Ziarska Chata. Część pierwsza.

Dzień dobry.

Dziś żegnamy Zakopane, szczęśliwie w niezbyt dobrą pogodę. Ostatniego popołudnia pojechaliśmy na Olczański Wierch cieszyć się widokami, nie my jedni zresztą.

Obraz 390

A potem znad Tatr Wysokich i równocześnie znad Kościeliskiej wynurzyły się burze i lało, aż z Olczańskiego spływaliśmy. W efakcie następnego dnia góry były w chmurach całkowicie i nawet najmniejszej skałki na Giewoncie nie dostrzegłam przez chmury, a kiedy próbowałam je wypatrzeć, Big B zaczynał wpadać w panikę. No bo jak tak będzie lać, to co on będzie czytał w schronisku? Przeczytał już większość tego, co zabrał, jako, że unikamy lansu na Krupówkach i po wycieczkach wracamy do domu. I zakiełkowała w jego głowie myśl, żeby udać się do Krakowa – kupimy książki, ja w Krakowie nie byłam poza półdniową wizytą w dzieciństwie, z której pamiętam tylko Smoka Wawelskiego ziejącego ogniem. Nie byłam jakaś zachwycona, nie powiem, miałam nadzieję, że z rana (musieliśmy opuścić pokój do siódmej) pojedziemy na Słowację i tam sobie pobędziemy. Nie wiem, co mielibyśmy tam robić, jako, że w schronisku mieliśmy zameldować się po 19, ale wiecie, jak ktoś ma delikatne reisefieber, to wolałby jednak w okolicy tego schroniska się pokręcić, choćby i trzeba było parę godzin się kręcić. Ale Big B bardzo chciał jechać do Krakowa, a ja pomyślałam, że ma dobry pomysł, a w każdym razie na pewno lepszy niż mój, który w najbardziej optymistycznej wersji zakładał parogodzinne czekanie na słowackim parkingu w słońcu, a w najbardziej pesymistycznej – w deszczu.

I tak pojechaliśmy do Krakowa, nową drogą (przynajmniej na niektórych odcinkach). I Big B stwierdził, że bez sensu, bo może i pasów więcej, ale kiedyś można było popatrzeć na strumyk (teraz już nie, ekrany), a podróż miała w sobie jakiś czar. A teraz mknie się po prostu i w zasadzie między Krakowem a Zakopanem nic nie ma. Jak w Niemczech, kiedy podróżuje się autostradą.

Jak jest w Krakowie każdy wie, a ja – byłam zachwycona, Kraków ujął mnie jeszcze bardziej niż Lublin i od tamtego dnia będzie mi się kojarzył z książkową rozpustą. W Ziarskiej mogłoby lać 7/7 i 24/24, a my nadal mielibyśmy co czytać. Poszliśmy poza tym na kawę, zjedlim obiad i wypróbowalim nasze nowe kurtki, kiedy lało okrutnie w czasie obchodzenia Wawelu. I Smok nadal tam jest, taki, jakim zapamiętałam go z dzieciństwa.

A potem pojechaliśmy na Słowację. Pierwsze wrażenia? W porównaniu z Zakopanem mało cywilizacji turystycznej, biedniej, mniej gęsto, acz architektoniczne koszmary w spadku po poprzedniej epoce i owszem. No, ale u nas mamy już takież koszmary w spadku po epoce obecnej, więc jesteśmy do przodu. Tatr od strony południowej oczywiście nie widzieliśmy poprzez chmury, ale to przecież nic straconego, będziemy jeszcze wracać.

Po drodze zajechaliśmy do miejscowości Štrbské Pleso, obejrzeć jezioro. I zakochaliśmy się.

Obraz 416

Obraz 417

Niestety, nawet nie zdążliśmy zamontować naszego statywu, kiedy zaczęło lać okrutnie i trzeba było uciekać z powrotem do samochodu.

W końcu dojechaliśmy na parking przed Ziarską Doliną, a tam szlaban i żywej duszy. Przeszliśmy się w nadziei, że może 0 19, jak było umówione, jakaś dobra dusza przyjedzie i zaeskortuje nas do schroniska, ale skoro nikt się nie pojawił, chwyciłam za słuchawkę i mówię, że szlaban jest zamknięty i raczej nie przejedziemy, a oni mi na to, żeby go otworzyć. Hm… okazało się, że łańcuch i kłódka tylko udają, więc pikfe popędziła otwierać szlaban.

Obraz 420

Kiedy rezerwowałam nocleg w schronisku, obsługa (piszę tak, ponieważ nikt nigdy nie podpisał się żadnym mailem) tłumaczyła, że nie możemy dojechać samochodem, bo zimą zeszła wielka lawina i zabrała most. Naprawili go tuż przed naszym przyjazdem i dlatego mogliśmy dojechać autem, a lawina… cóż. W rejonie Doliny Żarskiej ogromne lawiny zdarzają się często, w 2000 roku spod Przysłopu zeszła lawina długa na trzy kilometry,  szeroka na 200 metrów, która częściowo przysypała schronisko i turystów znajdujących się dookoła, ale na szczęście nikt wówczas nie zginął. Tej zimy jedna z lawin musiała też przejść tuż obok Chaty, bo jeden z budynków miał naderwany dach, a dwa świerki tuż obok ułamały się w połowie, jak dwie zapałki. Zresztą, sami zobaczcie, jaka to była lawina – w trzecim tygodniu lipca, na dnie doliny tyle śniegu?

Obraz 423

Obraz 422

A ten mostek…Szczerze mówiąc trochę zamarłam, kiedy go zobaczyłam. Big B zresztą też. Dopiero następnego dnia okazało się, że jeżdżą po nim wielgachne traktory.

Obraz 424

W schronisku obsługa okazała się bardzo miła, po spisaniu wszystkich numerów identyfikacyjnych, imion, nazwisk, dokładnych adresów z naszych dowodów oraz wręczeniu nam obowiązkowej ankiety, w której jeszcze raz trzeba było podać to wszystko, tylko samemu poszliśmy do naszego pokoju. Łóżka wygodne, bardzo, bardzo czysto, tak w pokoju, jak i w łazienkach. Schronisko jest dopiero parę lat po remoncie i to widać. Nie trzeba sikać „na narciarza” jak jeszcze do zeszłego roku w Dolinie Pięciu Stawów.  Polecam Ziarską Chatę z czystym sercem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 334

Potem pani objaśniła nam działanie piekielnej machiny łazienkowej. Otóż, do urządzenia…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 331

wkładamy otrzymany w barze żeton (pierwszy raz chodziłam do baru, żeby móc się wykąpać). Naciskamy przycisk…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 332

Woda zaczyna lecieć, ale… mamy tylko trzy minuty! I zastopować machinę można tylko raz w celu namydlenia ciała i naszamponienia głowy. Później znów start i płuczemy ciało. I ja to rozumiem – ludzi w schronisku dużo, każdy ma prawo się wykąpać w ciepłej wodzie, nie dłużej niż po kwadransie od momentu, kiedy umyśli sobie kąpiel, ale jedna rzecz w tym urządzeniu była naprawdę potworna – przerywanie. Pod sam koniec (minimum 30 sekund) woda leciała przez chwilkę, a zaraz potem przestawała i tak w kółko. Masakra. Efekt był taki, że nauczyliśmy się myć w dwie i pół minuty, a kiedy zaczynało przerywać, umykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Przyznałam się też Big B do źródła moich głębokich lęków związanych z pobytem w schronisku – obciach będzie, jak to napiszę, ale ci, co dobrze mnie znają raczej się zbyt nie zdziwią – moją głowę zaprzątała nieustająca troska o to, co będziemy jedli i pili w górach. W Zakopanem jest łatwo, tak? A tam? Na Słowacji? I do tego jeszcze w schronisku? Jak kupimy bułki? Jak kupimy wodę? Tam w ogóle dowożą jedzenie?

Dowozili jedzenie, wrzątek to nawet za darmo dawali, śniadania i obiady były bezproblemowo, choć dość wstrętne. Big B trochę się ze mnie śmiał.  „Parki” (czyli parówki) będą mi się śniły po nocach, zwłaszcza, że nawet schroniskowy pies nie chciał ich tknąć, a my wcinaliśmy co rano. A woda? No cóż, strumyków jest całkiem sporo. Co prawda kiedy ostatnio oznajmiłam Sybiraczce, że pijemy ze strumienia wydała z siebie pisk i wrzasnęła do Sybiraka „Sybiraku, oni PIJĄ wodę ze strumienia!!!”, a w odpowiedzi usłyszałam okrzyk przerażenia i wyduszone zdanie, że tam misie sikają albo jeszcze coś gorszego. Coś gorszego niż misie niż coś gorszego niż siki? 🙂

Pierwszy dzień w słowackich Tatrach przywitał nas piękną pogodą. Zaplanowaliśmy wycieczkę na Banówkę, a stamtąd przez Trzy Korony na Smutną Przełęcz i z powrotem do schroniska. Big B  mówił o jakiś niebezpiecznych miejscach, ale widziałam na mapie tylko trzy wykrzykniki, więc za bardzo się nie przejmowałam. Na drogowskazie 2.30 na Banówkę, a my ruszamy w drogę. Zniszczenia polawinowe w dolinie.

Obraz 432

I mozolnie idziemy w górę podziwiając wielki masyw Barańca.

Obraz 440

Droga jest… koszmarna. Nie wiem dlaczego, ale w ogóle nam ten szlak nie podszedł, umęczyliśmy się okrutnie i naprawdę miałam wrażenie, że nie dojdziemy. Nie żeby było brzydko.

Obraz 448 Ale udało się, dochodzimy do przełęczy, wspinamy się na Przysłop, a zaraz potem jemy na szczycie Banówki i dziwimy się, jak to jest możliwe, żeby przejść ten odcinek w 2.30?! Tak szybko? My wlekliśmy się ponad trzy.

Obraz 477

A potem… maskara. Góra, która z naszej strony wyglądała jak Grześ, z drugiej wygląda jak Giewont od północnej strony. Hm… przecież po to pojechaliśmy w Tatry Zachodnie, żebym nie musiała po graniach łazić i widzieć Big B spadającego na dół, tudzież dostawać palpitacji serca przy każdym zawachaniu. Nie mam lęku wysokości, mam za to potwornego cykora. A Big B zaświeciły się oczy z radości na widok tych wszystkich skałek i grani. No i ruszyliśmy do przodu wśród moich popiskiwań, utaskiwań, narzekań, przestróg, drżących nóg, dygoczących rąk i powtarzania „Co ja tu robię? Uważaj! To mnie zabije? Jezu, ale przepaść! Nie idź na tamte skałki!AAAaaaa!”

Tatry_lipiec_2009_IXUS 233

Tatry_lipiec_2009_IXUS 237

No normalnie widziałam nas lecących w przepaść i zastanawiałam się, kiedy ten koszmar się skończy, aż nagle mój wzrok powędrował na domniemaną trasę naszej wycieczki i oto, co zobaczyłam.

Obraz 461

Nie pocieszył mnie ten widok, nie powiem, ale Big B był tak szczęśliwy łażąc po skałkach, że nie miałam serca zawrócić i posiłkowałam się myślą, że na pewno tam nie idziemy, choć przecież widziałam, że właśnie tam idziemy, Hruba Kopa i Trzy Korony. Drżałam okrutnie, aż do momentu, kiedy pojawił się świstak.

Obraz 487

Jak na zawołanie, bo Big B mówił może godzinę wcześniej, że nigdy świstaka nie widział i chciałby zobaczyć. Świstak siedział na czubku skały i obserwował okolicę, co jakiś czas gwizdając ostrzegawczo do swoich ukrytych kamratów. Był piękny. Są takie zwinne, dla mnie to takie górskie kocury. Ponadto dzięki niemu mogliśmy obejść ohydną skałkę boczną ścieżynką i Big B nie ględził pod nosem, że on chce tamtędy. Nikt przecież nie chce wypłoszyć świstaka. Tymczasem szczyt kolejny się zbliżał, w końcu weszliśmy i jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że to Banówka! Wcale nie ten wcześniej, to był Przysłop, a ten, o którym myśleliśmy, że to Przysłop, to był jakiś bezimienny, oszukańczy szczycik. Ponieważ dotarci na Banówkę zajęło nam (z popasem) jakieś cztery godziny, stwierdziliśmy, że Słowacy muszą mieć chyba jakieś motorki w tyłkach.

Zaczęliśmy iść w stronę Hrubej Kopy i Trzech Koron i zaczął się koszmar. Przepaście z jednej i z drugiej strony, łańcuchy, kominy, a purysta jakiś wyznaczył szlak SAMYM CZUBKIEM grani. Big B w niebo wzięty, a ja w ostatnim kręgu piekła się smażę. Bałam się strasznie, w którymś momencie kazałam (KAZAŁAM) Big B iść boczną ścieżką, nie był zbyt szczęśliwy, ale poszedł. Potem dopiero wyznał mi, że był wściekły, że są takie fajne skałki, a on tu musi je obchodzić, ale w tamtym krytycznym momencie, kiedy łzy napływały mi do oczu, zachował się bez zarzutu. Później zjedliśmy czekoladę, zostałam wytulona, obejrzałam się dokładnie (nadal żyję), obejrzałam Big B (też żył), spotkaliśmy emerytkę o kulach, która przeszła Trzy Korony (acz mówiła, że było ciężko) i jakoś humor mi się poprawił, choć było z lekka ekstremalnie. Muszę przyznać, że nawet się ubawiłam. Tu Big B, wyjątkowo trzyma się łańcucha. W dole jeden z Rohackich Stawów.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 243

A tu ja się gramolę.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 248

Takie ścianki mieliśmy do pokonania. I inne też, ale ręce za bardzo mi się trzęsły, żeby robić zdjęcia 😉

Tatry_lipiec_2009_IXUS 244

Tatry_lipiec_2009_IXUS 245

I w końcu zeszliśmy i nawet było mi żal, że to już koniec, bo poczułam się pewniej i sprawiało mi to sporą frajdę. Chodziłam kiedyś troszkę na sztuczną ściankę i moim zdaniem wspinaczka przypomina trochę jogę – w każdym momencie trzeba mieć na uwadze każdą część swojego ciała, co wymaga skupienia. Tego rodzaju skupienie przynosi ze sobą w darze prawdziwy psychiczny odpoczynek, a jednocześnie fizycznie człowiek odczuwa zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż na przykład w czasie mozolenia się na Wielkiej Patelni pod Małołączniakiem. Zeszliśmy pięknie ze Smutnej Przełęczy do schroniska, podziwiając jeszcze jednego świstaka i jedząc w ciszy gór batony.

Na Słowacji fantastyczne jest to, że nie ma ludzi – praktycznie cały czas szliśmy sami, a wyszliśmy parę minut po ósmej. Po piętnastej z trudem dostrzeże się pojedynczych turystów, a po osiemnastej człowiek jest sam. Przez cały dzień spotkaliśmy może sto osób. To jest już luksus moi drodzy. I te widoki, których jeszcze nie znaliśmy. Rohacze, a w tle nasze Wysokie.

Obraz 471

Drugi dzień pobytu na Słowacji przeznaczyliśmy na odpoczynek, bo pogoda średnio dopisała. Borys już marzył o swoich Rohaczach, ale mogło się rozpadać (ostatecznie się nie rozpadało), więc zabraliśmy książki i wyszliśmy w góry znaleźć jakieś przyjemne miejsce. Big B czytał wtedy „Krzyżacki poker” – mamy 1957 rok, Polska rozciąga się od morza do morza, Zakon Krzyżacki jest naszym knującym spiski, ale jednak lennikiem,  a Wielka Brytania i Irlandia są emiratami…   Ja zaś zabrałam „Marzyciela” Iana McEwana i jestem tą książką oczarowana, dawno nie czytałam nic, co tak bardzo by mi się podobało. Taka współczesna wersja „Małego Księcia”. Jednak nie tylko czytałam 🙂

Obraz 539

W drodze powrotnej pokłóciliśmy się o kichanie. Kich się nosem czy ustami? Prawieśmy się na szlaku pozabijali.

Jutro Rohacze.

pikfe

Reklamy
Explore posts in the same categories: Tatry, Tatry

Tagi: , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: