Archiwum dla Sierpień 2009

Zakopane. Część czwarta i ostatnia.

Sierpień 10, 2009

Dzień dobry.

Przez tydzień gościliśmy u siebie Uiala i było bardzo miło, ale trochę absorbująco i stąd luki w opisach górskich wycieczek. Jeszcze nie zakończyłam tego wyjazdu, a już zaniosło się na następny, też w Tatry, ale tym razem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem, wypasiona ekipa, doprawdy.

Ostatnio zeszliśmy z naszej Góry Przeznaczenia, a raczej Big B zszedł, a ja się zczłapałam z powodu obolałej stopy. I kiedy następnego dnia założyłam znowu ten cholerny but, wiedziałam, że nici z kolejnej poważnej wycieczki – w ten sposób odwiedziliśmy Jaskinię Mroźną w Kościeliskiej i choć bardzo chciałam iść gdzieś jeszcze, Big B siłą prawie zaciągnął mnie z powrotem do domu.

Co do jaskini – fajnie, ale niestety byli ludzie, a ludzie niestety nie umieją zachować ciszy, więc darli japy cały czas, a pod ziemią naprawdę jest dużo przyjemniej, kiedy otacza nas cisza, słychać skapującą wodę i pogłos kroków. Udało nam się zostać w ogonie i przez chwilę byliśmy sami i wtedy było … tak, jak nigdzie indziej. I choć to tylko Mroźna, to uczucie niesamowite.

Obraz 238

Zabawniej jeszcze było kiedy wyszliśmy – po zejściu z długich schodków, naszym oczom ukazał się ten widok.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 199

Po lewej stronie – kible i jak to kible, wcale nie pachniały najlepiej. Po prawej stronie – biwak, ludzie, jak to ludzie, siedzą sobie nad strumykiem. Ale przy kiblach?

My wróciliśmy do domu i o losie! pojechaliśmy na Krupówki kupić jakieś buty dla mnie. No… ceny w Zakopanem są dość powalające, mimo, że konkurencja duża. NAJTAŃSZE półbuty znaleźliśmy za 140 złotych i choć jeszcze próbowaliśmy szukać czegoś więcej, to rynek nie dopisał, Scarpy za 800, Ecco za 1000… Zmasakrowało mnie przejście po Krupówkach, ale przynajmniej miałam buty, żeby wybrać się w nich na porządniejszą wycieczkę niż do Mroźnej i z powrotem.

Znów wyruszyliśmy wcześnie, piękna Kościeliska ukazała się nam z rana.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 200

Szliśmy raźnym krokiem, minęliśmy trzy bardzo miłe panie, które pozdrowiły nas uśmiechami, ale okazało się, że nie wszyscy jeszcze wstali.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 203

Choć inni byli już po kąpieli w strumieniu.

Obraz 261

Kiedy doszliśmy do schroniska… było jeszcze zamknięte, a dookoła żywej duszy, co nastroiło nas bardzo pozytywnie. Cóż, naprawdę nie mam nic przeciwko ludziom, ale nie w górach. Chodzenie w wężyku drących japy i kompletnie niemyślących ludzi jakoś mnie nie bawi. Lezą, jak chcą, nie jest istotne, czy zwalają kamienie, czy wypychają się przed innych czy może powinni ustąpić miejsca. Śmiecą i srają gdzie popadnie, zostawiając wszędzie pięknie upstrzone chusteczki higieniczne. Na pewno nie wszyscy i dlatego wychodzimy rano – rano rzadko kogoś się spotyka, więc i prawdopodobieństwo mniejsze, że trafi się na takiego, co właśnie załatwił się obok szlaku.

Plan mieliśmy taki, żeby wejść na Starobociański i zejść do Chochołowskiej przez Kończysty i Trzydniowiański Wierch. Pogoda była piękna.

Obraz 278

I tak ładnie dookoła…

Obraz 280

Nie może być jednak zbyt pięknie – zaraz zrobiło się koszmarnie gorąco i duszno, a okazało się, że w roztargnieniu swoim wypiliśmy już prawie cały sok i znaczną część wody, a na mapie po strumykach ani śladu. Trochę mnie to podłamało i oczywiście nigdy nie chciało mi się pić tak bardzo, jak tamtego dnia. Droga na Iwanicką Przełęcz jest dość kłopotliwa, ale bardzo piękna.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 210

Na Iwanickiej zjedliśmy, spotkaliśmy parę osób i rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę na Ornak w pełnym słońcu. Było ciężko. Miałam omamy strumykowe, tak słuchowe, jak i oczne.

Obraz 292

Na Ornaku nie zabawiliśmy długo z powodu rojów krwiożerczych i bezczelnych much wszelkich znanych mi rodzajów. Szybkim krokiem pośpieszyliśmy do Siwej Przełęczy, a ja wypatrywałam źródełek po drugiej stronie Doliny Starej Roboty. I widziałam je! Wymyśliłam wtedy, że mogłabym być wiedźmą, a na takie okazje zabierać ze sobą miotłę. Dosiadłabym jej, raz-dwa poleciała i napełniła nasze butelki. Big B dziwnie się spojrzał, ale jeszcze dziwniej, kiedy oznajmiłam mu, że musiałabym od czasu do czasu zamieniać go w starego capa, ale tutaj to nawet fajnie, tyle zielonej, zdrowej trawki do jedzenia. Myślę, że dużo czułości wysłał mi w tamtym spojrzeniu 🙂 Na takich pogawędkach mijała nam droga do Siwej Przełęczy. I na takich widokach.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 213

Tatry_lipiec_2009_IXUS 212

A tu już widok z Siwej Przełęczy na Starobociański Wierch. Znów mi się pomyliło, powiedziałam Starorobociański, a Big B na to: „Dlaczego nie możesz tego zapamiętać? Pomyśl o STARYM BOCIANIE!”. Z taką wskazówką zapamiętałam oczywiście i od tamtej chwili wchodziłam na Starobociański Wierch.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 216

Szlak jest bardzo zniszczony, a ekspozycja dość duża. Wchodząc (a raczej prąc do przodu) spotkaliśmy dwóch panów, jeden był bardzo, bardzo przystojny, a obydwaj symaptyczni. Wymieniliśmy informacje na temat szlaków i oni dowiedzieli się, że do Iwanickiej droga jest bardzo przyjemna i much starsznie dużo, a my, że zejście z Trzydniowiańskiego przez Kulawiec i Krowi Żleb jest okrutnie żmudne, a much jeszcze więcej. I w końcu, już prawie gardło zaschło mi z pragnienia, doszliśmy na szczyt. A tam… „Wędrowiec nad morzem mgły” w tatrzańskim wydaniu i bez mgły.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 217

Napotkani niżej panowie – jeden bardzo, bardzo przystojny – mieli rację co do much. Niestety nie dało się wytrzymać dłużej niż chwilę. Popatrzyliśmy na Rohacze i zmykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Obraz 338

Zrobiło się nawet chłodno, co było przyjemnym akcentem, ale nie ugasiło mojego pragnienia w żaden sposób. Wyśledziłam na mapie źródełko gdzieś na Kulawcu i myśl o nim gnała mnie do przodu. Po zejściu na Starobociańską Przełęcz podziwialiśmy wielki masyw Starobociańskiego Wierchu.

Obraz 350

Na Kończystym popas w tłumku ludzi i tłumie much, a potem szybkim krokiem w tłum ludzi na Trzydniowiański i tam w zasadzie bez zatrzymywania się na dół. Szlak na początku jest dość przyjemny i malowniczy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 221

Wpadłam jednak w rozpacz, bowiem okazało się, że strumyk jest tylko sezonowy i to akurat nie był jego sezon. Big B musiał obiecywać mi Pepsi na Polanie Huciska i długo uspokajać. Wiadomo, jak to jest – człowiek idzie za marchewką, a kiedy już prawie jej dosięga, zabierają mu wędkę, chociaż on jest gotów za tę marchewkę zabić. Tylko nawet nie ma kogo! Do tego zrobiło się gorąco i potwornie parno, a zejście w Krowim Żlebie… cóż, nie polecam, chyba, że ktoś lubi chodzić po schodach siedemdziesięciocentymetrowej wysokości. Dla moich kolan to był ból i naprawdę ogarnęło mnie na tym odcinku znużenie. Zastanawiałam się, czemu zamiast w te cholerne góry nie pojechaliśmy na przykład na Malediwy albo na Seszele 🙂 I nagle Big B mówi „Stój! Słyszysz?”. Strumyk! Płynął ukryty w chaszczach, więc Big B uznał, że z pewnością w górnym biegu leży martwa sarna i filtruje wodę, więc ja musiałam napić się pierwsza, ale szczerze mówiąc mógł być nawet martwy niedźwiedź. I pijąc zimną wodę z górskiego strumyka wiedziałam, czemu jednak po raz kolejny wybraliśmy Tatry. Dalej poszło już łatwo, no, może początkowym szokiem, kiedy zeszliśmy do Chochołowskiej.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 223

Na szczęście zaraz wzięliśmy rowery (9 złotych od sztuki… złomu) i migiem znaleźliśmy się na Polanie Huciska, gdzie natychmiast napiłam się obiecanej Pepsi. Busem dojechaliśmy do Kir i stamtąd porządnie zmęczeni samochodem do domu, gdzie oczywiście czytaliśmy do snu.

Następny dzień był leciutki, nawet nie braliśmy plecaków, ale ubawiliśmy się po pachy (prawie dosłownie, bo po łokcie na pewno). Wybraliśmy się Ścieżką Pod Reglami do Doliny Ku Dziurze. Po drodze znów małe ptaszki.

Obraz 356

W Ku Dziurze prawie nie było ludzi, zgodnie z zasadą, że dolinka prowadzi donikąd, a cel… no cóż, jaskinia nie jest imponująca. I kto się chwali, że był w Dolinie Ku Dziurze? Wracając zahaczyliśmy też o Dolinę Za Bramką, jako, że znajomy góral zarzekał się, że prowadzi stamtąd szlak na Łysanki. I nikt o nim nie wie! Cóż, my zawsze byliśmy przekonani, że szlak kończy się u zbiegu dwóch strumieni, no ale skoro góral się zarzeka, to może warto sprawdzić? Po drodze jednak coś innego przykuło naszą uwagę, a była to budowa tam na małych strumykach. Tak, tak, razem mamy 52 lata, więc na początku trochę się kryliśmy, ale potem poszliśmy na całego i skierowaliśmy wodę wyłożoną przez nas drogą. nagromadziliśmy wody w „zbiorniku retencyjnym”, odmuliliśmy dno, zapewniliśmy stały i wartki dopływ, a potem wyżłobiliśmy korytko w żwirze, otworzyliśmy tamę i woda popłynęła tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. A ludzie szli obok. A zabawa była przednia.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 229

A mądrości górala… cóż, wygląda na to, że dawno nie był w górach. Szlaku oczywiście nie ma, choć w 1898 roku Towarzystwo Tatrzańskie wyznaczyło ścieżkę, ale nie doczekała się ona miana szlaku – w przewodniku z lat pięćdziesiątych wymieniona jest jako nieznakowana, choć atrakcyjna, ale wtedy jeszcze można było chodzić nieznakowanymi ścieżkami. Nie przeszkodziło to jednak wesołej rodzince z tatusiem – karkiem wyruszyć w górę. My siedzieliśmy u zbiegu strumieni i słuchaliśmy szemrzenia wody.Obraz 378

Obraz 383

A potem, chyba na fali tego zdziecinnienia, co je tamy wywołały, widzieliśmy trochę nietypowe zwierzę tatrzańskie, smoka mianowicie.

Obraz 377

Każdy, kto smoka widzi i jest chętny, może następnym razem z nami budować tamy na tatrzańskich strumieniach.

I tym dziecinnym akcentem kończę relację z Zakopanego, ale to nie koniec gór, bo przecież zostaje Słowacja. I wreszcie Rohacze.

pikfe

P.S. W domu wzięłam do ręki przewodnik i czytam i cóż widzę? Starorobociański Wierch. Spokojnie, żeby nie dźgnąć zbyt silnie męskiego ego mówię „Ale kochanie, tu jest napisane Starorobociański Wierch. Big B na to, że niemożliwe, ale zaraz do mnie doskakuje i czyta w przewodniku, no tak, rzeczywiście. Ale nie, przewodnika nie czytał, więc wyjmuje mapę i cóż tam widzi napisane? Starorobociański Wierch 🙂

I od tej pory jest Starym Bocianem, hi, hi.

Reklamy

Zakopane. Część trzecia.

Sierpień 5, 2009

Dzień dobry.

W życiu codziennym żadnych krwawych wydarzeń. Siedzimy Na Wsi w miłym towarzystwie Uiala (dawnego Stalkera), który wczoraj stwierdził, że moje chili con carne jest niejadalne. Hm. Inni je jedzą i jakoś nie narzekają.

Wracając jednak do Zakopanego – zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku. W zasadzie nie byliśmy za bardzo zmęczeni, ale trzeci dzień pobytu w górach jakoś nigdy nie należał do udanych – trzy lata temu dostaliśmy udaru, dwa lata temu prawie pozabijaliśmy się między Grzesiem a Rakoniem (Big B chciał jeść w słońcu, bo muchy. Ja w cieniu, bo słońce.), a rok temu wyszliśmy o wiele za późno i z powodu tłumu zawróciliśmy, zanim doszliśmy do Murowańca. W takie dni najlepiej odpocząć. Kocyk, jedzonko, bliska i mało uczęszczana trasa (zgodnie z zasadą – nigdzie nie prowadzi, nie ma spektakularnych widoków, nikt się nie chwali, że TAM był) – wybór padł na Przysłop Kominiarski i Dolinę Lejową. Po drodze – małe ptaszki.

IMG_0157

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami dziki tłum walił w stronę Ornaku, a my niepostrzeżenie prawie skręciliśmy w stronę Doliny Lejowej i po dotarciu na Przysłop stwierdziliśmy, że właśnie tam będziemy leżeć i się relaksować – opalanie, czytanie, spokój, cisza.

Obraz 088

Wleźliśmy na polanę, kocyk został rozłożony, ciała ułożone i wtem oczom ukazało się ciemniejące od much niebo. NIE DAŁO SIĘ. Pożarłyby nas żywcem, nie mówiąc już o komforcie odpoczynku. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że te muchy, że go zeżrą. Wstaliśmy więc i udaliśmy się na ławeczkę nieopodal, gdzie prawie much nie było. I choć mniej przyjemnie, to jednak zaczęliśmy się opalać i czytać. Wysmarowałam się kremem z filtrem (Sybiraczka mnie okrutnie gnębi), acz trochę niedbale. Pokarało mnie szybko – popaliłam się tak niedbale, jak się posmarowałam. Jak nie muchy, to głupota – po półtorej godzinie, kiedy stwierdziłam, że chyba dostałam uczulenia na słońce musieliśmy uciekać. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że to słońce, że nas spali 🙂 W domu załamałam się opalenizną, ale to był dopiero początek opalania się w łatki, o czym później.

Po jakże wspaniałym odpoczynku postanowiliśmy wybrać się na naszą Górę Przeznaczenia, czyli na Małołączniak. Nasza pierwsza wycieczka w Tatry (później Big B wyznał mi, że tak pędziłam, że on w duchu modlił się, żeby następnego dnia padało, bo nie da rady – a to nie kondycja była, tylko miłości skrzydła), góra zaręczynowa poza tym. I do tego lubimy ten szlak, więc znowu wczesna pobudka i marsz do Małej Łąki. Na samym początku podejścia pod Przysłop ujrzałam…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 112

tego samego niedźwiedzia, którego miałam okazję widzieć w zeszłym roku. Drżącą ręką nawet zrobiłam mu zdjęcie. Niedźwiedź ma na imię Spróchniały Pieniek… Prawie dostałam zawału, ale już nic Big B nie mówiłam, poznał prawdę dopiero po powrocie. On tego niedźwiedzia nie widział – ani wtedy, ani teraz. Do moich silnych emocji z nim (tzn. z niedźwiedziem) związanych podchodzi z dużym dystansem.

A później wyszło słońce, niedźwiedzie poznikały i zrobił się elfi las.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 113

Pod Przysłop lekko nie było, mnie tam nigdy lekko nie jest, ale zawsze zostaję nagrodzona już na górze. I widoki i jedzonko – tylko nie tym razem, bo muchy… Ale widoki i owszem. Zieloność poruszająca moje serce.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 114

I potem już Szlak Hawiarski – urokliwy, w cieniu, znów z poczuciem, że jesteśmy tu tylko gośćmi i to nie zawsze mile widzianymi.

IMG_0207

I tak sobie szliśmy w cieniu, podziwiając przyrodę i mówiąc szeptem.

IMG_4356

IMG_4380

IMG_4383

Big B został ukąszony przez pszczołę, ale jego wina, bo położył na niej rękę. Śmiesznie zapiszczał, jak Pippin w filmowej wersji „Władcy pierścieni”, ale nawet się nie zaśmiałam, taka byłam dzielna. Zjedliśmy śniadanie pod granią, dobry Big B przygotował, podczas gdy ja robiłam zdjęcia kwiatkom i zrobiłam ich tyle i takim ładnym kwiatkom, że należy się im osobny wpis na blogu.

Poza tym się zdenerwowałam – zarówno na szlaku na Giewont, jak i tu, jakiś debil zostawiał znak, że był tu.

IMG_4387

Nie rozumiem, nie zrozumiem i zawsze takie zachowania będą mnie denerwować. Ludzie mają maniakalną potrzebę oznaczania swojej obecności – te wszystkie wyryte „Robert Zabrze 2005” albo „Laski z Gdyni 97”, jakby to miało jakieś znaczenie dla potomności. Ale Kali (fan Lechii, jak z innych śladów żeśmy się dowiedzieli) przegiął. I po co, ja się pytam.

Tymczasem robiło się coraz jaśniej i coraz cieplej.

IMG_4376

Aż w końcu wyszliśmy na grzbiet Małołączniaka, tak zwanej przez nas Wielkiej Patelni. Dodam jeszcze, że oszukańczej, bo góra jak zwykle zrobiła mnie w bambuko i udawała, że ma szczyt bliżej niż ma w rzeczywistości. Big B z oszukańczym szczytem w tle.

IMG_4394

I nie było w ogóle ludzi – zwykle na Wielkiej Patelni już ktoś nas wyprzedzał (bardzo dużo czasu zajmują nam popasy, zresztą nie chodzimy za szybko – w końcu nigdzie się nam nie śpieszy) albo deptał po piętach, a tu nic. W całej okolicy widzieliśmy tylko jedną parę wchodzącą na Ciemniak przez Adamicę. I Big B sunął po Wielkiej Patelni, żeby dojść na szczyt (innej góry! dodam dla porządku) przed nimi, a ja… robiłam zdjęcia kwiatkom. Zaskoczenie, prawda?

IMG_4396

IMG_4401

No i w końcu, jak już myślałam, że nie dojdę – doszłam. Wietrzyk wiał ze słowackiej strony, rozkosz, pomyślałam, siądniemy sobie i w ciszy odpoczniemy, zanim ruszymy dalej. Znaleźliśmy ładne miejsce z widokiem na Krywań, zdjęliśmy plecaki, zasiedliśmy, wstaliśmy, założyliśmy plecaki i poszliśmy dalej, zostawiając na szczycie Małołączniaka roje much. No ile można?

Na Krzesanicy spotkaliśmy się z ludźmi, którzy wchodzili na Ciemniak, wymieniliśmy się poglądem, że miło tak samemu pochodzić po polskich Tatrach i że te muchy są i w jedną i w drugą stronę i że chyba kolejka na Kasprowy dziś nie jeździ, bo przecież ktoś by już doszedł, a tu pustki.Poza muchami oczywiście. Widzicie, ile tego badziewia w kadrze? Już teraz wiem, jak robi się zdjęcia UFO.

IMG_4415

Widok z Krzesanicy na Ciemiak z jednej strony…

IMG_0241

… i na chmury kłębiące się nad Wysokimi z drugiej…

IMG_0222

Na Krzesanicy oczywiście milion much, więc szybko uciekaliśmy i nawet zrobiło nam się smutno, że wycieczka zaraz się kończy. Przemknęliśmy więc na Ciemniak napotykając już parę osób. Krzesanica, Małołączniak i czubek Giewontu.

IMG_0251

I Rohacze w Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie, marzenie Big B od zeszłego roku.

IMG_0309

Zdecydowaliśmy, że schodzić będziemy Doliną Tomanową, bo to szlak piękny i niepopularny, choć ma jedną wielką wadę – potem trzeba przejść całą Dolinę Kościeliską (czego unika się schodząc mniej pięknym i bardziej popularnym szlakiem przez Adamicę) w porze… no… szczytu. Ale Tomanowa jest piękna.

IMG_0280

IMG_4434

I można robić piękne ujęcia… roślinności.

IMG_4431

Ale niestety – mój super nowy but zawiódł – przy Kościeliskiej już się wlokłam. Są bardzo wygodne, ale lewy ma fabryczną (mam nadzieję!), bardzo dobrze ukrytą wadę, która jednak uaktywnia się po paru godzinach ciągłego chodzenia. Byłam z lekka załamana, zwłaszcza, że wiedziałam, że nie ma szans, żebym poszła w tych butach następnego dnia. Ale ciii, jeszcze nic Big B nie mówiłam, żeby mu nie psuć wycieczki koniecznością współczucia mi.

IMG_4439

Poddałam się przy Ornaku, zdjęłam buta, żeby stopa odpoczęła i zastanawiałam się, jak dojdę, kiedy pewna niezbyt rozgarnięta rodzinka rozbawiła nas do łez. Dopadł synuś do tego znaku.

IMG_4445

I drze się (w ogóle dużo ludzi się drze w górach) do podążających rodziców, że kurcze blade, nie napisali, ile jeszcze do tego schroniska, ale drogowskaz jest! I zatrzymują się, wyciągają mapę, przekręcają mapę, kombinują, jakby tu spojrzeć, żeby dobrze było, wszystko trwa ładnych pięć minut, aż nagle dochodzą do wspaniałego wniosku! Tak! schronisko jest tuż obok, wystarczy spojrzeć wokół siebie, budynek widać między drzewami. Ha! Ha! To pewnie dlatego nie napisali, ile jeszcze czasu do schroniska. Ha! Ha!

My się zebraliśmy (schroniska nawet nie ryzykowaliśmy) i w tłumie ruszyliśmy do Kir, a moja noga doskwierała mocno. Napotkaliśmy po drodze stado beczących owiec, bardzo śmierdzą, ale są urokliwe.

IMG_4453

I w końcu dotarliśmy do domu, razem z moją obolałą stopą, która jutro uniemożliwi nam prawdziwą wycieczkę i będziemy musieli zadowolić się Jaskinią Mroźną i lekturami w domu.

pikfe

P.S. Zza ramienia czytał mi Uial i poprawiał błędy, za co wielkie dzięki.

Zakopane. Część druga.

Sierpień 3, 2009

Dzień dobry.

Dziś Zakopanego ciąg dalszy i ten ciąg czas jakiś jeszcze będzie trwał. Z ciekawych i krwawych zdarzeń zycia codziennego dodam, że dziś przy krojeniu cebuli usiłowałam uciąć sobie dwa palce lewej ręki, co jednak nie do końca mi się udało.

Po rozchodzeniu, będącym rozchodzeniem nieco zbyt długim, zdecydowaliśmy, że wejdziemy na Giewont. Big B był, ale ja nigdy. Dawnymi laty Mami zabroniła, a ostatnimi czasy nie za bardzo mieliśmy ochotę w tym tłumie. Ale tym razem zapragnęłam, więc pobudka bardzo wczesna, przed piątą, o ile dobrze pamiętam. Inaczej to przecież nie miałoby sensu. Szliśmy Doliną Małej Łąki na Polanę. Było pięknie. Cicho, chłodno, bez ludziów.

Obraz 035

Obraz 038

Idąc dnem dawnego jeziora widzieliśmy sarnę i słyszeliśmy bardzo donośnie rechoczącą żabę… tak się mówi? Rechocząca żaba? Hmmm… pewnie kumkająca – w każdym razie była głośna. A my cały czas szliśmy sami. Czuje się wtedy coś, co znika, kiedy idzie się w szplaerze lub wężyku innych turystów – to poczucie, że góry nie są nasze, że jest tam pełno innych stworzeń, które mają do nich większe prawo, lepiej się w nich czują, tam się urodziły i tam zostaną. Lekki dreszcz na plecach, słabe, ale jednak poczucie osamotnienia i świadomość, że jest się tylko nieproszonym gościem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 074

Że nawet, kiedy do siebie szepczemy, płoszymy ptaki. I że są nawet w tatrach miejsca, gdzie człowiek jeszcze nie sięgnął.

Obraz 046

Nie szpeszyliśmy się zbytnio, ale też nikt nas nie gonił. Spotkaliśmy na szlaku dwójkę turystów, byli symaptyczni, zagadaliśmy, jak to zwykle, kiedy spotyka się tylko dwójkę – szli na Giewont, tak jak my, ale nie znali drogi, nie mieli mapy. Mnie to zawsze trochę dziwi. Tymczasem do Giewontu jeszcze kawałek.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 080

Szlak, jak widać. Sypią się kamienie po głowie. Idziemy, idziemy i zbliżamy się. Nadal sami.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 081

Big B dzielnie prze pod górę, a ja ciągle zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia kwiatkom. Uwielbiam to.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 087

W kosodrzewinie zaczyna robić się gorąco, zdejmuję getry i cieszę się, że nie więcej niż godzina przed nami, potem tylko schodzenie (dla moich kolan aż)  bez bezlitosnego prażenia na graniach. Na Przełęczy Kondrackiej uroczy widok. Pustka.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 090

Acz – choć nie ma to wielkiego znaczenia – nie byliśmy pierwi. Wyprzedzili nas „na maksa oldskulowi” niemieccy studenci oraz jeden młody chłopak. Niemniej jednak na szczycie byliśmy dłuższą chwilę całkiem sami. To już coś, prawda? 🙂

Tatry_lipiec_2009_IXUS 091

Obraz 052

Obraz 059Giewontowa trawka.

Schodziliśmy przez Siodło akurat wtedy, kiedy pierwsze tłumy ruszały w górę – uff, co za ulga. Big B gnał na dół, a ja kuśtykałam o kijkach i robiłam zdjęcia kwiatkom.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 099

Tatry_lipiec_2009_IXUS 100

I tak, w miarę spokojnie zeszliśmy na przełęcz w Grzybowcu, gdzie już naprawdę niezłe tłumy szykowały się na górę. Ależ byliśmy z siebie zadowoleni 🙂

I jeszcze to zdjęcie dla porównania.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 108

Jutro zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku, a dziś idę już spać. Dobranoc.

pikfe