Archiwum dla Wrzesień 2009

Oj, jest problem.

Wrzesień 30, 2009

Dzień dobry.

Dawno nie pisałam. Prawda jest taka, że jestem trochę znużona po południu i mam średnią chęć na komputer.

Może to jednak tylko półprawda? Obawiam się, że brakuje mi słów. Brakuje mi ich ciągle, a wszystko, co napiszę wydaje mi się głupawe/oczywiste/naiwne/pozbawione sensu/nieciekawe/grafomańskie/żałosno-patetyczne/nudne etc, etc.

Trwają zbiory. Co można mówić o zbieraniu jabłek?

Że to fajne.

Że praca na dworze.

Że ma w sobie coś radosnego, jak winobranie, tyle, że winobranie jest dużo lepiej rozreklamowane i ludzie są gotowi robić to w ramach wakacyjnej przygody.

Że piękna jesień, piękne światło, rano migoczące w każdej kropli rosy.

Że sad pachnie jesienią i jesiennym słońcem.

Że podglądamy ptaki.

Że trudno jest pisać o zbieraniu jabłek codziennie – obfitość owoców jest, ale obfitości w fascynujące zdarzenia brakuje. Albo nie, może nie brakuje, tylko ja nie potrafię jej dostrzec.

Bo może można byłoby wydać zbiór opowiadań o jabłkach? O dramatycznym losie rozdzielonej pary, z której jedno trafia do palety, a drugie na ziemię; o jabłku, które spada i gnije, czekając na mrozy; o innym, które trafia w palecie do chłodni i leży tam, zgnaiatane przez inne, do marca; o ostracyźmie innych jabłek wobec tego, które zaczęło gnić na drzewie; o makabrycznej zbrodni zwójki, która wżarła się jabłku do serca; o jabłku leczącym swoje rany po gradzie; o jabłkach, które powoli umierają na umierającym drzewie.

Wczoraj deszcz, więc nie pracowaliśmy, miałam cały dzień wolny, a ani razu nie pomyślałam o tragediach dziejących się w sadzie 😉 Od dziś już praca i – sorry – no weekend, w soboty też zbieramy. A ja nadal tkwię w niemocy, co mnie gnębi.

pikfe

Giewont. Wspomnienie z gór.

Wrzesień 16, 2009

Dzień dobry.

Dziś będzie bardziej fotoblog, bo trochę nie mam pary po całym dniu zbieraniu gruszki w porażającym upale i w towarzystwie tysięcy pajączków.

To zdjęcia z lipca, z balkonu 🙂

12. lipca, 18.42

12.07.18.42

13. lipca, 04.21

13.07.04.21

14.lipca, 07.18

14.07.07.18

I znów 14. lipca, ale po południu, w porze szczytu… 15.07

14.07.15.07

16. lipca, 07.44

16.07.07.44 bis

16. lipca, 15.03

16.07.15.03

17. lipca, 05.29

17.07.05.29

17. lipca, 16.58

17.07.16.58

18. lipca, 17.05

18.07.17.05

I tak nas pożegnał… 19. lipca o szóstej czterdzieści dwa.

19.07.06.42

Zdaję sobie sprawę, że te zdjęcia nie są piękne, ale zawsze chciałam takie zrobić 🙂 Moim zdaniem są ciekawe, jako ciekawostka. A błędy nauczę się naprawiać.

pikfe

Miało być o czymś innym.

Wrzesień 15, 2009

Dzień dobry.

Miało być o czymś innym, ale w trakcie porannej ppi natrafiłam na bloga Tomasza Łysakowskiego i spędziłam tam trochę czasu, gdyż wpisy tam wydały mi się ciekawe i porządnie napisane, co – jak wiadomo – raczej nie jest regułą w blogowym świecie.

Aż w końcu trafiłam na taki wpis. Dotyczy najlepiej płatnych zawodów, przy czym nie jest zbyt odkrywczy – wiadomo, po jakich studiach absolwenci z reguły znajdują dobrą pracę. Nie jest to kulturoznawstwo, o czym też większość wie. Sama odradzałam ten kierunek moim nielicznym uczniom (z praktyk studenckich) sugerując im jednocześnie, że jeśli koniecznie kulturoznawstwo, to tylko jako drugi kierunek, nie inaczej.

I mimo głębokiego przekonania, podzielanego przez większość moich znajomych-humanistów, że po politechnikach są pieniądze i praca w zawodzie, a początki po studiach humanistycznych mogą być frustrujące, to komentarz Tomasza Łysakowskiego zdziwił mnie i rozdrażnił. Że pozwolę sobie zacytować.

(…) Zaraz potem dreptały potworki typu marketing i zarządzanie, czy już naprawdę niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo i socjologia (podkreślenia moje) (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych).” (…) Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub na kierowniczym stanowisku w centrali dużego banku, a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie. A mimo to chętnych brakuje. Ech, lubimy te zmywaki, lubimy… „

Po pierwsze – naprawdę nie uważam, żeby studia kulturoznawcze niczego sensownego nie uczyły, chyba, że rzeczywiście za jedyny wskaźnik sensowności uznamy praktyczną użyteczność, z czego jednak wynika, że lepiej by ci wszyscy kulturoznawcy zrobili, gdyby chwycili za łopaty. Nie wiem, czy mój rok był specyficzny czy nie, ale spotkałam tam wielu ludzi, którzy mieli w sobie pasję poznania kultury. Być może analiza dzieł filmowych, obserwowanie od początku, jak rodziła się nowa sztuka czy też bardziej ogólnokulturowe zagadnienia dotyczące społeczeństwa konsumpcyjnego, kultury masowej lub kategorii gender wydają się wielu osobom pozbawione sensu, ale nie należy zapominać, że z tych kulturoznawczych i filozoficznych pojęć korzystamy w codziennym życiu. Rodzą się dyskusje, kontrowersje, analizy, które umożliwiają nam lepsze zrozumienie świata, który nas otacza nie tylko w kategoriach praw fizycznych. Czy to jest pozbawione sensu?

Po drugie w moim odczuciu wynika, że absolwenci takich niesensownych kierunków nie mają za grosz ambicji (i zdrowego rozsądku), zadowoli ich ten zmywak w Londynie, bo przecież do czego innego się nadają? Co za idiota wybiera studia, po których będzie biedny (i jeszcze niczego sensownego się nie nauczy)? Czy takie pojęcia, jak „rozwijanie własnych zainteresowań” nie mają zastosowania w dzisiejszym świecie? Czy jedyną ambicją musi być bardzo dobrze płatna i dająca wysoką pozycję społeczną praca?

Po trzecie – dobrze byłoby, gdybyśmy produkowali więcej specjalistów z bardziej rozwojowych dziedzin niż kulturoznawstwo, to jasne i z tym się zgadzam, podobnie jak z matematyką na maturze. Mimo tego sądzę, że nie tylko inżynierowie są nam potrzebni, ale także ludzie, którzy mają rozeznanie w kulturze, rozumieją jej mechanizmy nie tylko opierając się na własnej intuicji, ale mając także solidne podstawy teoretyczne, a takie na kulturoznawstwie można zdobyć, jeśli tylko się chce. Tak, można z pewnością trafić na kulturoznawcę głąba, tak samo jak na lekarza konowała czy też niedouczonego informatyka etc.

Nie jest tak, że całkowicie nie zgadzam się z Tomaszem Łysakowskim i teraz prawdopodobnie wybrałabym inne niż kulturoznawstwo studia, ale te studia nauczyły mnie dużo i to nie samych bezsensów, nic niewartych, choć być może na gotówkę trudno je przeliczyć. Czuję się poruszona porównaniem moich pięciu lat ciężkiej pracy do bezsensu.

pikfe

P.S. Nie wiem też, czy każdy fizyk/informatyk/lekarz etc. ma szansę na wysokie zarobki i wysoką pozycję zawodową. Trochę w to wątpię. Tymczasem kulturoznawcom łatwo jest (tak wynika tylko z mojej obserwacji) zmienić zawód i naprawdę nie dadzą się za pracę w zawodzie zaszlachtować. I często bardzo dobrze im idzie. Bynajmniej nie na zmywaku.

Zbiory.

Wrzesień 10, 2009

Dzień dobry.

Nie mam za bardzo czasu na pisanie, wczoraj zaczęliśmy zbiory i mamy dużo pracy.

O takich dniach można zapomnieć.

230553f1bf73f2selection_214_22

(komiks dzięki Owcy)

Ale ja się bardzo cieszę, lubię to.

pikfe

Google’a tłumacz.

Wrzesień 3, 2009

Dzień dobry.

Tak, tak, wiem, że nic nie jest doskonałe… choć pod pewnymi względami tłumacz Google’a jest. Spójrzcie sami.

Google:

Good morning.

Phew, I returned.

It was funny.

I learned from Uiala that I kiełbie in the head and that, therefore, think fish.

Siberian is a dead mule in the head.

Aardvark has the lead in the head, in the middle wołowinkę.

Ja:

Dzień dobry.

Uff, wróciłam.

Było śmiesznie.

Dowiedziałam się od Uiala, że mam kiełbie we łbie i że w związku z tym myślę rybami.

Sybiraczka ma martwe mule we łbie.

AardvarK ma ołów we łbie, a w środku wołowinkę.

(post Wróciłam, 25.08.2009)

Google:

(„p”brakowało w oryginale) P*lan was such as to reach the Banówkę, from there go on Banikowską Pass and enter the boy, back again to pass and continue on Rohackie Burnt Valley Ponds.

Ja:

P*lan był taki, żeby dojść na Banówkę, stamtąd zejść na Banikowską Przełęcz i wejść na Pacholę, wrócić znów na Przełęcz i dalej Doliną Spaloną nad Rohackie Stawy.

(post Ziarska Chata. Część trzecia i ostatnia, 14.08.2009)

Google:

And Big B, it comes today, when the orchards of my favorite Dutchman (counselor, I really was a foreigner) and I are stuck here and without a sense of frustration gadam.

Ja:

A Big B chodzi dziś po sadach z moim ulubionym Holendrem (doradcą, naprawdę Holendrem), a ja tu tkwię i z frustracji gadam bez sensu.

(post Może powinnam skasować ten wpis?, 01.09.2009)

I Google z francuskiego, tu już wyszło z lekka makabrycznie… „(…) je n’ai pas les ongles sur les deux mains (…)” oznacza, że nie mam paznokci na obu dłoniach, a w oryginale było, że „zrobiłam paznokcie u obu rąk” 🙂 (post Ziarska Chata. Część trzecia i ostatnia, 14.08.2009).

Radzę spróbować, jest śmiesznie 🙂

pikfe

Może powinnam skasować ten wpis?

Wrzesień 1, 2009

Dzień dobry.

Dla mnie znów nie taki dobry, ale jakoś wytrzymuję leżąc w łóżku, choć szlag mnie trafia. Czuję się źle – jak to w chorobie – człowiek ciągle spocony, mokry, brudny, raz mu zimno, zaraz znowu za gorąco, próbuje więc chociaż stopy spod kołdry wystawić, ale Big B czujnym okiem je wyławia i każe chować. Nie wiem dlaczego, ale jakoś szczególnie mu te wystawione stopy doskwierają.

Umysł zwiędnięty, choć ogarniam jeszcze artykuły w „Polityce”, przemykam „Wysokie Obcasy” i przeglądam zbyt New Age’owskie jak na mój gust „Zwierciadło” przyznając jednak, że i tam parę ciekawych artykułów znalazłam. Jak odzyskam trochę mocy, to nawet spróbuję się podzielić, ale siedząc zawinięta w kołdrę przez komputerem i klnąc na fale gorąca co chwila dające czadu jakoś nie mam ochoty dzielić się niczym, choćby to było arcymądre i arcyciekawe.

Kategoria wpisu przyporządkowana do jego sensu, ale czy zawsze trzeba gadać arcymądrze? Czy nie warto (jak to się pisze? przepraszam, nie mam siły sprawdzać, nawet w necie) czasem popieprzyć bez sensu? Nie wiem, bo później w arcymądrych artykułach w arcymądrych i już nie tak mądrych gazetach piszą, że w Internecie jest 99% bzdur. I ja dziś do tych 99% dokładam swoją cegiełkę, tak?

Ponieważ jestem chora i znów obtacza mnie fala gorąca, tak jak coś tam obtacza się w mące przed wrzuceniem na patelnię, to już może sobie te pitu-pitu dywagacje daruję i wrócę do łóżka, zanim Big B wróci. A Big B chodzi dziś po sadach z moim ulubionym Holendrem (doradcą, naprawdę Holendrem), a ja tu tkwię i z frustracji gadam bez sensu.

pikfe