Archiwum dla Listopad 2009

Ja nie palę.

30 listopada, 2009

Dzień dobry.

Big B też nie.

Choć mój „artykuł” na I360 mógł być mylący. Ale artykuł był pisany trochę wcześniej niż teraz.

Nie palimy już dość długo, jak na nas – od piątego października, to już prawie dwa miesiące.

I jakie jest życie bez papierosa?

Da się przeżyć, ale momentami jest ciężko, a nałóg wciąż próbuje podstawić nogę. A to spotkam się z kimś, kto pali… i co?! Big B nie będzie, nikt mnie przecież nie wyda, nikt się nie dowie, a to tylko jeden papierosek, no, może dwa. Może trzy, ale tylko na tym spotkaniu… no, może tylko na spotkaniach z tą osobą.

I to byłby koniec, bo w końcu Big B by się dowiedział i też zapalił. I już nic by nas wtedy nie utrzymało w postanowieniu rzucenia, zaczęlibyśmy znów palić i znów musielibyśmy przechodzić mękę rzucania. Jak wiadomo – ja rzuciłam definitywnie, żeby więcej nie musieć rzucać.

Bo rzucamy od dawna przecież – w grudniu 2007 postanowiliśmy, że w lipcu 2008 rzucimy, bo to idiotyczne odpalać papierosa komuś, z kim chce się spędzić resztę życia. Nie chodziło o cerę, zęby, fakt, że z lekka się tym papieroskiem zawsze zajeżdża, nie, nie. Chodziło nam o raka, choroby serca i te inne świństwa, które palaczom przyplątują się częściej. I chodziło o to, żeby spędzić ze sobą jak najwięcej czasu.

I rzuciliśmy w lipcu 2008.

Aż popełniliśmy błąd (o czym w artykule) i zapaliliśmy tylko okazyjnie, co szybko okazało się być prostą drogą z powrotem do nałogu. Potem ja przestałam palić, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, no a potem znów zaczęłam. I rzucaliśmy pewnie jeszcze jakieś 10 razy (np. na jeden dzień), aż w końcu doprowadziło mnie to do nerwicy i stwierdziłam, że ja już więcej rzucać nie chcę, a palić nie możemy, więc… ufff, na razie nie palę. I na szczęście jeszcze nie tyję. I nawet nie tknęłam słoika Nutelli, która była mi bardzo potrzebna w lipcu 2008.

Czy czuję się lepiej? Na pewno głowa boli mnie mniej, a z doświadczenia wiem, że nie będziemy tak rzęzić w górach.

I tęsknię za papierosem, oj, tęsknię. Czasem bardzo mocno.

Ale koniec – rzuciłam i koniec, bez zbędnych filozofii, jak kiedyś pisał sielim. Nie ma co, nie palimy i tyle.

pikfe

Owca o Poczwarce.

27 listopada, 2009

Dzień dobry.

Jakoś tak na miejscu wydaje mi się powrót do tego fragmentu, napisanego przez Owcę dla mnie, kiedy poroniłam. Pamiętam, że popłakałam się, kiedy to czytałam. Naprawdę uważam, że ta historia jest bardzo wzruszająca i bardzo piękna.

17 lutego 2009
Owca o Poczwarce.
Dzień dobry.
Dziś oddaję mojego bloga Owcy, tak pięknie dla mnie napisała.

Była sobie kiedyś taka Poczwarka, nikt nie wie co to dokładnie było, każdy tylko mówił: o, jaka śliczna Poczwarka! Poczwarka była stworzeniem wolnym i niezależnym, mieszkała w małym domku, ale nikt nigdy nie był w tym domku, nikt nie wiedział co poczwarka robiła w wolnym czasie, co jadła i co piła. Ludzie opowiadali sobie różne rzeczy, ale nikt Poczwarki nie znał dokładnie. Wiadomo było tylko, że Poczwarka lubiła spacery, mówiła, że nie mają one nic na celu, były po prostu spacerami. Czasem spacerowała tylko raz dziennie, czasem więcej razy. Pewnego dnia poszła na spacer w porze, w której zazwyczaj tego nie robiła. I Poczwarka znalazła na spacerze Skarb! Tak samo jak nikt nie wiedział czym jest Poczwarka i skąd się wzięła, tak samo nikt nie wiedział czym jest Skarb dla Poczwarki i czym jest Skarb w ogóle. Poczwarka promieniała ze szczęścia. Nie wiadomo skąd, ale wszyscy wiedzieli, że Poczwarka nie szukała na tym spacerze Skarbu, że się go nie spodziewała, pojawił się tak, po prostu. Cieszyła się Poczwarka bardzo, ale nie za długo. Straciła swój Skarb, nikt nie wiedział jak i dlaczego, ale smutek Poczwarki był przeogromny. Schowała się w domku i długo nie wychodziła. Ludzie chcieli jej pomóc, ale nie wiedzieli jak. Domek zarósł trawą i krzakami. Poczwarka nie wychodziła, ale wszyscy o niej pamiętali, dla każdego była bardzo ważna. I któregoś dnia Poczwarka wyszła. Poprosiła, żeby pomóc jej przy domku i wszyscy jej pomogli, znowu był ładny i zadbany, tak jak Poczwarka, która zaczęła znów spacerować.

Początkowo to były krótkie spacery, ale każdego dnia Poczwarka zapuszczała się dalej i wszyscy wiedzieli, że sprawia jej to coraz większą radość. Nadszedł dzień, w którym wszyscy, którzy Poczwarkę widzieli, obudzili się z przeświadczeniem , że Poczwarka postanowiła szukać nowego Skarbu. Szukała go jakiś czas, każdego dnia coraz bardziej szczęśliwa. I ludzie i Poczwarka wiedzieli, że sukces jest coraz bliżej. Nikt się nie mylił. Poczwarka znalazła Skarb i nie utraciła go.

Ze Skarbu cieszyli się wszyscy, bo był wielkim szczęściem. Poczwarka spacerowała dalej i w swoim życiu znalazła jeszcze dwa Skarby, równie cudowne jak ten pierwszy. Dzielił swój czas na całą trójkę. Kochała swoje Skarby, a Skarby kochały Poczwarkę. Wspominała często swój utracony Skarb, nie zapomniała go, kochała go tak mocno jak pozostałe trzy. Poczwarka była najszczęśliwszą Poczwarką.
Owca

pikfe

 

Jak to się stało, że nie chcę mieć dziecka?

26 listopada, 2009

Dzień dobry.

To pewnie będzie trochę ekshibicjonistyczny wpis, ale rzecz naprawdę nie daje mi spokoju, żeby nie powiedzieć, że na swój sposób doprowadza mnie do szaleństwa.

Wczoraj odwiedziłam moją koleżankę ze studiów, jej córcia śliczna jest jeszcze malutkim bobasem. Widziałam je pierwszy raz od momentu, kiedy Obcenka przyszła na świat. Tak naprawdę pierwszy raz od momentu, kiedy urodził się Stalker, widziałam takie maleńkie dziecko, miałam je na rękach, nawet z butlą przez chwilę. Zapomniałam, jakie rączki są maleńkie, jakie fantastyczne paznokcie, jak nieprawdopodobne są oczy niemowlaka.

To cudownie, że Aleksun i W. mają taką piękną córkę.

Wyszłam od nich w stanie rozkładu. Gdybym nie poroniła, nasze dziecko byłoby może dwa, może cztery tygodnie młodsze od Obcenki. I byłoby już na świecie.

Nie mogę powiedzieć, żebym nie zwlekała z tą wizytą. Ciąża Aleksun zbiegła się z moim poronieniem – na tym samym spotkaniu ona niespodziewanie powiedziała, że jest w ciąży, a ja, że ciążę straciłam. I dla mnie dziewięć miesięcy ciąży Aleksun to był prawdziwy hardkor. Nie chodzi przecież o to, że się nie cieszyłam, ale za każdym razem, kiedy się spotykałyśmy, widziałam jej coraz większy brzuch, słuchałam o doświadczeniach ciąży, które mi umknęły. Tak naprawdę doświadczałam w bardzo bolesny dla mnie sposób tego, co straciłam.

Raz zdobyłam się na to, żeby odwiedzić Aleksun w szpitalu, tym samym, w którym ja leżałam. Zdobyłam się na to, bo wydawało mi się, że odwiedziny w szpitalu to taka ludzka rzecz, tak się po prostu robi. Byłam jednak frajerką, tak teraz sobie myślę. Aleksun spokojnie dałaby sobie radę beze mnie, ma mnóstwo osób, które są z nią bliżej, ale dla mnie przypomnienie sobie tego szpitala i tych moich wszystkich myśli i oglądanie masy kobiet z brzuchami to było coś koszmarnego. Więcej nie poszłam do szpitala, nie byłam w stanie się do tego zmusić.

To nie była długa ciąża. Nie była planowana. Ale do tej pory boli bardzo mocno, choć myślałam, że tak nie będzie.

A jeszcze kiedyś Aleksun zapytała mnie jak mogłam jej to zrobić? (że poroniłam). Tłumaczyła mi, o co jej chodziło, że o coś innego, ale ja tak do końca nie wiem, o co. Chyba o to, że nie będziemy razem dzielić doświadczenia ciąży. Racja, jak ja mogłam jej to zrobić.

Dla mnie ciąża zawsze była stanem, którego nie mogłam się doczekać. Rola matki zawsze wydawała mi się rolą, z którą poradzę sobie bez większych problemów, w tym sensie, że w ogóle się tego nie bałam. Nie bałam się porodu, nie przerażała mnie fizjologia, bardzo chciałam rodzić naturalnie. W 2007 kupowałam skarpetki i rękawiczki dla naszego przyszłego dziecka.

Rękawiczki dostała Obcenka, kiedy była jeszcze w brzuchu u swojej mamy.

I namawiałam Big B na dziecko, nie widziałam żadnych przeszkód, przecież ze wszystkim sobie poradzimy, dziecko będzie Wędrowniczkiem i to dobrze, nabędzie pewności siebie, ciekawości, dzieci lubią podróże. My będziemy fajnymi rodzicami, stworzymy dla naszych dzieci fantastyczny dom (mamy to szczęście, że obydwoje pracujemy w domu), będzie super. Nie widziałam ŻADNYCH problemów, ŻADNYCH przeszkód.

Big B widział, bo nie chciał mieć jeszcze dzieci. Ale ja mam już 27 lat i mój organizm bardzo, bardzo chciał.

I nagle pojawia się cień wątpliwości.

Można by pomyśleć, że to w skutek kryzysu w związku – oceniam bardziej krytycznie mojego faceta, stwierdzam, że w sumie to tak nie za bardzo etc. Ale nie (a w każdym razie chyba nie, bo nie wiem, czy czegoś można być tak do końca pewnym), bo cień wątpliwości pojawił się, kiedy spędzaliśmy jedne z najwspanialszych wakacji w moim życiu – w górach na Słowacji. Złaziliśmy chyba z Trzech Koron, po długiej, męczącej wycieczce, połączonej ze stresującym i niebezpiecznym spacerem po graniach. Jak było cudownie – choć przecież bałam się jak cholera. Cudowna wycieczka, fantastyczny Big B, wspaniale spędzony czas.

I nagle myśl – z dzieckiem nie mielibyśmy na to szans, co najmniej sześć lat. I ja nie mówię tu o spacerkach po dolinkach, bo wiem (i widzę te o!zgrozo wózki w Kościeliskiej i Chochołowskiej), że tak można. Tyle, że spacer po dolinie jakoś nie kojarzy mi się z idealnym urlopem.

I potem kolejne myśli – nie jestem gotowa na takie poświęcenie, nie dam rady, nie będę dobrą matką. Zaczęłam się bać porodu – no, może nie tyle porodu, co komplikacji; zaczęłam się bać, że z dzieckiem będzie coś nie w porządku.

Zaczęło mnie przerażać, że staniemy się tacy, jak bardzo wielu rodziców – zaniedbani, popaprani jakimiś papkami, z tłustymi włosami, skrzywieni, wrzeszczący, obrażeni na siebie, zmęczeni. (Big B to wyśmiał)

O moim wymarzonym od zawsze dziecku po raz pierwszy pomyślałam w kategorii „niewola”. Skończy się beztroska. Dziecko będzie na pierwszym miejscu, tak? A co z nami (Big B już nie będzie tylko mój)? A co ze mną?

I tylko nie wiem, czemu tak jest, a jest mi ciężko, bo nie rozumiem, co się stało. Czy to jest lęk przed stratą kolejnej ciąży? Czy może jednak w moim związku jest coś nie tak, jak powinno być? Może nie jestem gotowa (a rok temu byłam?), może przegapiliśmy ten dobry moment? Hormony zaszalały, ale jeśli tak, to czemu?

Nie rozumiem tej przemiany, a wciąż pamiętam, jak bardzo chciałam mieć dziecko, jak bardzo sensownym dopełnieniem związku wydawał mi się taki mały szkrab, jak dużo radości widziałam w możliwości obcowania z własnym, małym człowieczkiem.

I puf, koniec?

pikfe

Cicely… w Polsce.

25 listopada, 2009

Dzień dobry.

Jako, że „Politykę” czytam z opóźnieniem, dopiero teraz przewertowałam numer z 31. października i znalazłam tam tak fantastyczny artykuł, że nie ma możliwości, żebym się nie podzieliła.

Być może niektórzy wiedzą już o mnie, że najchętniej przygarnęłabym każde zwierzątko, jak również wiele bym dała, żeby pomieszkać z wydrą (polecam „Wydry pana Gavina” Gavina Maxwella), bobrem ( „Nad rzeką bobrów” Erica Colliera, a także książka mojego dzieciństwa, przecudowna nawet teraz, „Sejdżio i jej bobry” Grey Owl) czy innym dziwacznym stworem. Jeżem na przykład.

Ów artykuł dotyczy właśnie jeży oraz grupy zapaleńców, którzy postanowili jeżom pomagać – tym potrąconym przez samochody, chorym, zmaltretowanym przez ludzi. I jeśli w pierwszym akapicie czytam, że „połączenie tych dwóch okoliczności zrodziło pasję, która pochłonęła jego życie” nie mogę tak po prostu przestać.

Czemu? Temu, że czytam o Cicely z „Przystanku Alaska”. Ruth Ann, właścicielka jedynego w Cicely sklepu, miała dwóch synów. Kapitalna scena, w której rozmawia o nich z Edem, jest dla mnie kwintesencją atmosfery tego serialu. Ruth Ann z dumą mówi o Ricku, a kiedy rozmowa schodzi na drugiego syna, Matthew, zawiesza głos i jakby ze wstydem, ze smutkiem i żalem, wyznaje Edowi straszną prawdę. Matthew robi karierę w finansach w Chicago, a Rick kierowcą ciężarówki, piszącym też wiersze, poetą.

I kiedy zaczęłam czytać o panu Andrzeju Kuziomskim, pomyślałam o Ricku. Z dumą o Ricku.

Człowiek poświęcił swoje życie ratowaniu jeży – mieszka z nimi, poznał ich zwyczaje i potrzeby, wie nawet, czym karmić małe jeżątka, żeby nie pozdychały. W tej chwili ma w mieszkaniu ponad trzydzieści tych zwierząt, karmi je, troszczy się, udziela rad, jeździ do weterynarzy (tych, którzy znają się na rzeczy – większość niestety się nie zna, o czym można przeczytać tutaj). Opisuje fantastyczne zachowania tych miłych zwierząt: „Igliwiak był w szoku. Przez kilka dni w ogóle nie chciał jeść. Za to potem momentalnie się oswoił. Trzeba było mu zrobić specjalną kratkę, żeby mógł się wspinać na łóżko, bo co pół godziny musiał przyjść się przytulić (…) Jedne, jak Pulpet, są przymilne i ugodowe, inne, jak Jeżynka, strasznie awanturne. Normalnie jeż, jak chce pokonać stopień, zwija się w kulkę i stacza. Ona skakała na cztery łapki. Musiała wszędzie wejść, wszystko obwąchać, a w poszukiwaniu nowych zabawek potrafiła ściągnąć człowiekowi skarpetkę (…)”.

Teraz pan Andrzej Kuziomski tonie w długach, grozi mu eksmisja. Ale – bajki na szczęście nie koniec – Kuziomski poznaje podobnych sobie ludzi, Jerzego Zembrowskiego i jego żonę, którzy pragnęli uratować jeża, ale niestety Jasiek Wędrowniczek zdechł przez niekompetencję lekarzy weterynarii.  Jerzy Zembrowski, jak sam mówi, „aby spłacić dług wobec Jaśka”, postanawia pomóc Andrzejowi Kuziomskiemu. Zakładają Stowarzyszenie Ochrony Nasze Jeże, dostają obietnicę od Lasów Państwowych, że Stowarzyszenie dostanie tereny pod budowę ośrodka dla jeży z prawdziwego zdarzenia. I zaczęło się – strona internetowa, zainteresowanie prasy, szukanie sponsorów.

Pomyślałam, że oczywiście moglibyśmy adoptować jednego jeżyka, kiedy już doprowadzimy ogród do stanu używalności (co, mam nadzieję, nastąpi w przyszłym roku) – niektóre jeże już nie nadają się na powrót do Natury i dla takich Stowarzyszenie szuka opiekunów; pomyślałam, że wpłacę jakieś pieniądze na konto; pomyślałam, że napiszę maila, że to wszystko fantastyczne; pomyślałam, że napiszę o jeżach i o Stowarzyszeniu na blogu, na Babskim Combrze i na Interii360 – byle tylko więcej osób wiedziało.

Zasiadłam do komputera, razem z „Polityką”, co by się wesprzeć i zaczęłam przeglądać stronę internetową Stowarzyszenia Nasze Jeże. Znalazłam wzruszającą historię o Jaśku, artykuł Adama Wajraka i naprawdę dość sporo informacji o jeżach. Znalazłam też coś jeszcze.

„Szanowni Państwo
W ostatnich wypowiedziach medialnych Andrzej Kuziomski żali się, iż nie otrzymuje pomocy od naszego Stowarzyszenia, co dementujemy i wyrażamy oburzenie!
W październiku otrzymał od nas pomoc w wysokości prawie 3 tys. zł, zaś łącznie już 5,5 tys. zł. na leki dla jeży, usługi weterynaryjne, karmy, środki czystości itp. Od początku listopada br. otrzymujemy wiele informacji o pozorowanym opiekowaniu się jeżami przez Kuziomskiego – w celu wyłudzania darowizn na prywatne konto od ludzi dobrej woli oglądających wystąpienia medialne o człowieku, który „poświęca się jeżom”. (…)
W związku z powyższym, wstrzymujemy współpracę z Andrzejem Kuziomskim – do czasu wyjaśnienia powstałych podejrzeń i wątpliwości przez odpowiednie organy i urzędy. Chcemy wiedzieć, czy człowiek ten jest uczciwy i oddany jeżom, czy jednak nie padliśmy ofiarą wyłudzacza?”. (całe oświadczenie można przeczytać tutaj)

Koniec bajki, koniec Cicely. I to przecież w sumie niezależnie o tego, kto w tym sporze jest winny.

pikfe

Koty, które były i koty, które są. Część druga.

24 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dziś, jak co wtorek, stary blog.

22 stycznia 2009
Koty, które były i koty, które są. Część druga.

Dziś Epi i Duży Kot i smutna ich historia.


Wzięłyśmy je od Pani, która zajmowała się chyba wszystkimi kotami na jednym z osiedli. Nie wyglądały dobrze: malutkie, jeden strachliwy bardzo, okrutnie brudne, zapaćkane wręcz, chociaż chyba już zdolne do mycia. No, ale wzięłyśmy, bo były piękne.

Na początek weterynarz dał im coś na przeziębienie i coś na wzmocnienie, a my je myłyśmy i doprowadziłyśmy do stanu przepięknych małych kociąt. Miały się nazywać Mulder i Scully, bo miała być dziewczynka i chłopak. Imiona niezbyt trafne, nie przyjęły się za bardzo. I potem się zmieniły.
Kotki rosły i chociaż Mulder został trochę dziki, to Scully była kocią przytulanką, która nie dawała spokoju siedzącemu człowiekowi.

Scully uwielbiała tańce z wołowiną (kiepska rozdzielczość, ale tylko komórka była do dyspozycji).

Koty rosły, ale okazało się, że mają w uszach pasożyta, więc weterynarz dał im coś na pasożyta, tylko, że one to coś wylizywały. Ale nadal rosły i nadal były kochane. Takie małe, puchate kotki z wielkimi brzuchami. I okazało się, że Scully to też Mulder, a nie żadna samica… Dopiero dużo później nauczono mnie Na Wsi, jak rozróżnić kota od kotki – bezbłędnie i to od małego kociaka. Ale chłopaki nadal rosły.


Mulder Pierwszy, później Epi.


Scully, później Duży Kot.

I tu właśnie bajka się kończy: pewnego dnia, kiedy leżałam jeszcze w łóżku, Mulder Pierwszy dostał szału – biegał nieskładnie, walił łepkiem w co popadnie i jak na takiego małego kota, przejawiał nadkocią siłę.
Weterynarz powiedział, że to epilepsja i do końca życia będzie musiał dostawać leki antypadaczkowe, bo może zrobić sobie krzywdę. Miał ataki dosyć często, po lekach jakby trochę rzadziej, ale jeden skończył się złamaną łapą, bo kot spadł ze schodów.
Chodził później w kocim gipsie ( z elastycznego bandaża), aż w końcu go sobie zdjął, czym prawie przyprawił Owcę o zawał, bo nagle jej kot miał pięć łap – bandaż był przewiązany nad karkiem, kot kocim sposobem wyciągnął łapę, ale opatrunku już nie zdjął…

Dla Owcy jeden z jego ataków zakończył się niegroźnym, ale bolesnym ugryzieniem – chciała przytrzymać mu język. Dopiero potem przeczytałyśmy, że ani psy, ani koty nie mogą połknąć swojego języka, bo mają zupełnie inaczej zbudowany przełyk niż ludzie. I żeby nie wkładać palców do pyszczka, bo to się źle kończy.
Tak więc Mulder Pierwszy stał się kotem o imieniu Epi, od Epileptyk.

Potem koty – Scully stała się Dużym Kotem, bo był(a) większy od Epiego -trochę przestały rosnąć i stały się osowiałe. Epi leżał ciągle przy kaloryferze, a Duży Kot całe dnie wylegiwał się pod lampą na biurku, leżąc „na płask”.
Miały pobieraną krew, bardzo płakały. Miały robione badania. W końcu w badaniach wyszło – skrajna anemia spowodowana białaczką, którą prawdopodobnie odziedziczyły po mamie. Na zdjęciach mają białe nosy i uszy – to właśnie objaw białaczki.

Zdecydowałyśmy się je uśpić – byłam z Owcą, oni najpierw podają kotom coś, co je otępia okrutnie i wynoszą je na kilkanaście minut do właściciela,  żeby można było się z nimi pożegnać. I człowiek ryczy jak głupi, nawet siedząc teraz przed komputerem.

Zrobiłam wtedy wielki błąd, bo nie zabrałam ich małych ciałek od weterynarza. I do dziś tego żałuję.

pikfe

pikfe (23:18)

Koty, które były i koty, które są. Część pierwsza.

17 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dziś przypada dzień Starych Śmieci, zaczynam serię o kotach ze Starego Bloga. Druga – za tydzień.

21 stycznia 2009

Sporo już było w moim życiu kotów, moich, trochę moich i całkiem nie moich, które lubiłam i lubię i do których się przywiązałam. Można poświęcić im chwilę na blogu.

Zaszczytne pierwsze miejsce przypada Fredowi, od którego zaczęła się kocia historia.

(w tle wykańczana przez Freda kanapa)

Znalazłam Freda za przystankiem, leżał w kałuży wody i piszczał. Kiedy podeszłam, kocię podczołgało się do mnie i okazało się, że to po troszę kałuża krwi i kociej kupy. Miałam zostawić? Koteczka (bo to małe kocię było), który podczołguje się do wyciągniętej dłoni?

Zaniosłam do Sybiraczki, zadzwoniłam do mamy, dostałam ręcznik i torbę i zabrałam.
Mami umyła kota i okazało się, że kot ledwo zipie i nie chodzi, ale dostał imię, które zawdzięczał Owcy i jej szaleństwa na punkcie piłki nożnej i piłkarzy. Był Fred po Fredriku Ljunbergu, szwedzkim piłkarzu i wielkim ciachu 🙂
Okazało się, że Fred miał złamane obie tylne łapki (pewnie jakiś dowcipniś go kopnął), przez miesiąc prawie nie chodził, za to był bardzo barczysty, bo po kocach wspinał się na łóżka. Ozdrowiał w końcu, tylko bawić się nie umiał i walki odbywały się zawsze w grubych, skórzanych rękawicach ( z naszej strony)  i w prawdziwej furii (z jego). Bo bez rękawic to wyglądało potem jak teksańska masakra piłą mechaniczną.
Kot ten podbił zielone okolice naszej działki – kiedy przyjechał pierwszy raz, uciekł do domu i siedział w kącie, ale po dniach paru i nocnych rajdach wyległ na taras, rozejrzał się władczo i zaległ spokojnie na nagrzanych od słońca kaflach. Kotów białych teraz trochę tam hasa…
Nie lubił Panów – kolega zostawił otwarty namiot i już następnej nocy w nim nie spał. Zapaszek Freda odpędzał na kilometry.
Spryciarz (Fred, a nie zapaszek) zawsze wiedział, pod którym oknem drzeć mordkę, żeby go wpuścili (tak o czwartej, piątej rano) – jak Owca i ja byłyśmy – pod naszym, jak nas nie było – pod mami.
Wracał pokiereszowany, z rozwalonym nosem, z trzema milionami rzepów w sierści i właził pod kołdrę 🙂
Wykończyły go po trzech latach komplikacje po dzieciństwie – we wnętrzu coś nie zagoiło się tak, jak trzeba i biedny kot męczył się przed śmiercią.
Teraz już wiemy, że kiedy kotek szuka miejsca, żeby się schować i być samemu, a jest bardzo chory, to zdycha. I pewnego dnia Fred zdechł, a fajny to był kot i miał piękne, bursztynowe oczy.

pikfe (22:52)

pikfe

To była straszna sobota.

16 listopada, 2009

Dzień dobry.

Zwykle weekendy mamy spokojne – kino, jakieś spotkanie, zakupy, obiad z rodziną. Zwykle.

Zwykle się nie upijam, bo nie lubię alkoholu i w dodatku bardzo mi szkodzi. Zwykle.

Zwykle budzę się rano w niedzielę, nie gniję w łóżku. Zwykle.

Niestety, to nie był zwykły weekend.

Wybraliśmy się na drinka (tzn. ja, bo Big B prowadził) do Sybiraków, do tego mieszkania kawałek Za Krańcem Świata. Byli też Owca i Baran, więc rodzinnie i śmiesznie. Ja zawczasu zaopatrzyłam się w gin i tonik, więc wiele nie zwlekając, zrobiłam sobie pierwszego drinka.

Sybiraczka podała tiramisu, koty się o to tiramisu dopominały, coś tam leciało w TV, w sumie było śmiesznie.

No, potem Owca z Baranem wyszli, bo byli przeziębieni, a ja pognałam po drugiego drinka. Sybiraczka z kolei piła wino, Sybirak piwo, a Big B patrzył sobie, jak pijemy.

Trochę się upiliśmy i zaczęła się burzliwa dyskusja o Polańskim.

Trzeci gin.

I jakoś potem czwarty gin.

I podobno próbowałam zrobić Sybirakowi na głowie irokeza za pomocą pianki, wosku i czegoś do pryskania. I chciałyśmy z Sybiraczką (butla tego wina, co je zaczęła) oglądać tysiące zdjęć z Zakopanego. I w ogóle to chciałam nocować u Sybiraków. I Sybiraczka też chciała, żebym nocowała.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Droga do domu – ledwo. W domu – prawie nic, poza rzyganiem, ale raz-dwa i spanie.

Cóż.

Wchodząc do mieszkania w niezwykle radosnym nastroju pobudziłam Owcę i Barana i kiedy Owca wrzasnęła, żebym była cicho, podobno krzyknęłam radośnie, że „ona coś mówi!!!”

No, a potem Owca i Big B mieli ze mną ciężko. Wpadłam ponoć w jakieś stany lękowe, chciałam, żeby mi dali to, co „mają w karetkach” (chodziło o Pavulon), mówiłam, że mało mi tlenu, drętwiały mi rączki i to nie było raz-dwa rzyganie, tylko dwie godziny.

No, a niedzielę to już każdy może sobie wyobrazić. DRAMAT. Mnie się to od dawna nie zdarzyło – bardzo mało piję, a kac następnego dnia tak mnie przeraża (bo wiadomo – cierpienie i jeszcze cały dzień zmarnowany na własne życzenie), że picie ograniczam maksymalnie. Dość, że powiem, że Big B pierwszy raz widział mnie w takim stanie, a to już grubo ponad trzy lata. Czasem jednak każdemu podwinie się noga, więc w zasadzie nawet nie miałam kaca moralnego, ale jeden wniosek niewesoły.

To oczywiście wiedza powszechna – za własną głupotę trzeba płacić, ale…

Owca i Big B byli dla mnie kochani. Siedzieli ze mną, troszczyli się, pytali jak się czuję. Następnego dnia też, choć mogli w zasadzie machnąć ręką na głupolkę z ciężkim kacem.

I ja tak na Big B machałam ręką (na owcę nie mogłam machać, bo już całe wieki nie widziałam jej na kacu). Tak, on ma częściej kaca i to on zarzygał małego kotka. Ale przecież to nie zdarza się często, a ja prawie zawsze odeskortowywałam go do łazienki, odpowiednio wściekła, a potem szłam spać i rano nie było we mnie wielkiej czułości. I myślałam sobie, że w końcu, cholera, trudno mieć czułość do kogoś skacowanego, przecież on tak na własne życzenie, tak? No to kogo tu żałować? Przecież musu picia nie ma, tak?

No tak. I w zasadzie nie ma kogo żałować, ale okazanie czułości i troski nic nie kosztuje. W sobotę pewnie też byli zmęczeni niańczeniem rzygającej pikfe do drugiej w nocy, a chociaż ja w niedzielę byłam bardzo skacowana, to Big B okazał mi taką troskę, jak okazuje mi zawsze, kiedy jestem chora. Bo chociaż na własne życzenie, to przecież mając kaca, też jesteśmy chorzy. Szkoda tylko, że nie potrafiłam spojrzeć na to w ten sposób zanim sama nie doświadczyłam – i kaca pierwszy raz od dawna, i troski od Owcy i Big B.

I nie przypomniałam sobie pikfe, której nie było na to stać; umiała się tylko wściekać. Niefajne.

I teraz mam kaca. Moralnego.

Nie będę pewnie zachwycona, jak Big B wróci napruty, ale postaram się okazać mu chociaż trochę tej troski i czułości, którą on okazał mnie, nawet rano, kiedy wiadomo, w jakim człowiek jest stanie. Bo on (i Owca) chyba rozumiał, że każdemu może się tak noga podwinąć, że tak,  nie ma musu picia, ale czasem nawet nie trzeba dużo wypić i że pomimo faktu, że to przecież na własne życzenie, to przecież ten skacowany człowiek też trochę cierpi.

pikfe

Niektóre rzeczy jednak mnie szokują.

13 listopada, 2009

Dzień dobry.

Bo jak na przykład zrozumieć to?

Tak, wiem, żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym. Tak, wiem, że liczy się marka, najlepiej, żeby logo było widoczne. Wyraźnie widoczne. Bo po co komu koszulka za dwa tysiaki, skoro na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od takiej za tysiaka? Albo – co gorsza – od takiej za stówkę. A od tej za dychę z second-handu?

Albo coś takiego? ” (…) jest jeszcze jeden wolny apartament – 190-metrowy (…) przylegają do niego dwa tarasy o powierzchni 20 i 50 metrów kwadratowych (…)”.

I ok, snobem można być (bo to apartament w snobistycznym miejscu), ma się miliony złotówek zbędne, ściany wykłada się trawertynem, podłogi egzotycznym drewnem i jest git, nikt przecież nie broni. Pewnie niektórzy muszą mieszkać wyjątkowo reprezentacyjnie.

ALE: ” (…) bardzo lubią swoje mieszkanie i uważają, że po przeróbkach spełnia wszystkie ich oczekiwania (…) planują powiększenie rodziny (…) przydałby im się jeszcze jeden, a najlepiej dwa dodatkowe pokoje. Mimo iż szkoda im będzie się stąd wyprowadzać, zaczynają się rozglądać za nowym lokum, uwzględniającym potrzeby rodziny z dziećmi.”

Przecież to jest jakieś szaleństwo, które nie mieści mi się w głowie.

pikfe

Tatry zeszłego roku w listopadzie.

11 listopada, 2009

Dzień dobry.

Dzień podły, więc dziś – zgodnie z zapowiedzią – wspomnienia z Zakopanego, z pięknego listopada 2008.

Więcej bardzo fajnych zdjęć z tego wyjazdu znajdziecie u AardvarKa.

13 listopada 2008

Zakopane.

Dziś nieodległe jeszcze wspomnienia z Zakopanego, gdzie – wbrew zapowiedziom – dopisała nam fantastyczna pogoda i skąd grzechem było wracać do Łodzi, gdzie najtrudniejszy szlak prowadzi z domu do pracy.
W piątek dojechaliśmy bardzo późno w nocy, za Oświęcimiem (nie jeździmy pełnopłatną, choć wiecznie remontowaną autostradą i zakorkowaną Zakopianką) spotkały nas niespodzianki w postaci remontu nawierzchni i ruchu wahadłowego. Bajecznie, ale i tak byłam bardziej wyluzowana niż Big B. AardvarK też specjalnie się nie skarżył, choć wiadomo było, że każde z nas wolałoby już być na miejscu. Plus taki, że stojąc w korku dobrze się pali. My znowu próbujemy rzucić, AardvarK nie pali 😉

Sobota była w zasadzie leniwa – wstaliśmy późno, odsypiając tydzień, choć tylko Big B i ja, AardvarK dzwonił już o ósmej, pytając się, czy gdzieś się wybieramy, ale słabo pamiętam ten telefon. On był już na spacerze. Szacun 🙂
Do wylotu Małej Łąki dowlekliśmy się dopiero około 13, ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu prawie wcale nie było tam ludzi, choć aura jak na zdjęciu 🙂

mala_laka

O dziwo doszliśmy do Wielkiej Polany nie wypruwając sobie flaków, co zwykle następuje pierwszego dnia – mnie chyba tak cudownie nastroiła pogoda. Z AardvarKiem spotkaliśmy się już po zejściu z Grzybowca (odnowili kawałkami szlak!), narodziły się wspaniałe plany wejścia na Sarnią Skałkę, może nawet dojścia do Kalatówek, ale szybko i bezwzględnie zostały uśmiercone przez grzane wino w herbaciarni w Dolinie Strążyskiej 🙂 I tak jeszcze przed zmrokiem zdążyliśmy zejść z gór w bardzo dobrych humorach i ze wspaniałymi planami na kolejny dzień.
W Zakopanem okazało się, że w kinie Giewont grają już Quantum of Solace, ale zaprotestowałam, chociaż Big B i AardvarK wyrazili ochotę. Umówiliśmy się, że pójdziemy, ale może następnego dnia.

W niedzielę nie mieliśmy już siły, żeby znów nie iść w góry – o 6.20 pojechaliśmy po AardvarKa i przed siódmą czekaliśmy już w Kuźnicach na kolejkę na Kasprowy. Ludzi bardzo mało w porównaniu z sezonem, ledwo kilkanaście osób, które jednak zostały po jakimś czasie ukarane za zbyt wczesne wstawanie. Lodowaty głos z megafonu ogłosił, że kolejka nie będzie kursować z powodu zbyt silnego wiatru i następny komunikat zostanie przekazany dopiero koło godziny dziewiątej. Nie zastanawiając się zbyt długo, aczkolwiek lekko zawiedzeni, ruszyliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz do Murowańca. Wlekąc się z lekka i zachwycając pogodą dotarliśmy tam koło dziesiątej. Zdjęcie prawie tuż sprzed schroniska.

murowaniec

W Murowańcu zasiedzieliśmy się trochę jedząc bardzo wczesny obiad i spotykając kolegę Maćka z Łodzi, zawiedzionego pogodą – liczył, że użyje raków i czekana. Ja cieszyłam się, że nie ma takiej możliwości 🙂 Plan dalszej wycieczki skrystalizował się przy obiedzie – pogoda trochę się popsuła, wysokie Tatry zaszły chmurami i zaczęło wiać dość lodowato i nieprzyjemnie, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby wracać. Ruszyliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Tu AardvarK nad Stawem, w chmurach Kościelec.

aardvark

Stamtąd podeszliśmy na przełęcz Karb (dla mnie Krab) – bałam się trochę stromizn, bo nigdy wcześniej tam nie byłam, a Kościelec kojarzy mi się wyjątkowo morderczo, ale okazało się, że kompletnie nie było czego się bać, a widok z góry na Czarny Staw jest przepiękny. Tymczasem niepogoda nie dawała za wygraną, chmury były coraz niżej i coraz bardziej wiało, ale my nadal tak bardzo cieszyliśmy się z wycieczki, że nie sprawiało nam to specjalnej przykrości. To prawda, że widoki w Tatrach są piękne, ale muszę przyznać, że jeżdżę tam głównie po to, żeby chodzić, a widoki są miłym dodatkiem. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć „pojezierze gąsienicowe” – jako dziecko widziałam, ale zupełnie zapomniałam jak tam jest pięknie, nawet, kiedy szczyty skrywają się w chmurach.

pojezierze

Zeszliśmy z Przełęczy, mocno już wiało lodowatym wichrem i chmury nadal schodziły coraz niżej, ale my nadal mieliśmy ochotę chodzić, a mgła nie przedstawiała się przerażająco – widoczność nie była oczywiście taka, jak w piękny, słoneczny dzień, ale z Big B postanowiliśmy, że pójdziemy przez Świnicką Przełęcz, a AardvarK zdecydował się wejść na Kasprowy zielonym szklakiem, chociaż ostrzegaliśmy go, że jest długi, mozolny i do wchodzenia go nie polecamy. Umówiliśmy się, że spotkamy się na Kasprowym i zjedziemy na dół kolejką. Po wypaleniu rozchodniaka jak zawsze zaczęliśmy gnać w górę jak psychopaci, co natychmiast poskutkowało przestojami na złapanie oddechu. AardvarK chodzi wolniej, ale równym tempem i idąc z nim nie męczyliśmy się jak nienormalni 😉 Stwierdziliśmy, że czasu mamy dużo – zanim on się tam wdrapie, ho, ho, jeszcze będziemy na Kasprowym czekać.
Droga na Przełęcz cudowna – nie wiało, było cichutko, wszystko utopione w białej mgle – czułam się jak w dekoracjach do „Władcy Pierścieni”. Praktycznie nie było ludzi, co zawsze jest miłe i zawsze-zawsze zaskakujące w polskich Tatrach. Szło się nam bardzo dobrze (dysząc i sapiąc, a jakże!) aż do momentu wyjścia na samą Przełęcz, gdzie lodowaty wiatr wiał okrutnie. Ukryci za głazem zapaliliśmy papierosa i spokojnie poszliśmy w stronę Kasprowego. Cóż się okazało? AardvarK – choć twierdzi, że prawie tego nie przeżył i że następnym razem zabiera zestaw reanimacyjny – już szedł w stronę Liliowych, bo nie chciało mu się na nas czekać! Hm… Stalker stwierdził, że AardvarK wygląda (na zdjęciach) jak „zgrzybiały mistrz kung-fu”, ale chyba nie jest jeszcze taki zgrzybiały. Albo my jesteśmy.
Na Kasprowym pięć metrów śniegu – jak zauważył AardvarK – sześciennych 🙂
Udało nam się zjechać kolejką, a o 19 poszliśmy na nowego Bonda, ale o tym kiedy indziej. Po filmie zawieźliśmy AardvarKa do jego kwatery, wróciliśmy do siebie i padliśmy. Na kolacji byliśmy w mojej ulubionej zakopiańskiej restauracji Sopa, gdzie jak zawsze zjadłam przepyszne polędwiczki z bundzem w sosie pomidorowym (34 zł) i dwa naleśniki z serem i rumem (12 zł). Naprawdę polecamy wszystkim. Warto.

Następnego dnia pobudka znów o jakiejś strasznej godzinie – o 6.40 byliśmy po AardvarKa, żeby podjąć kolejną – tym razem udaną – próbę dostania się na Kasprowy kolejką. Mieliśmy szczęście, że wczoraj nie jeździła, ponieważ ze szczytu mogliśmy podziwiać takie widoki.

kasprowy_szczyt

Postanowiliśmy przejść wszystkie Czerwone Wierchy, co może nie jest szczególnym wyczynem, jeśli wjeżdża się kolejką, ale jest niezłym pomysłem w piękny listopadowy dzień, kiedy wiadomo, że nie będzie chodzić się w kolejce.
Dzięki pięknej pogodzie i chmurom widocznym na zdjęciu spełniło się moje górskie marzenie – widziałam widmo Brockenu.

widmo

Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany odsyłam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Widmo_Brockenu
Wycieczka fantastyczna, choć Big B i AardvarK znaleźli w sobie wspaniałych kumpli do palenia, więc paliliśmy na każdym szczycie – kto był, wie, jak często 🙂 Poza tym kozice przywykły już do ludzi 🙂

kozica

Nie robiłam tego zdjęcia super aparatem, tylko zwykłą  idiot-kamerą i myślę, że mogłabym nawet  podejść bliżej, ale one jednak mają rogi, więc ja miałam stracha. Zatem: Kopa – fajka, Małołączniak – fajka, Krzesanica – fajka. I jak zwykle popas 🙂

popas

Na Ciemniaku odpuścili z paleniem, ale Big B był chyba trochę zawiedziony tym faktem.
Schodziliśmy przez Adamicę – miałam ochotę na zejście przez Tomanową, ale nie liczyłam, że w Dolinie Kościeliskiej również nie będzie ludzi. Nie przepadam schodzić przez Adamicę, bo to dość zabójcze zejście dla moich kolan, ale z drugiej strony spacer Kościeliską w tłumie ludzi jest zabójczy dla dobrego samopoczucia. Cóż, każdy chciałby mieć Tatry tylko dla siebie.
Na postoju wygrzewaliśmy się w słońcu, Big B zasnął na trawie i za nic w świecie – jak zawsze – nie chciał się obudzić, a ja podziwiałam piękną tatrzańską przyrodę w listopadzie.

Myślałam, że z Adamicy nigdy nie zejdziemy, ta droga bardzo dłużyła się mnie i moim kolanom, choć na stokach podziwialiśmy jeszcze stada kozic. Nie polecam tej drogi ani w dół, ani w górę – na Ciemniak idzie się „przepisowo” trzy godziny czterdzieści pięć minut i nie jest to lekki spacerek, jeśli mamy przeciętną kondycję mieszczucha.
W Kościeliskiej jak zawsze było dużo ludzi, ale na szczęście został tylko mały kawałek do przejścia. Potem polansowaliśmy się na Krupówkach – zjedliśmy obiad w Kolorowej (AardvarK poleca placek po zbójnicku, 20 zł) i wróciliśmy do domu, gdzie padliśmy.

Wycieczkę w dzień wyjazdu zaplanowaliśmy ambitną, zwłaszcza, jeśli wliczyć w to czas naszych częstych popasów na papierosa – zostawiliśmy auto – już z bagażami – na Toporowej Cyrhli i stamtąd udaliśmy się przez Psią Trawkę na Polanę Waksmundzką. Znam tę drogę dobrze i bardzo ją lubię – nie jest w ogóle męcząca i nawet latem nie ma tam zbyt wielu ludzi, za to jest naprawdę pięknie.

strumyk

Później zdecydowaliśmy się na szlak, którego nie znaliśmy, choć później AardvarK przypomniał sobie, że tam był 😉 Szliśmy z Polany Waksmundzkiej  zielonym szlakiem w stronę Murowańca, żeby później odbić na czarny i żółty szlak prowadzący na Krzyżne.
Dolina Pańszczycy zapiera dech w piersiach, moim zdaniem jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Tatrach. „Dolina Pańszczyca jest odgałęzieniem Doliny Suchej Wody, na południowy wschód od Hali Gąsienicowej. Skaliste szczyty Żółtej Turni, Wierchu pod Fajki i Granatów od zachodu – Orlej Baszty, Buczynowych Turni i Przełęczy Krzyżne od południa oraz rozległy grzbiet Koszytej i Małej Koszystej od wschodu ograniczają tę piękną i malowniczą dolinę. W górnej jej części rozpościerają się pola maliniaków (wielkich głazów) – niżej gęste zarośla kosówki i lasy. W środkowej części doliny leży nieduży Czerwony Stawek, poniżej niego Potok Pańszczyca spływa przez halę tejże nazwy ku północy” (Tadeusz Zwoliński, Tatry Polskie, 1951).

a

b

Dotarliśmy do Czerwonego Stawku, gdzie naturalnie popasaliśmy. O Krzyżnym oczywiście nie mogło być mowy, więc wróciliśmy kawałek i skierowaliśmy się w stronę Murowańca, gdzie popasaliśmy (placek po zbójnicku gorszy niż w Kolorowej). Stamtąd wracaliśmy niezbyt atrakcyjną drogą dojazdową do schroniska aż do Psiej Trawki, skąd zboczyliśmy na szlak prowadzący na Cyrhlę.
Uwaga, jeśli ktoś z Was będzie kiedyś tamtędy szedł, jest tam kot, który żebrze o jedzenie, więc pakując się pamiętajcie o nim 😉 Jest już nieźle wyuczony – mruczy, łasi się i ociera, idzie przy nodze jak pies. Tak zwane – z racji miejsca zamieszkania, odległego od świata cywilizacji – Sybiraki też były przez niego zaczepiane jakiś czas temu w podobny sposób, który – sądząc po kociej tuszy – jest skuteczny 🙂 Oto i on (kot, nie sposób) 🙂

kot

W drodze  do Łodzi – jakie wspaniałe zakończenie dnia! 😦 – wstąpiliśmy do Sopy, a potem bez problemów dojechaliśmy do domów.
Smutek, że tak krótko. Smutek, że tak płasko. Smutek, że znowu codziennie najtrudniejszy szlak – rutyna.

pikfe

Jej, znów mam ochotę na Tatry 🙂 W zeszłym roku Big B był już po zbiorach (ja jeszcze nie mieszkałam Na Wsi), AardvarK chciał z nami jechać (hmmm…. ciekawe, czy teraz też by chciał? 🙂 ), zapakowaliśmy się do auta i pomknęliśmy w góry. I to był naprawdę bardzo fajny wyjazd, a pogoda po prostu wymarzona. Nie to, co dzisiaj.

pikfe

Odgrzewane kotlety.

10 listopada, 2009

Dzień dobry.
Postanowiłam dziś zlikwidować mojego starego bloga, za jakiś czas, już niezbyt długi. Bo po co on tam? Na tym Onecie?
Jak może wiadomo, a może nie, Onet nigdy nie wybrał mnie na pierwszą stronę, więc sama się od dziś wybieram hi, hi. Kilka albo kilkanaście moich ulubionych wpisów trafi ze starego bloga tutaj, a potem stary blog zniknie z sieci. Nie będzie to żadną tragedią, arcydzieło nie przepada 😉 Przepadnie trochę pisaniny, ale ta jej część, którą lubię, zostanie do poczytania.
Poza moimi ulubionymi wpisami trafią tu oczywiście relacje z naszych wycieczek w góry – pierwsza już jutro, w rocznicę.
Na pierwszy ogień – oczywiście Onet 😉

18 lutego 2009
Dzień Smutnego Wierszyka.
Dobry wieczór.
Przedwczoraj chyba przeżyłam swoisty szok.
Kiedyś, dawno już bardzo, pewien mail powiadomił mnie, że mogę brać udział w onetowym konkursie na bloga roku, ale jako, że miałam bloga krótki czas, stwierdziłam, że w zasadzie nie ma sensu, może innym razem. I o konkursie zapomniałam.
Później jednakże znów zaczął mnie interesować przez pewien okres czasu, ponieważ startowała w nim Anna Maria Nowakowska. Wysłałam smsy, zamieściłam link do głosowania na swoim blogu, śledziłam nawet, ile Anna ma „kulek” (czyli ile dostała smsów). Ale niestety Annie zabrakło kulki i nie przeszła do następnego etapu, więc zapomniałam o konkursie. W końcu naprawdę mnie ciekawi, kto zdobędzie nagrodę? Nie, nie ciekawi mnie wcale.
Anna przypomniała mi o konkursie notką na swoim blogu. Zamarłam. Wiedziałam już od Pilcha Jerzego, że pisarze są ogromnymi egocentrykami, ale żeby aż tak? Żeby aż tak jechać po finalistce?! No więc siup, na stronę Tej, Która Wygrała – Molekułki. Siup – radzę i Wam.

http://molekulka.blog.onet.pl/

Nie podobają się Internetowe Stepy Akermańskie?

„Po wzburzonym morzu Internetu
Płynę sobie łódką Onetu
Morze wzburzone fale spienione
A ja sobie spokojnie płynę”

Toż to prawie nasz Mickiewicz niezapomniany:

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu”

Są takie wydarzenia w naszym życiu, mniej ważne i bardziej ważne, które zaburzają (na szczęście rzadko trwale) porządek, jakieś misternie ustawione hierarchie i poczucie sprawiedliwości. Konkurs na Najlepszego Bloga wyłania Najlepszego Bloga.
O, naiwności. To nadal powoduje, że drżę w posadach. Jakiś głupi dowcip może? Tradycyjny i świetnie znany nepotyzm i swoich promowanie? Głupota? Nie wiem, nie ważne, zapominam o konkursie onetu, nie ma o czym pamiętać.
Mam tylko dwa wierszyki na tę okazję do odczytania. Mówią o moich emocjach. Oto moja pierwsza poezja, chwilowo też całkiem prowincjonalna, jako, żem Na Wsi.

„Dzionek bez brzasku,
Życie w potrzasku,
Jestem jak zimna ryba,
Śmierć na mnie dyba.”

I wierszyk drugi:

„Żywot marny, nawet czarny.
Jare życie poszło skrycie.
Marzę o grabarzu
i cichym cmentarzu.”

pikfe

I jeszcze link do wspomnianej strony Ani, jeśli chcecie zobaczyć, co ona ma na ten temat do powiedzenia.
http://www.nowakowska.pl/teksty/?p=1573
pikfe (19:30)

I to na tyle, jeśli o dzisiejszy wtorek chodzi.
pikfe