Archiwum dla Październik 2009

Ciężki dzień.

18 października, 2009

Dzień dobry.

Zbiory nadal trwają.

Zdarzają się ciężkie dni, jak wczoraj, kiedy świat przypominał Krainę Zmarłych z Mrocznych Materii Pullmana – jednostajnie szare niebo, zamknięte na Wszechświat, jak kopuła więzienia; nawet najmniejszego tchnienia wiatru, najlichszego promienia słońca, wszystko bez ruchu, bez cienia. Matowe w świecie bez słońca. Wokoło wilgotno i trupio zimno, chociaż to nie takie zimno, które szczypie w policzki i orzeźwia, ale zimno, które opatula serce i spowalnia człowieka, każąc mu myśleć o zimnie.

Byłam najszczęśliwszą osobą na Ziemi, kiedy wreszcie wróciliśmy do domu i dokleiłam się do kubka z gorącą herbatą, a potem do wanny z bardzo ciepłą wodą. Potem kołdra, lampka, książka, jedyne lekarstwo na takie dni.

Skończyłam Pullmana. Bardzo mnie przygnębił, tak, jak wczorajszy dzień. Nie, nie zasmucił, przygnębił, poczułam się uwięziona w tej literackiej wizji bez wyjścia. Są też inne takie książki, które zostawiają ciężar na sercu. My jako autorzy nigdy byśmy tak nie zrobili. Nie chcemy takiego zakończenia, przeżywamy je i po tym wszystkim, co przeszliśmy z bohaterami, co przeszliśmy z Historią – nie zgadzamy się z tym zakończeniem. Chcemy innego.

Ale to jest powieść.

I innego zakończenia nie ma. Zostajemy uwięzieni w wizji autora. Nie ma dyskusji, chociaż mamy na nią ochotę. Mamy pomysł na alternatywne zakończenie i chętnie przekonamy do niego autora, ale on nie będzie z nami gadał. On już napisał, dla niego to przeszłość, a my wczoraj, dzisiaj, jutro szamoczemy się z tym jego pomysłem z przeszłości.

Jakie zakończenia Was przygnębiają? Które byście zmienili, gdybyście mieli taką możliwość?

Ukojenie McEwana, Władca Pierścieni, Opowieść Podręcznej Atwood,  Maska i Solaris Lema z tych, które w tej chwili pamiętam.

pikfe

Koty świata.

14 października, 2009

Dzień dobry.

Na taką pogodę jedynie koty. Robię im zdjęcia w czasie podróży, więc nie dość, że są kotami, to jeszcze niosą ze sobą wiele wspaniałych wspomnień.

Koty z Forcalquier we Francji.

IMG_2469

P1010724

P1010719

Kot z Etretat.

IMG_2544

Kot z Cambridge.

IMG_3275

Kot z Mane we Francji.

P1010696

Kot paryski.

P1010619

Kot z tego miejsca w Camargue we Francji.

P1010675

Życzę przetrwania tych ciężkich dni, kto tylko może niech bierze kota na kolana.

pikfe

Prognozowanie pogody.

13 października, 2009

Dzień dobry.

Dziś tylko parę słów o prognozowaniu pogody, a może raczej o wróżeniu? A co będzie, to się zobaczy?

Pogoda jest dla nas istotna – w czasie deszczu nie zbieramy jabłek i człowiek tak trochę chciałby wiedzieć, co go czeka następnego ranka. Idzie do pracy czy nie idzie?

Zasiadam więc do netu, klikam w linki do czterech przepowiedni i oto, co mi przepowiadają.

1. Pada od czternastej, temperatura odczuwalna -5.

2. Od ósmej pada śnieg z deszczem, temperatura odczuwalna -5.

3. Pada od jedenastej, temperatura temperatura odczuwalna ponad -10.

4. W ogóle nie pada, temperatura odczuwalna -15.

W zasadzie to moglibyśmy z Big B obstawiać na jakieś prognozy i wygrywać np. masaż stóp 😉

Co ciekawe, ja zawsze tę pogodę sprawdzam. Nie wiem dlaczego.

pikfe

Anglia u Lisów. Part two.

8 października, 2009

Dzień dobry.

Dziś dużo zdjęć, może niezbyt takich fajnych, ale mam się chęć się nimi podzielić. Podobało mi się w ostatnią sobotę na spacerze z Lisami i Big B i chcę, żeby Wam też się chociaż trochę spodobało.

W sobotę z lekka mnie nosiło, miałam ochotę pojechać dosłownie wszędzie. Z naszego spaceru do Peterborough wróciliśmy do Lisów po dwóch godzinach i ja w zasadzie już chciałam wychodzić gdzieś dalej, na spacer. Pogoda była bardzo fajna – wiało co prawda mocno, ale lubię wiatr, a poza tym było ciepło, od czasu do czasu wychodziło słońce i dawało tak piękne jesienne światło, że można było tylko wzdychać z zachwytu.

IMG_1373

Pojechaliśmy na spacer do Maxey, gdzie woda zalała starą cegielnię. Naprawdę bardzo mi się tam podobało.

IMG_1317

IMG_1326

Roślinność w Anglii jest inna. Uderzyło mnie to, kiedy byliśmy w Anglii we wrześniu zeszłego roku i wszystko było tak niesamowicie bujne i gęste i takie, czy ja wiem, zdziczałe, że przestałam się zastanawiać, czemu drzewa u Tolkiena prowadzą swoje sekretne życie. W Anglii narzuca się, że one je prowadzą.

W cieniu…

IMG_1335

… i w słońcu.

IMG_1350

IMG_1341

IMG_1342

Z Lisami i z Big B…

IMG_1337

… i z kaczką.

IMG_1359

Z kaczką z oddalenia…

IMG_1362

… i z kaczkami w Stamford (gdzie potem pojechaliśmy) z bliska.

IMG_1376

Stamford jest fajnym, małym angielskim miasteczkiem. Poszliśmy nad rzekę, ale zdążyłam zrobić tylko jedno brzydkie zdjęcie (to jest chyba najgorsze ze wszystkich, co?)…

IMG_1374

… i musieliśmy uciekać, bo nieźle się rozpadało. Stamford prawie w ogóle nie widzieliśmy, zmyło nas po prostu.

Po drodze rozmawiałam z Lisicą o służbie zdrowia w Anglii i chyba pokocham naszą, polską. U nas od bidy da radę iść prywatnie, kiedy państwowy lekarz już nie przyjmuje, tak? A w Anglii on nie przyjmuje, a porady prywatne to wydatek… dwustu funtów. I troszkę przestałam się dziwić, że angielski minister zdrowia przyjechał kiedyś do polski, żeby zbadać, jak to się u nas dzieje, że służba zdrowia tak całkiem nieźle daje radę. Hmmm.

W domu chłopaki grali, my trochę gadałyśmy, potem gadaliśmy razem i tak, nadal jestem pewna, że lubię do Lisów jeździć. Zjedliśmy pyszną zupę szpinakową (którą zrobiłam, ha!), napiliśmy się piwka i poszliśmy spać, bo rano trzeba było wyjechać parę minut po ósmej, żeby zdążyć na lotnisko.

Wylot – jak zawsze smutny, bo wizja wypicia wspólnej kawy z Lisicą oddala się niebezpiecznie, a wspólne picie kawy jest dobre dla naszego zdrowia psychicznego.

I jeszcze parę zdjęć chmur (nie mogłam sobie darować).

Wybrzeże Anglii.

IMG_1378

Chmury nad Europą.

IMG_1383

Chmury nad Polską.

IMG_1387

Mam nadzieję, że zobaczyć Lisicę, wypić z nią kawę i pogadać, zanim obie będziemy tego bardzo potrzebowały.

pikfe

Anglia u Lisów.

7 października, 2009

Dzień dobry.

Hmmm… przejrzałam zdjęcia z pobytu w Anglii i rezultat jest dość smutny – za piękne to one nie wyszły. Widać, że z tym aparatem czeka mnie ciężka praca. No, ale nic to – trzeba się zadowolić tym, co jest.

Zacznę może od tego, że to był wyjazd dość spontaniczny. W poniedziałek rano do Anglii poleciała paczka z prezentem, ponieważ jeszcze nie zakładaliśmy, że my też się pojawimy, ale po południu – kiedy okazało się, że będzie przerwa w zbiorach – już mieliśmy bilety. Na szczęście paczka doszła tego samego dnia, co my dolecieliśmy, więc mieliśmy szansę dać Lisicy prezent osobiście.

W dniu wyjazdu wpadałam w szał ze zdenerwowania i dość paradoksalnie marzyłam tylko o tym, żeby być już w samolocie. Nie boję się latać, boję się lotnisk i ich opresyjności – sprawdzanie dowodów chyba trzy razy, ważenie bagażu dwa, setki razy pokazywania karty pokładowej, kolejki, macania przez celników, ściąganie kurtki, szala, zegarka, paska, uff, nie cierpię tego. I to czekanie – w kolejce do odprawy bagażowej, w kolejce do odprawy celnej, w kolejce do wejścia do samolotu. Brrr. W samolocie udało nam się zająć miejsce przy oknie, więc tak bardzo mi się nie nudziło, choć myślałam, że przekręcę się z niewygody. Przed wyjazdem wrzuciłam jeszcze na blog (zgodnie z sugestią Lisa) wpis (dość nudnawy, o pogodzie, ale w tamtym stanie to był naprawdę szczyt moich możliwości), żeby tym bardziej zmylić Lisicę.

Zdjęcia chmur. Dla mnie to są fascynujące widoki, zwłaszcza, że na dole lało, przynajmniej w Polsce. Przy okazji pseudoreklama Ryanaira. Dobrze, może bilety są tanie, ale warunki adekwatne. Big B się nie mieści.

IMG_1267

IMG_1272

Z mrozem na szybie.

IMG_1277

IMG_1279

Lis odebrał nas (po szale czekania na walizkę, która – tak myślałam – na pewno zaginęła albo ktoś ją ukradł) z lotniska i udaliśmy się, dalej snując nasze knowania, do Peterborough. Po drodze kupiliśmy pizzę, a ja w swojej kłamliwej naturze smsowałam z Lisicą z samochodu i pisałam, że na pewno teraz nie przyjedziemy, bo są zbiory i praca i w ogóle nie ma takiej opcji. Czasem kłamstwo cieszy 😉 Na miejsce dotarliśmy dość późno. Jak już pisałam, Lis wysadził nas przed zakrętem, poczekaliśmy spokojnie jakieś dziesięć minut, poszliśmy, zadzwoniłam do drzwi, otowrzyła Lisica i ja w tym momencie pomyślałam, że musimy przedstawiać sobą naprawdę przerażający widok, ponieważ spojrzała na nas z wyraźnym strachem. Musiałam ją potem uszczypnąć 😉 Mnie jej widok bardzo ucieszył. Bardzo, bardzo, bardzo.

Następny dzień był spokojny, od rana Lisica rozpakowywała wszystkie prezenty, jakie dostała, co chyba każdemu sprawia dużą frajdę, a później poszliśmy (w trójkę, bo Lis niestety nie mógł wziąć dnia wolnego) do Peterborough moją ulubioną ścieżką przez łąki, ciche osiedla, tuż obok angielskich ogródków działkowych, na okropnym kawałku obok autostrady i w końcu nad kanałem. Tego dnia byłam zbyt zaabsorbowana, żeby robić zdjęcia. Trochę poszwendaliśmy się z Big B w trójkę, wypiliśmy kawę na ławce, a potem Big B poszedł, żebyśmy się trochę nagadały i odwiedziły M&S, gdzie kupiłam całkiem fajną koszulę. Poszłyśmy jeszcze na herbatę do Starbucksa i wróciłyśmy do punktu zbornego, gdzie chwilę czekałyśmy na Big B. On w swojej cudowności zrobił zakupy na obiad, więc jako, że z lekka przymieraliśmy z głodu, wróciliśmy do domu. Zrobiłam parę zdjęć koniom (lubię konie), ale wyszły paskudne. Mimo tego zamieszczę zdjęcie konia z uciętymi nogami, ponieważ jest to… krowokoń.

IMG_1283

W Anglii jest – pięknie (ale to lepiej chyba widać na zdjęciach Krzyśka Nowakowskiego), jest bardzo, bardzo, bardzo dużo dzieci oraz prawie tyle samo grubych ludzi. I te dzieci też niestety często są grube. No i oni wszyscy tam ciągle robią shopping.

W domu Big B zrobił obiad, a potem gadaliśmy, chłopaki trochę grali, piliśmy trochę piwko i zrobiła się fajna posiadówka z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Żałuję, że nie możemy częściej do siebie wpadać, ale jestem z Lisów dumna, bo naprawdę im się w Anglii udało i to tylko i wyłącznie dzięki ciężkiej pracy i własnemu rozsądkowi.

Następnego dnia rano wstaliśmy z Big B dość wcześnie i zrobiliśmy wypad do miasta, ponieważ chciałam zrobić parę zdjęć mojej ulubionej trasie. Najpierw wychodzi się nad kanał i idzie przez łąkę. Po piątkowej nocy była nieco upstrzona puszkami Fostersa. Ciekawy akcent.

IMG_1313

Później idzie się przez małe osiedle małych domków, które niezaprzeczalnie mają swój urok.

IMG_1285

IMG_1309

Stamtąd skręca się obok malowniczego kościoła.

IMG_1291

I idąc wzdłuż ogródków działkowych oraz autostrady dochodzi się wreszcie nad kanał, gdzie tylko na moich zdjęciach są świecące łabędzie 😉

IMG_1295

Poszliśmy malowniczą drogą obok katedry w Peterborough.

IMG_1308

I w końcu zobaczyliśmy (znów!) samą katedrę, o której można przeczytać tutaj i tutaj (po polsku) lub tutaj (po angielsku). I jeszcze dwa moje zdjęcia.

IMG_1300

IMG_1305

Być może Peterborough nie jest miastem obfitującym w jakieś dzikie atrakcje, ale ja je lubię. Pewnie dzięki Lisom. Jutro zapraszam na część drugą.

pikfe

Powróciliśmy z ziemi angielskiej.

6 października, 2009

Dzień dobry.

Tytuł wpisu może być z lekka zadziwiający, ale tak rzeczywiście jest – w niedzielę po południu powróciliśmy z ziemi angielskiej, gdzie dostaliśmy się w czwartek za pomocą tandetnego samolota Ryanair.

Nie mogłam nic napisać na blogu, bo to była niespodzianka urodzinowa dla Lisicy, bardzo bliskiej mi osoby. Uknuliśmy spisek z jej mężem, Lisem, który wzniósł się na wyżyny, hmm… robienia w balona swojej małżonki. Zalecił jej wzięcie dnia wolnego od pracy, nie zdradził się nawet jedną miną, choć mówił (a raczej pisał w mailu zatytułowanym Knowania, że jest podekscytowany). Lisica nie domyślała się (tak przynajmniej mówi) nic a nic i chyba się ucieszyła, kiedy nas zobaczyła, choć jej pierwsza reakcja była związana raczej z wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem niż z radością.

Lis jest niezły… Nagadał Lisicy, że musi zostać dłużej w pracy, a pojechał po nas na lotnisko. Wyrzucił nas z auta przed zakrętem do domu, żeby wejść samemu i wybić z Lisicy resztki nadziei (jeżeli jakieś były). My czekaliśmy z naszą pizzą i w końcu zadzwoniliśmy do drzwi. nawet nie wiecie, jak ja się ucieszyłam, kiedy ją zobaczyłam.

Relacja z pobytu w P. jutro, a dziś nadal się cieszę, że mogłam iść z Lisicą na kawę i pogadać tak, jak kiedyś, na studiach. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna. Jak kiedyś spotkacie Lisicę, możecie jej to ode mnie przekazać 🙂

pikfe

P.S. To był nasz (Big B i mój) kolejny wyjazd-niespodzianka. Jakieś dwa, może trzy lata temu zrobiliśmy Owcy i jej ówczesnemu chłopakowi niespodziankowy przyjazd nad morze; w zeszłym roku, razem z Owcą, zaskoczyliśmy mami i Uiala, teraz przyszła kolej na Lisy… Hmmm…. wniosek nasz był dość przerażający – podświadomie musimy uznawać się za jakąś wielką atrakcję.

O pogodzie.

1 października, 2009

Dzień dobry.

Pogoda dziś podła, ale praca wre, nie wiem tylko jak długo, bo w upiornym deszczu nie da się pracować. A upiorny deszcz pewnie dziś spadnie, co chwila zapowiadają go małe szarugi.

Nie wiem, jak gdzie indziej, ale wczoraj nad Wsią wędrowały zimowe chmury – stalowoszare i stalowogranatowe. Czy pierwszy października to zapowiedź zimy?

Co gorsza – jest coraz ciemniej. Z dnia na dzień tego nie widać, ale my wstajemy zawsze około 6.20 i na początku zbiorów było ZAUWAŻALNIE jaśniej.

Jej, jak ja nienawidzę zimy, zimna, krótkich, mrocznych dni i roztopów. A to wszystko już tu jest, tylko jeszcze się kryguje. Ale już niebawem wszyscy wpadniemy w jesienną depresję. Bomba.

pikfe