Zakopane. Część trzecia.

Dzień dobry.

W życiu codziennym żadnych krwawych wydarzeń. Siedzimy Na Wsi w miłym towarzystwie Uiala (dawnego Stalkera), który wczoraj stwierdził, że moje chili con carne jest niejadalne. Hm. Inni je jedzą i jakoś nie narzekają.

Wracając jednak do Zakopanego – zaczynamy od niezbyt udanego wypoczynku. W zasadzie nie byliśmy za bardzo zmęczeni, ale trzeci dzień pobytu w górach jakoś nigdy nie należał do udanych – trzy lata temu dostaliśmy udaru, dwa lata temu prawie pozabijaliśmy się między Grzesiem a Rakoniem (Big B chciał jeść w słońcu, bo muchy. Ja w cieniu, bo słońce.), a rok temu wyszliśmy o wiele za późno i z powodu tłumu zawróciliśmy, zanim doszliśmy do Murowańca. W takie dni najlepiej odpocząć. Kocyk, jedzonko, bliska i mało uczęszczana trasa (zgodnie z zasadą – nigdzie nie prowadzi, nie ma spektakularnych widoków, nikt się nie chwali, że TAM był) – wybór padł na Przysłop Kominiarski i Dolinę Lejową. Po drodze – małe ptaszki.

IMG_0157

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami dziki tłum walił w stronę Ornaku, a my niepostrzeżenie prawie skręciliśmy w stronę Doliny Lejowej i po dotarciu na Przysłop stwierdziliśmy, że właśnie tam będziemy leżeć i się relaksować – opalanie, czytanie, spokój, cisza.

Obraz 088

Wleźliśmy na polanę, kocyk został rozłożony, ciała ułożone i wtem oczom ukazało się ciemniejące od much niebo. NIE DAŁO SIĘ. Pożarłyby nas żywcem, nie mówiąc już o komforcie odpoczynku. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że te muchy, że go zeżrą. Wstaliśmy więc i udaliśmy się na ławeczkę nieopodal, gdzie prawie much nie było. I choć mniej przyjemnie, to jednak zaczęliśmy się opalać i czytać. Wysmarowałam się kremem z filtrem (Sybiraczka mnie okrutnie gnębi), acz trochę niedbale. Pokarało mnie szybko – popaliłam się tak niedbale, jak się posmarowałam. Jak nie muchy, to głupota – po półtorej godzinie, kiedy stwierdziłam, że chyba dostałam uczulenia na słońce musieliśmy uciekać. Big B ględził, że po co on ten koc targał, że to słońce, że nas spali 🙂 W domu załamałam się opalenizną, ale to był dopiero początek opalania się w łatki, o czym później.

Po jakże wspaniałym odpoczynku postanowiliśmy wybrać się na naszą Górę Przeznaczenia, czyli na Małołączniak. Nasza pierwsza wycieczka w Tatry (później Big B wyznał mi, że tak pędziłam, że on w duchu modlił się, żeby następnego dnia padało, bo nie da rady – a to nie kondycja była, tylko miłości skrzydła), góra zaręczynowa poza tym. I do tego lubimy ten szlak, więc znowu wczesna pobudka i marsz do Małej Łąki. Na samym początku podejścia pod Przysłop ujrzałam…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 112

tego samego niedźwiedzia, którego miałam okazję widzieć w zeszłym roku. Drżącą ręką nawet zrobiłam mu zdjęcie. Niedźwiedź ma na imię Spróchniały Pieniek… Prawie dostałam zawału, ale już nic Big B nie mówiłam, poznał prawdę dopiero po powrocie. On tego niedźwiedzia nie widział – ani wtedy, ani teraz. Do moich silnych emocji z nim (tzn. z niedźwiedziem) związanych podchodzi z dużym dystansem.

A później wyszło słońce, niedźwiedzie poznikały i zrobił się elfi las.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 113

Pod Przysłop lekko nie było, mnie tam nigdy lekko nie jest, ale zawsze zostaję nagrodzona już na górze. I widoki i jedzonko – tylko nie tym razem, bo muchy… Ale widoki i owszem. Zieloność poruszająca moje serce.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 114

I potem już Szlak Hawiarski – urokliwy, w cieniu, znów z poczuciem, że jesteśmy tu tylko gośćmi i to nie zawsze mile widzianymi.

IMG_0207

I tak sobie szliśmy w cieniu, podziwiając przyrodę i mówiąc szeptem.

IMG_4356

IMG_4380

IMG_4383

Big B został ukąszony przez pszczołę, ale jego wina, bo położył na niej rękę. Śmiesznie zapiszczał, jak Pippin w filmowej wersji „Władcy pierścieni”, ale nawet się nie zaśmiałam, taka byłam dzielna. Zjedliśmy śniadanie pod granią, dobry Big B przygotował, podczas gdy ja robiłam zdjęcia kwiatkom i zrobiłam ich tyle i takim ładnym kwiatkom, że należy się im osobny wpis na blogu.

Poza tym się zdenerwowałam – zarówno na szlaku na Giewont, jak i tu, jakiś debil zostawiał znak, że był tu.

IMG_4387

Nie rozumiem, nie zrozumiem i zawsze takie zachowania będą mnie denerwować. Ludzie mają maniakalną potrzebę oznaczania swojej obecności – te wszystkie wyryte „Robert Zabrze 2005” albo „Laski z Gdyni 97”, jakby to miało jakieś znaczenie dla potomności. Ale Kali (fan Lechii, jak z innych śladów żeśmy się dowiedzieli) przegiął. I po co, ja się pytam.

Tymczasem robiło się coraz jaśniej i coraz cieplej.

IMG_4376

Aż w końcu wyszliśmy na grzbiet Małołączniaka, tak zwanej przez nas Wielkiej Patelni. Dodam jeszcze, że oszukańczej, bo góra jak zwykle zrobiła mnie w bambuko i udawała, że ma szczyt bliżej niż ma w rzeczywistości. Big B z oszukańczym szczytem w tle.

IMG_4394

I nie było w ogóle ludzi – zwykle na Wielkiej Patelni już ktoś nas wyprzedzał (bardzo dużo czasu zajmują nam popasy, zresztą nie chodzimy za szybko – w końcu nigdzie się nam nie śpieszy) albo deptał po piętach, a tu nic. W całej okolicy widzieliśmy tylko jedną parę wchodzącą na Ciemniak przez Adamicę. I Big B sunął po Wielkiej Patelni, żeby dojść na szczyt (innej góry! dodam dla porządku) przed nimi, a ja… robiłam zdjęcia kwiatkom. Zaskoczenie, prawda?

IMG_4396

IMG_4401

No i w końcu, jak już myślałam, że nie dojdę – doszłam. Wietrzyk wiał ze słowackiej strony, rozkosz, pomyślałam, siądniemy sobie i w ciszy odpoczniemy, zanim ruszymy dalej. Znaleźliśmy ładne miejsce z widokiem na Krywań, zdjęliśmy plecaki, zasiedliśmy, wstaliśmy, założyliśmy plecaki i poszliśmy dalej, zostawiając na szczycie Małołączniaka roje much. No ile można?

Na Krzesanicy spotkaliśmy się z ludźmi, którzy wchodzili na Ciemniak, wymieniliśmy się poglądem, że miło tak samemu pochodzić po polskich Tatrach i że te muchy są i w jedną i w drugą stronę i że chyba kolejka na Kasprowy dziś nie jeździ, bo przecież ktoś by już doszedł, a tu pustki.Poza muchami oczywiście. Widzicie, ile tego badziewia w kadrze? Już teraz wiem, jak robi się zdjęcia UFO.

IMG_4415

Widok z Krzesanicy na Ciemiak z jednej strony…

IMG_0241

… i na chmury kłębiące się nad Wysokimi z drugiej…

IMG_0222

Na Krzesanicy oczywiście milion much, więc szybko uciekaliśmy i nawet zrobiło nam się smutno, że wycieczka zaraz się kończy. Przemknęliśmy więc na Ciemniak napotykając już parę osób. Krzesanica, Małołączniak i czubek Giewontu.

IMG_0251

I Rohacze w Tatrach Zachodnich po słowackiej stronie, marzenie Big B od zeszłego roku.

IMG_0309

Zdecydowaliśmy, że schodzić będziemy Doliną Tomanową, bo to szlak piękny i niepopularny, choć ma jedną wielką wadę – potem trzeba przejść całą Dolinę Kościeliską (czego unika się schodząc mniej pięknym i bardziej popularnym szlakiem przez Adamicę) w porze… no… szczytu. Ale Tomanowa jest piękna.

IMG_0280

IMG_4434

I można robić piękne ujęcia… roślinności.

IMG_4431

Ale niestety – mój super nowy but zawiódł – przy Kościeliskiej już się wlokłam. Są bardzo wygodne, ale lewy ma fabryczną (mam nadzieję!), bardzo dobrze ukrytą wadę, która jednak uaktywnia się po paru godzinach ciągłego chodzenia. Byłam z lekka załamana, zwłaszcza, że wiedziałam, że nie ma szans, żebym poszła w tych butach następnego dnia. Ale ciii, jeszcze nic Big B nie mówiłam, żeby mu nie psuć wycieczki koniecznością współczucia mi.

IMG_4439

Poddałam się przy Ornaku, zdjęłam buta, żeby stopa odpoczęła i zastanawiałam się, jak dojdę, kiedy pewna niezbyt rozgarnięta rodzinka rozbawiła nas do łez. Dopadł synuś do tego znaku.

IMG_4445

I drze się (w ogóle dużo ludzi się drze w górach) do podążających rodziców, że kurcze blade, nie napisali, ile jeszcze do tego schroniska, ale drogowskaz jest! I zatrzymują się, wyciągają mapę, przekręcają mapę, kombinują, jakby tu spojrzeć, żeby dobrze było, wszystko trwa ładnych pięć minut, aż nagle dochodzą do wspaniałego wniosku! Tak! schronisko jest tuż obok, wystarczy spojrzeć wokół siebie, budynek widać między drzewami. Ha! Ha! To pewnie dlatego nie napisali, ile jeszcze czasu do schroniska. Ha! Ha!

My się zebraliśmy (schroniska nawet nie ryzykowaliśmy) i w tłumie ruszyliśmy do Kir, a moja noga doskwierała mocno. Napotkaliśmy po drodze stado beczących owiec, bardzo śmierdzą, ale są urokliwe.

IMG_4453

I w końcu dotarliśmy do domu, razem z moją obolałą stopą, która jutro uniemożliwi nam prawdziwą wycieczkę i będziemy musieli zadowolić się Jaskinią Mroźną i lekturami w domu.

pikfe

P.S. Zza ramienia czytał mi Uial i poprawiał błędy, za co wielkie dzięki.

Reklamy
Explore posts in the same categories: Tatry

Tagi: , , , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: