomo, w jakim człowiek jest stanie. Bo on (i Owca) chyba rozumiał, że każdemu może się tak noga podwinąć, że tak,  nie ma musu picia, ale czasem nawet nie trzeba dużo wypić i że pomimo faktu, że to przecież na własne życzenie, to przecież ten skacowany człowiek też trochę cierpi.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Przemyślenia

Tagi: , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

2 komentarze w dniu “To była straszna sobota.”

  1. Viktoria Says:

    Czasami się tak zdarza, że człowiek wbrew swojej woli 🙂 i świadomości postanawia się zresetować 🙂 czasami to fajnie, czasami Nie 🙂 Żyjesz jednak 🙂 :* Aha Ja też się wściekam jak mój przychodzi 🙂 a na drugi dzień brak we mnie współczucia ;))))


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: