Archiwum dla Sierpień 2009

Nic a nic nie będzie.

Sierpień 31, 2009

Dzień dobry.

Jestem chora, więc aktywności większej na blogu raczej nie będzie.

Dodam – jeśli źle się czujecie, a zamierzacie wykąpać się w wannie, lepiej zmierzyć wcześniej gorączkę. Ja prawie się wczoraj ugotowałam. A że dobiłam do 38.6, to zafundowałam sobie naprawdę ciepłą kąpiel.

Dziś Światowy Dzień Bloga. Suuuper. Przełożę go na inny dzień.

pikfe

Reklamy

Miałam…

Sierpień 27, 2009

Dobry wieczór.

Miałam napisać o Płocku, który dziś odwiedziliśmy, ale weny jakoś brak.

Kończy się lato. Moim zdaniem kończy się już od dawna, ale teraz końcówka chlasta już po twarzy – zaorane pola, wielkie jabłka na drzewach, paw, który pogubił już wszystkie pawie oczka, żółknące liście i chłodne promienie słońca boleśnie dają znać, że już niebawem przed wyjściem za drzwi trzeba będzie poświęcić pięć minut na opatulenie się w ciepłe, nieprzewiewne i nieprzemakalne ubrania. Bo czy to nie jest już jesień?

IMG_1205Zachód słońca nad Wisłą.

To był miły dzień, jutro z rana powalczę z brakiem weny, a teraz pójdę obejrzeć z Big B film, położymy się na kanapie i ucieknę w mainstreamowych „Trzech Muszkieterów”.

pikfe

Zima mnie smuci.

Po co pisałam pracę magisterską?

Sierpień 26, 2009

Dobry wieczór.

Chyba ostatnio głupieję. Czytam książki. Oglądam filmy. Słucham muzyki. I mam całkowitą pustkę w głowie, poza kłębowiskiem bezsensownych myśli – co robię źle, czego nie zrobiłam, co powinnam zrobić, co będzie, co było, co jest i czy to dobre.

Mam taką pustkę, że nawet nie chce mi się gadać, nie wspominając o pisaniu. Pierwszy raz w życiu mam uczucie, że nie mam nic (NIC) do powiedzenia. Pustka. Same banały, cisnące się na usta klisze, rzeczy, które są wypowiadane, ale przecież w ogólnym rozrachunku nic do życia nie wnoszą, takie trochę pieprzenie bez sensu. Tak, rozumiem potrzebę rozmowy z innym człowiekiem i wiem, ile radości i szczęścia potrafi ona dać, nawet jeśli nie dotyczy istotnych kwestii, ale ja w tej chwili tak rzadko poruszam istotne kwestie, że zaczęłam czuć okrutne wewnętrzne wyjałowienie. Co z tego, że czytam, skoro nie mam potem nic do powiedzenia, poza „fajne”?

Pisałam pracę magisterską o pseudonauce i pseudoreligii w „Z Archiuwm X”. To było coś. Fascynował mnie ten temat i mogłam bez końca opowiadać o tym, w jaki sposób można powiązać pewne wątki serialu z myślą Feyerabenda albo jak ukazana jest religijność społeczeństwa amerykańskiego i co z tego wynika. Lubiłam te długie dni w bibliotece z książkami, notatkami, wśród książek, będąc całkowicie skupioną na tekście. Lubiłam oglądać wieczorami serial i w specjalnym zeszycie zapisywać cytaty i spostrzeżenia, rzeczy, które potem wykorzystywałam przy pisaniu. Lubiłam nawet mojego promotora, który przez długi czas nawet nie widział jednego odcinka, ale nieźle umiał przemaglować w czasie rozmowy. Kiedyś po kawie w szpanerskim lokalu do którego poszliśmy i gadaliśmy pewnie dwie godziny, czułam, że mój mózg właśnie przebiegł maraton, ale jest z tego dumny. Czułam się mądra, doceniona, miałam poczucie, że moje opinie kogoś zaintrygowały i wniosły coś do jego życia, że podołałam rozmówcy, który takim łatwym rozmówcą wcale nie był, choć sądzę, że dawał mi fory.

Pisząc pracę robiłam to, co umiem najlepiej – kojarzyłam ze sobą różne odległe fakty, przypominałam sobie dawno zapomniane informacje, wyszukiwałam je w książkach i łączyłam z cytatami, z fragmentami serialu, z nowymi koncepcjami dając im nową treść, ubierając je w mój własny sens.

A teraz otwieram czasem moją pracę i myślę sobie: „O ja, ale byłam wtedy mądra.”

pikfe

P.S. Ostatnio ktoś się zagalopował – oczywiście zupełnie niechcący i w sumie było mi żal tej osoby, bo rozumiem, że musiała poczuć się głupio (ja też miałam parę takich wpadek, kto nie miał?) – i rzucił nad stołem stwierdzenie dotyczące przyszłości jakiejś osoby, która idzie na studia i wybiera między menadżerem sportu a kulturoznawstwem, że no, menadżer sportu to znaczenie lepsze studia niż… hm…. niż… hm…. Nie powiem, zabolało. Czy to dlatego, że prawda w oczy kole czy dlatego, że wciąż uważam, że kulturoznawstwo jednak ma sens? Jeśli nie zawodowy, to może chociaż taki, że pisanie pracy magisterskiej sprawiało mi wielką frajdę?

Wróciłam.

Sierpień 25, 2009

Dzień dobry.

Uff, wróciłam.

Było śmiesznie.

Dowiedziałam się od Uiala, że mam kiełbie we łbie i że w związku z tym myślę rybami.

Sybiraczka ma martwe mule we łbie.

AardvarK ma ołów we łbie, a w środku wołowinkę.

Na szczęście nie byliśmy na Giewoncie, za sobą mamy za to Małołączniak, Krzesanicę, Ciemniak i Ornak, a z eskapad trochę Słowackiego Raju.

Podobno w Zakopanem brakowało chleba i na obiad czekało się godzinę, ale to chyba na Krupówkach, gdzie moja noga nie stanęła, czego pewnie Sybiraczka mi nie zapomni, bo nie była w tym roku na straganach. Ja byłam z Big B i więcej nie chcę. W Sopie nie czekaliśmy na obiad tyle, co frajerzy na Krupówkach, a pewnie był i lepszy i tańszy. W Sopie fenomenalne jest to, że chodzimy tam od czterech lat, a jedzenie wciąż jest tak samo dobre. Frajerzyliśmy się za to w Harnasiu, gdzie raz czekaliśmy pewnie czterdzieści minut, aż podejdzie do nas kelnerka (ludzi nie było), ale w Harnasiu był nie lada przysmak Uiala – kurczak panierowany z frytkami. Uial lubi sobie tak oryginalnie podjeść 😉

Poza tym juhas poczęstował mnie żentycą prosto z szałasu w Dolinie Lejowej. Bardzo miły i sympatyczny człowiek.

Uial boi się baranów i miał w Tatrach detoks, bo nie zabrał komputera.

Sybiraczka boi się kładek, ale dawała radę. Najbardziej zaszedł jej za skórę paznokieć, który uniemożliwił dwa spacery, a trzeci bardzo utrudnił.

AardvarK chyba niczego się nie bał i nie powiedział Uialowi, jak robi się bombę. Powiedział za to, że możliwe jest, że włosów mu trochę wypadło po zabawach ołowiem w dzieciństwie, z czego Uial wyciągnął odpowiednie wnioski: „Wiesz, pikfe, ja na pewno nie będę się bawił ołowiem.” Bombą pewnie by chciał, zwłaszcza kiedy się dowiedział, że AardvarK wysadził w powietrze… ognisko. Chcę mieć córeczki!

Szczegółową relację zamieszczę, jak tylko zbiorę od wszystkich zdjęcia. Na razie tylko kwiat. Można przeczytać o nim także w wikipedii.

IMG_4636pikfe

Ziarska Chata. Część trzecia i ostatnia.

Sierpień 14, 2009

Dzień dobry.

Kiedy zaczynam pisać na moim zegarku jest dwadzieścia po siódmej, a pościeliłam dziś łóżko, wykąpałam się (z peelingiem nóg), sprzątnęłam trochę, zrobiłam paznokcie u obu rąk i w ogóle lubię rano wstawać. Co prawda, muszę jakoś rozciągnąć czas, ponieważ dziś jeszcze czeka mnie wypielenie rabaty, golenie (brrr) nóg, pakowanie się (jedziemy już dziś Do Miasta, wyjazd wesołą ekipą w niedzielę raniutko), więc wcale tak dużo tego czasu nie mam.

Zaczynamy dzień w Ziarskiej Chacie od … lenistwa. Po wyprawie na Rohacze cały bity dzień siedzieliśmy w schronisku i czytaliśmy książki, Big B już nie wiem co, bo on czytał w górach jak szalony, a ja „Pchli Pałac” Elif Safak, bardzo mi się podobało, bardziej chyba od książek Pamuka. Wyjeżdżając do Ziarskiej Chaty wyczytaliśmy, że jest to jedna z tłumniej odwiedzanych dolin. Cóż, siedzieliśmy na tarasie pół dnia i nawet nikt się do nas nie przysiadł, a z nami wszystko w porządku 😉 Dzikie tłumy, prawda? Za białą linią schroniskowy pies, co nie chciał „parek”.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 301

Otoczenie Ziarskiej Chaty jest ładne, choć zabudowa naokoło schroniska woła o pomstę do nieba, co częściowo widać na powyższym zdjęciu. Doskonale nie może być, ale może być cudnie.

Obraz 762

Obraz 763

Obraz 768

I choć może to marnowanie czasu w górach, taki dzień był nam potrzebny. Siedziałam z książką w słońcu, mogłam czytać bez żadnych przeszkadzajek dzień cały, co nie zdarza się przecież zbyt często.  I nie chciałam, żeby ten dzień się kończył. Puentą powinno być „ale się skończył”?

I my znów na wyprawie, znów wlekliśmy swoje ciała na Banówkę (tym razem wiedząc już, gdzie szczyt) i znów szlak nam nie podszedł, choć jest naprawdę pięknie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 303

Plan był taki, żeby dojść na Banówkę, stamtąd zejść na Banikowską Przełęcz i wejść na Pacholę, wrócić znów na Przełęcz i dalej Doliną Spaloną nad Rohackie Stawy. Jednakże pogoda nieco pokrzyżowała nasze plany – już na Jałowieckiej Przełęczy wicher prawie pourywał nam głowy, włożyliśmy prawie wszystkie ciuchy, a komfort chodzenia nie był za wysoki. Tak, świeciło słońce; tak, było ciepło; tak, nie za gorąco; po prostu wiało tak, że chodzenie nie sprawiało zbyt dużej frajdy. Ciekawie było, kiedy z Przysłopu przechodziliśmy na Banówkę, moją pierwszą granią w Tatrach Zachdnich. Byłam z lekka zdenerwowana, bo pamiętałam, że tam jest POTWORNIE. Ogromne przepaście, wąziutkie ścieżki, śliskie, zdradliwe, łamiące się skały. Otóż – są może ze dwa miejsca, które rzeczywiście pokonuje się „nie bez emocji„, ale poza tym to ja zupełnie tego szlaku nie pamiętałam. Stres za pierwszym razem? Instynktowna próba zachowania życia? Nie wiem, czułam się, jakbym szła na Banówkę po raz pierwszy. Są przepaście, są wąskie ścieżki, skały jak to skały, czasem pękną i nie są betonem przytwierdzone do grani, ale nie jest potwornie.

Na Banówce zjedliśmy (wypadła moja kolej robienia bułek – oczywiście w ten wicher), a potem zadecydowaliśmy, że nie ma co iść na Pacholę w taki wiatr i zeszliśmy spokojnie na Banikowską Przełęcz, a stamtąd od razu do osłoniętej grzbietami Banówki i Pacholi Doliny Spalonej. W dali Rohacki Staw.

Obraz 770

Krajobraz jest dość księżycowy.

Obraz 771

Mogliśmy podziwiać, gdzie też się wybraliśmy pierwszego dnia… Na szczęście szliśmy granią, a żadne z nas żlebu nie zaliczyło.

Obraz 780

Kiedy wyszliśmy na słońce, usiedliśmy na kamieniu i gadaliśmy chyba półtorej godziny. Fajnie było. Usiąść i pogadać w Dolinie Spalonej. Możecie nam tylko zazdrościć 😉 Jak to zwykle, ludzi nie ma, cichutko, cieplutko, czekolada i Big B, który mnie wysłuchał, doradził, próbował wytłumaczyć i pocieszyć. Mężczyźni umieją nas czasem zaskoczyć, prawda?

Ta piękna roślina to ciemiężyca zielona. Rosło jej wokoło nas całkiem sporo i doprawdy – mogłabym takie mieć w swoim ogródku.

Obraz 779

Patrząc jeszcze raz na pustkowia Doliny Spalonej…

Obraz 775

… i otaczające nas granie… (zaznaczam, ja po tej grani szłam – już widać, co by się ze mną stało, jakbym zdecydowała się spaść w stronę Doliny Spalonej, tak?)

Obraz 781

… aż w końcu udało się nam dojść nad Rohackie Stawy.

Obraz 791

Od ludzi ze schroniska dowiedzieliśmy się, że kiedy oni byli na Stawami, sporo ludzi się przewalało i generalnie było dość nieprzyjemnie. My mieliśmy chyba więcej szczęścia, bo ludzi było mało. Fakt, trochę więcej niż w innych rejonach, ale niewiele. Jak na takie miejsce?

Obraz 796

I kolejny staw, najpewniej Pośredni. Na drugim planie Rakoń i Wołowiec.

Obraz 798

Również Pośrednie Stawy, w tle Rohacze.

Obraz 800

Tutaj znaleźliśmy jeżogłówkę pokrewną. Wygląda naprawdę jak trawa rosnąca pod wodą.

Obraz 809

Zeszliśmy sobie miło, podziwiając widoki i piękno górskiego krajobrazu.

Obraz 815

I znów wycieczka taka, że trzeba się wspinać pod koniec – przez Dolinę Smutną aż do Smutnej Przełęczy. Może dostrzeżecie tę niteczkę prowadzącą do przełęczy – tamtędy szliśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 314

Przyznać trzeba jednak, że widoki piękne. I Rohacze od jeszcze innej strony. Dziś Big B trzymał fason, a ja umierałam pod górę. On pędził, a ja co chwilę, na momencik, musiałam przystanąć i spokojnie pooddychać, żeby chociaż na Przełęcz się doskrobać. Później, w cieniu gór, było trochę lepiej, ale to paltelniane gruzowisko całkowicie mnie wykończyło. I nawet żaden niedźwiedź się nie pojawił, żeby mnie pogonić. Doszłam jednakże – nie taka droga straszna, jak ją sfotografowali.  Kiedy schodziliśmy już do schroniska, zrobiłam zdjęcie jagodzie, jak widać. Wczoraj jagodowe kwiaty, dziś jagodowe owoce. A mówią, że nie można mieć wszystkiego 😉

Obraz 819

Na ostatni dzień zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na Baraniec, po sąsiedzku ze schroniskiem. Pogoda nie powitała nas ładna, ale też bez przesady. Nie było może cieplutko, słońce tylko od czasu do czasu, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby zostawać w schronisku. W dole Ziarska Przełęcz, w chmurach Rohacz Płaczliwy.

Obraz 822

Chmury się… przewalały. Były i było ledwo co widać.

Obraz 829

A potem się rozpraszały i dumnie ukazywały to, co przed chwilą pozostawało w ukryciu.

Obraz 826

Wdrapaliśmy się na Smrek (albo Smerk – ja nie potrafię tego zapamiętać), a za Smrekiem/Smerkiem – skałki. Znooowuuuu. Nie miałam nastroju na skałki. W ogóle. Do tego wiało. Denerwowałam się. Obrzydł mi Baraniec, a na samą myśl o drodze powrotnej (tą samą trasą) robiło mi się gorzej. Baraniec wyłania się z chmur.

Obraz 832

Big B dostrzegając mój rozkład zarządził popas i karmienie czekoladą. Do tego akurat wyszło słońce i pomimo jego propozycji, że może jednak zawrócimy, upierałam się, żeby iść dalej. Wiadomo, jak to jest. I wtem – grzmot. Natychmiast przestałam się upierać przy czymkolwiek, ponieważ – jak wiadomo – jestem cykor. Moje nogi popędziły wzdłuż grani i jestem pewna, że Big B trochę się ze mnie podśmiewywał w czeluściach kaptura swojego. Zaczęło lać, więc mieliśmy wspaniałą okazję wypróbować nasze kurtki w naturalnych warunkach. Sprawdziły się (nie przemokły), ale następnym razem kupię trochę dłuższą. Gnałam na Ziarską Przełęcz z zachowaniem rozsądku (wiadomo, śliskie skały etc – takie rzeczy nie umkną uwadze cykora), ale jakby mnie sam diabeł gonił. Już wtedy razem się ze mnie śmialiśmy.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 318

Ale cóż – Big B nie widzi naszych ciał popalonych piorunami, a ja widzę, więc nic dziwnego, że starałam się tego jak najszybciej uniknąć. Po szczęśliwym uniknięciu pioruna na grani (no… burza nie była bezpośrednio nad nami. Myślę, że była spory kawałek, ale przecież mogło ją szybko przywiać.) Zeszliśmy poniżej Przełęczy i tam już tylko lało. Było śmiesznie, w końcu to jakaś przygoda. Nie żałowałam Barańca, Big B też chyba za bardzo nie, padało, a my zakapturzeni śmialiśmy się do siebie i zastanawialiśmy się nad faktem jezior górskich w butach.

Oczywiście – jak to zwykle w życiu bywa, im bliżej byliśmy schroniska, tym mniej padało. Udało się nawet wyjąć aparat.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 325

Przy Chacie już nie padało, mogliśmy za to podziwiać harce chmur. I tymi ostatnimi widokami kończą się nasze wakacje.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 326

Tatry_lipiec_2009_IXUS 328

Smutek, prawda?

Ale, ale – za dwa tygodnie relacja z pobytu w Zakopanem z AardvarKiem, Sybiraczką i Uialem. O ile z nimi wytrzymam 😉 Wracamy 22. sierpnia.

pikfe

Ziarska Chata. Część druga.

Sierpień 13, 2009

Dzień dobry.

Babcia kochana w szpitalu, więc życzcie jej zdrowia.

Dziś Rohacze i naprawdę długa wycieczka, aż nas prawie wywinęło na drugą stronę, ale oczywiście było warto, choć miałam pietra oczywiście. Po powrocie z Trzech Kop łapczywie rzuciłam się na przewodnik, żeby doczytać, gdzie też myśmy się wpakowali i cóż zobaczyłam? „Orla Perć Tatr Zachodnich”, „droga o znacznych trudnościach”, „odcinki przepastne”, „wymagana sprawność ruchowa i obycie ze skałą”, „duża ekspozycja”, „forsujemy nie bez emocji” etc, etc, więc znów trochę się bałam tego, co mnie na Rohaczach spotka albo spotkać by mogło przy odrobinie nieszczęścia. Ale ruszyliśmy, Big B marzył o tych szczytach od dwóch lat.

Doszliśmy sobie spokojnie do Ziarskiej Przełęczy, gdzie spotkaliśmy trzy osoby i stamtąd skierowaliśmy się na Rohacza Płaczliwego. Podejście jest bardzo spokojne, żadnych trudności, coś jakby Starorobociański, tylko much mniej. Naprawdę nie ma trudności, więc byłam spokojna. Widok na Rohacza Ostrego. Troszkę na prawo od szczytu widać „szczycik” Giewontu.

Obraz 543

I z bliży.

Obraz 545

Widok na Dolinę Rohacką.

Obraz 541

o Rohackiej Przełęczy trzymałam się nieźle. Później było już trochę gorzej, bo „w pewnym miejscu szlak wiedzie nad czeluścią skalną” (Józef Nyka, Tatry Słowackie), ale jakoś dałam radę. Momentami musiałam złapać się troka plecaka Big B, co ani mnie by nie uratowało, ani jego, ale jakoś lepiej się wtedy czułam i popiskiwałam tylko trochę. Ogólnie podejście pod Rohacz Ostry nie zostawiło w mojej pamięci jakiś traumatycznych śladów. Rochacz Płaczliwy.

Obraz 548

Wołowiec i szczyt Rohacza Ostrego.

Obraz 556

Tuż przed zejściem (no… to tak wygląda, jakby góra się kończyła) jeden pan powiedział, że teraz to będzie naprawdę ciężko, co mnie trochę zesłabiło, a Big B dodał radośnie: „Jak spadnę, to wiedz, że cię kochałem.” I miał awanturę na szczycie, nawet nie chciało mi się patrzeć, jak pokonuje tego cholernego konia. Sama szeptałam do siebie idąc, że to już na pewno mnie zabije, ale jakoś ocalałam, nawet się nie poślizgnęłam, nie wisiałam nad przepaścią trzymając się jedną ręką łańcucha i w ogóle nic z tych rzeczy. Dobrze było i tak mnie to podbudowało, że w jednym żlebiku Big B trochę strefił, a ja się zastanawiałam, co tam trudnego. No dobra, on zszedł bez pomocy łańcucha, a ja oczywiście wisząc na tym łańcuchu prawie, ale on ma dwa metry, więc mu łatwiej.Tu właśnie z lekka trefi.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 259

Dalej poszło już łatwo, choć w tłumie ludzi i po bardzo rozchodzonym szlaku. Po chwili widzieliśmy Rohacza od drugiej strony.

Obraz 569

Zeszliśmy na Jamnicką Przełęcz i stamtąd poszliśmy na Wołowca, górę, która dwa lata temu umknęła naszym nogom z powodu nagłej burzy. Wołowiec już po stronie polskiej, co widać. Ponieważ na szczycie odbywał się regularny piknik oraz kąpiele słoneczne, nie cieszyliśmy się pobytem na szczycie zbyt długo i tą samą drogą wróciliśmy z powrotem na Jamnicką Przełęcz, z kuszącą myślą na ramieniu – a może dłuuuuugi popas nad Jamnickimi Stawami?

Tatry_lipiec_2009_IXUS 284

Masyw Rohaczy widziany z Wołowca.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 286

Skręciliśmy na Jamnickie Stawy, gdzie żywej duszy nie było, tłumy za to przewalały się Liptowską Granią, kiedy myśmy leżeli, słuchali szumu wody i świstu świstaka nad Niżnim Jamnickim Stawem.

Obraz 635

Podziwiając Rohacz Ostry z jeszcze innej strony.

Obraz 609

Fotografując przyrodę.

Obraz 657

Kwitnące jagody.

Obraz 647 Glony.

Obraz 661

Oj, żeśmy się tam wyleżeli w górskim słońcu, nie powiem. Było tak przyjemnie, cicho, spokojnie, ciepło, że naprawdę nie chciało się nam ruszać. Najedliśmy się, wymościliśmy, od czasu do czasu pomoczyliśmy stopy i wygrzewaliśmy się w słońcu – kto by miał dosyć? A droga do domu wcale niekrótka. W końcu jednak trzeba było się zwlec i pomykać do Doliny Jamnickiej, żeby stamtąd z powrotem wspiąc się na Żarską Przełęcz. Było pięknie.

Obraz 680

Tylko, że jakoś nam się z głów wybiło, że trzeba będzie zejść na dno Jamnickiej i stamtąd gnać pod górę na Żarską Przełęcz. Niewielu lubi schodzić, ale wychodzenie ostro do góry pod koniec wycieczki też nie jest czymś najwspanialszym na świecie. Byliśmy trochę zmęczeni, tym razem Big B bardziej niż ja, To był dzień mojego trzymania fasonu. Dno doliny, teraz zostaje nam wspinaczka, a tu jeszcze napisali, że to niedźwiedziowy region. Oj, szłam szybciej i baczniej się rozglądałam. Kiedy miś napycha się jagodami przy Murowańcu i gapi się na niego co najmniej pięćset osób, to nie wydaje się być straszny, ale kiedy człowiek jest na tym szlaku sam, a niedźwiedź może wychynąć zza krzaka, to już tak jakby mniej pewnie.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 292

Z Doliny Jamnickiej na Żarską Przełęcz prowadzi przepiękny szlak i wcale się nie dziwię, że niedźwiedź postanowił tam zamieszkać.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 293

I dalej, „zwróciwszy się w prawo, ścieżka podchodzi do wylotu wiszącej dolinki polodowcowej, wgłębionej do stóp obydwu Rohaczy, zwanej Rohackim Kotłem (…) Cyrk pod Rohaczem jest jedną z najpiękniejszych tego rodzaju form w Tatrach Zachodnich (…) Trawy przeplatają się z połaciami piargów i kępami kosówek” (Józef Nyka, Tatry Słowackie).

Tatry_lipiec_2009_IXUS 295

Obraz 708

I znów Rohacz Ostry. Schodzący w dół turyści podzielili się z nami radosną nowiną, że będąc na Rohaczu widzieli niedźwiedzia i że do Żarskiej Przełęczy to jeszcze ho!ho! daleka droga. Ho.Ho.

Obraz 707

Obraz 705

Kiedy spojrzałam na miejsce, gdzie mamy dojść… zrobiło mi się trochę słabo, ale to ja trzymałam fason, tak? „Oj, zobacz, już niedaleko!” Big B posłał mi urokliwe spojrzenie. Może w tym fasonie nie było mi najbardziej do twarzy?

Obraz 712

Ale, ale – widać śnieg? Przy śniegu mieliśmy długi i nieplanowany popas z racji spotkania – a to już bliskie spotkanie było – świstaka.

Obraz 715

Nie są piękne?

Obraz 719

I został nam tylko kawałek do wdrapania się i się wdrapaliśmy. Słońce zaczęło zachodzić i wszystko ozłacać.Zjedliśmy czekoladę, co bardzo poprawiło nam humory i dodało energii. A poza tym zostało już tylko to okropne schodzenie 😉

Smrek i Baraniec.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 299

A potem zrobiło się naprawdę pięknie. W górach żywej duszy (oprócz nas oczywiście), pogoda piękna, cicho, czasem tylko świstak zaświszczy. I ten zachód.

Obraz 744

I te widoki.

Obraz 749

Właśnie dlatego pojechaliśmy w Tatry, a nie na Malediwy albo Seszele.

pikfe

Ziarska Chata. Część pierwsza.

Sierpień 12, 2009

Dzień dobry.

Dziś żegnamy Zakopane, szczęśliwie w niezbyt dobrą pogodę. Ostatniego popołudnia pojechaliśmy na Olczański Wierch cieszyć się widokami, nie my jedni zresztą.

Obraz 390

A potem znad Tatr Wysokich i równocześnie znad Kościeliskiej wynurzyły się burze i lało, aż z Olczańskiego spływaliśmy. W efakcie następnego dnia góry były w chmurach całkowicie i nawet najmniejszej skałki na Giewoncie nie dostrzegłam przez chmury, a kiedy próbowałam je wypatrzeć, Big B zaczynał wpadać w panikę. No bo jak tak będzie lać, to co on będzie czytał w schronisku? Przeczytał już większość tego, co zabrał, jako, że unikamy lansu na Krupówkach i po wycieczkach wracamy do domu. I zakiełkowała w jego głowie myśl, żeby udać się do Krakowa – kupimy książki, ja w Krakowie nie byłam poza półdniową wizytą w dzieciństwie, z której pamiętam tylko Smoka Wawelskiego ziejącego ogniem. Nie byłam jakaś zachwycona, nie powiem, miałam nadzieję, że z rana (musieliśmy opuścić pokój do siódmej) pojedziemy na Słowację i tam sobie pobędziemy. Nie wiem, co mielibyśmy tam robić, jako, że w schronisku mieliśmy zameldować się po 19, ale wiecie, jak ktoś ma delikatne reisefieber, to wolałby jednak w okolicy tego schroniska się pokręcić, choćby i trzeba było parę godzin się kręcić. Ale Big B bardzo chciał jechać do Krakowa, a ja pomyślałam, że ma dobry pomysł, a w każdym razie na pewno lepszy niż mój, który w najbardziej optymistycznej wersji zakładał parogodzinne czekanie na słowackim parkingu w słońcu, a w najbardziej pesymistycznej – w deszczu.

I tak pojechaliśmy do Krakowa, nową drogą (przynajmniej na niektórych odcinkach). I Big B stwierdził, że bez sensu, bo może i pasów więcej, ale kiedyś można było popatrzeć na strumyk (teraz już nie, ekrany), a podróż miała w sobie jakiś czar. A teraz mknie się po prostu i w zasadzie między Krakowem a Zakopanem nic nie ma. Jak w Niemczech, kiedy podróżuje się autostradą.

Jak jest w Krakowie każdy wie, a ja – byłam zachwycona, Kraków ujął mnie jeszcze bardziej niż Lublin i od tamtego dnia będzie mi się kojarzył z książkową rozpustą. W Ziarskiej mogłoby lać 7/7 i 24/24, a my nadal mielibyśmy co czytać. Poszliśmy poza tym na kawę, zjedlim obiad i wypróbowalim nasze nowe kurtki, kiedy lało okrutnie w czasie obchodzenia Wawelu. I Smok nadal tam jest, taki, jakim zapamiętałam go z dzieciństwa.

A potem pojechaliśmy na Słowację. Pierwsze wrażenia? W porównaniu z Zakopanem mało cywilizacji turystycznej, biedniej, mniej gęsto, acz architektoniczne koszmary w spadku po poprzedniej epoce i owszem. No, ale u nas mamy już takież koszmary w spadku po epoce obecnej, więc jesteśmy do przodu. Tatr od strony południowej oczywiście nie widzieliśmy poprzez chmury, ale to przecież nic straconego, będziemy jeszcze wracać.

Po drodze zajechaliśmy do miejscowości Štrbské Pleso, obejrzeć jezioro. I zakochaliśmy się.

Obraz 416

Obraz 417

Niestety, nawet nie zdążliśmy zamontować naszego statywu, kiedy zaczęło lać okrutnie i trzeba było uciekać z powrotem do samochodu.

W końcu dojechaliśmy na parking przed Ziarską Doliną, a tam szlaban i żywej duszy. Przeszliśmy się w nadziei, że może 0 19, jak było umówione, jakaś dobra dusza przyjedzie i zaeskortuje nas do schroniska, ale skoro nikt się nie pojawił, chwyciłam za słuchawkę i mówię, że szlaban jest zamknięty i raczej nie przejedziemy, a oni mi na to, żeby go otworzyć. Hm… okazało się, że łańcuch i kłódka tylko udają, więc pikfe popędziła otwierać szlaban.

Obraz 420

Kiedy rezerwowałam nocleg w schronisku, obsługa (piszę tak, ponieważ nikt nigdy nie podpisał się żadnym mailem) tłumaczyła, że nie możemy dojechać samochodem, bo zimą zeszła wielka lawina i zabrała most. Naprawili go tuż przed naszym przyjazdem i dlatego mogliśmy dojechać autem, a lawina… cóż. W rejonie Doliny Żarskiej ogromne lawiny zdarzają się często, w 2000 roku spod Przysłopu zeszła lawina długa na trzy kilometry,  szeroka na 200 metrów, która częściowo przysypała schronisko i turystów znajdujących się dookoła, ale na szczęście nikt wówczas nie zginął. Tej zimy jedna z lawin musiała też przejść tuż obok Chaty, bo jeden z budynków miał naderwany dach, a dwa świerki tuż obok ułamały się w połowie, jak dwie zapałki. Zresztą, sami zobaczcie, jaka to była lawina – w trzecim tygodniu lipca, na dnie doliny tyle śniegu?

Obraz 423

Obraz 422

A ten mostek…Szczerze mówiąc trochę zamarłam, kiedy go zobaczyłam. Big B zresztą też. Dopiero następnego dnia okazało się, że jeżdżą po nim wielgachne traktory.

Obraz 424

W schronisku obsługa okazała się bardzo miła, po spisaniu wszystkich numerów identyfikacyjnych, imion, nazwisk, dokładnych adresów z naszych dowodów oraz wręczeniu nam obowiązkowej ankiety, w której jeszcze raz trzeba było podać to wszystko, tylko samemu poszliśmy do naszego pokoju. Łóżka wygodne, bardzo, bardzo czysto, tak w pokoju, jak i w łazienkach. Schronisko jest dopiero parę lat po remoncie i to widać. Nie trzeba sikać „na narciarza” jak jeszcze do zeszłego roku w Dolinie Pięciu Stawów.  Polecam Ziarską Chatę z czystym sercem.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 334

Potem pani objaśniła nam działanie piekielnej machiny łazienkowej. Otóż, do urządzenia…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 331

wkładamy otrzymany w barze żeton (pierwszy raz chodziłam do baru, żeby móc się wykąpać). Naciskamy przycisk…

Tatry_lipiec_2009_IXUS 332

Woda zaczyna lecieć, ale… mamy tylko trzy minuty! I zastopować machinę można tylko raz w celu namydlenia ciała i naszamponienia głowy. Później znów start i płuczemy ciało. I ja to rozumiem – ludzi w schronisku dużo, każdy ma prawo się wykąpać w ciepłej wodzie, nie dłużej niż po kwadransie od momentu, kiedy umyśli sobie kąpiel, ale jedna rzecz w tym urządzeniu była naprawdę potworna – przerywanie. Pod sam koniec (minimum 30 sekund) woda leciała przez chwilkę, a zaraz potem przestawała i tak w kółko. Masakra. Efekt był taki, że nauczyliśmy się myć w dwie i pół minuty, a kiedy zaczynało przerywać, umykaliśmy stamtąd czym prędzej.

Przyznałam się też Big B do źródła moich głębokich lęków związanych z pobytem w schronisku – obciach będzie, jak to napiszę, ale ci, co dobrze mnie znają raczej się zbyt nie zdziwią – moją głowę zaprzątała nieustająca troska o to, co będziemy jedli i pili w górach. W Zakopanem jest łatwo, tak? A tam? Na Słowacji? I do tego jeszcze w schronisku? Jak kupimy bułki? Jak kupimy wodę? Tam w ogóle dowożą jedzenie?

Dowozili jedzenie, wrzątek to nawet za darmo dawali, śniadania i obiady były bezproblemowo, choć dość wstrętne. Big B trochę się ze mnie śmiał.  „Parki” (czyli parówki) będą mi się śniły po nocach, zwłaszcza, że nawet schroniskowy pies nie chciał ich tknąć, a my wcinaliśmy co rano. A woda? No cóż, strumyków jest całkiem sporo. Co prawda kiedy ostatnio oznajmiłam Sybiraczce, że pijemy ze strumienia wydała z siebie pisk i wrzasnęła do Sybiraka „Sybiraku, oni PIJĄ wodę ze strumienia!!!”, a w odpowiedzi usłyszałam okrzyk przerażenia i wyduszone zdanie, że tam misie sikają albo jeszcze coś gorszego. Coś gorszego niż misie niż coś gorszego niż siki? 🙂

Pierwszy dzień w słowackich Tatrach przywitał nas piękną pogodą. Zaplanowaliśmy wycieczkę na Banówkę, a stamtąd przez Trzy Korony na Smutną Przełęcz i z powrotem do schroniska. Big B  mówił o jakiś niebezpiecznych miejscach, ale widziałam na mapie tylko trzy wykrzykniki, więc za bardzo się nie przejmowałam. Na drogowskazie 2.30 na Banówkę, a my ruszamy w drogę. Zniszczenia polawinowe w dolinie.

Obraz 432

I mozolnie idziemy w górę podziwiając wielki masyw Barańca.

Obraz 440

Droga jest… koszmarna. Nie wiem dlaczego, ale w ogóle nam ten szlak nie podszedł, umęczyliśmy się okrutnie i naprawdę miałam wrażenie, że nie dojdziemy. Nie żeby było brzydko.

Obraz 448 Ale udało się, dochodzimy do przełęczy, wspinamy się na Przysłop, a zaraz potem jemy na szczycie Banówki i dziwimy się, jak to jest możliwe, żeby przejść ten odcinek w 2.30?! Tak szybko? My wlekliśmy się ponad trzy.

Obraz 477

A potem… maskara. Góra, która z naszej strony wyglądała jak Grześ, z drugiej wygląda jak Giewont od północnej strony. Hm… przecież po to pojechaliśmy w Tatry Zachodnie, żebym nie musiała po graniach łazić i widzieć Big B spadającego na dół, tudzież dostawać palpitacji serca przy każdym zawachaniu. Nie mam lęku wysokości, mam za to potwornego cykora. A Big B zaświeciły się oczy z radości na widok tych wszystkich skałek i grani. No i ruszyliśmy do przodu wśród moich popiskiwań, utaskiwań, narzekań, przestróg, drżących nóg, dygoczących rąk i powtarzania „Co ja tu robię? Uważaj! To mnie zabije? Jezu, ale przepaść! Nie idź na tamte skałki!AAAaaaa!”

Tatry_lipiec_2009_IXUS 233

Tatry_lipiec_2009_IXUS 237

No normalnie widziałam nas lecących w przepaść i zastanawiałam się, kiedy ten koszmar się skończy, aż nagle mój wzrok powędrował na domniemaną trasę naszej wycieczki i oto, co zobaczyłam.

Obraz 461

Nie pocieszył mnie ten widok, nie powiem, ale Big B był tak szczęśliwy łażąc po skałkach, że nie miałam serca zawrócić i posiłkowałam się myślą, że na pewno tam nie idziemy, choć przecież widziałam, że właśnie tam idziemy, Hruba Kopa i Trzy Korony. Drżałam okrutnie, aż do momentu, kiedy pojawił się świstak.

Obraz 487

Jak na zawołanie, bo Big B mówił może godzinę wcześniej, że nigdy świstaka nie widział i chciałby zobaczyć. Świstak siedział na czubku skały i obserwował okolicę, co jakiś czas gwizdając ostrzegawczo do swoich ukrytych kamratów. Był piękny. Są takie zwinne, dla mnie to takie górskie kocury. Ponadto dzięki niemu mogliśmy obejść ohydną skałkę boczną ścieżynką i Big B nie ględził pod nosem, że on chce tamtędy. Nikt przecież nie chce wypłoszyć świstaka. Tymczasem szczyt kolejny się zbliżał, w końcu weszliśmy i jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że to Banówka! Wcale nie ten wcześniej, to był Przysłop, a ten, o którym myśleliśmy, że to Przysłop, to był jakiś bezimienny, oszukańczy szczycik. Ponieważ dotarci na Banówkę zajęło nam (z popasem) jakieś cztery godziny, stwierdziliśmy, że Słowacy muszą mieć chyba jakieś motorki w tyłkach.

Zaczęliśmy iść w stronę Hrubej Kopy i Trzech Koron i zaczął się koszmar. Przepaście z jednej i z drugiej strony, łańcuchy, kominy, a purysta jakiś wyznaczył szlak SAMYM CZUBKIEM grani. Big B w niebo wzięty, a ja w ostatnim kręgu piekła się smażę. Bałam się strasznie, w którymś momencie kazałam (KAZAŁAM) Big B iść boczną ścieżką, nie był zbyt szczęśliwy, ale poszedł. Potem dopiero wyznał mi, że był wściekły, że są takie fajne skałki, a on tu musi je obchodzić, ale w tamtym krytycznym momencie, kiedy łzy napływały mi do oczu, zachował się bez zarzutu. Później zjedliśmy czekoladę, zostałam wytulona, obejrzałam się dokładnie (nadal żyję), obejrzałam Big B (też żył), spotkaliśmy emerytkę o kulach, która przeszła Trzy Korony (acz mówiła, że było ciężko) i jakoś humor mi się poprawił, choć było z lekka ekstremalnie. Muszę przyznać, że nawet się ubawiłam. Tu Big B, wyjątkowo trzyma się łańcucha. W dole jeden z Rohackich Stawów.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 243

A tu ja się gramolę.

Tatry_lipiec_2009_IXUS 248

Takie ścianki mieliśmy do pokonania. I inne też, ale ręce za bardzo mi się trzęsły, żeby robić zdjęcia 😉

Tatry_lipiec_2009_IXUS 244

Tatry_lipiec_2009_IXUS 245

I w końcu zeszliśmy i nawet było mi żal, że to już koniec, bo poczułam się pewniej i sprawiało mi to sporą frajdę. Chodziłam kiedyś troszkę na sztuczną ściankę i moim zdaniem wspinaczka przypomina trochę jogę – w każdym momencie trzeba mieć na uwadze każdą część swojego ciała, co wymaga skupienia. Tego rodzaju skupienie przynosi ze sobą w darze prawdziwy psychiczny odpoczynek, a jednocześnie fizycznie człowiek odczuwa zupełnie inny rodzaj zmęczenia niż na przykład w czasie mozolenia się na Wielkiej Patelni pod Małołączniakiem. Zeszliśmy pięknie ze Smutnej Przełęczy do schroniska, podziwiając jeszcze jednego świstaka i jedząc w ciszy gór batony.

Na Słowacji fantastyczne jest to, że nie ma ludzi – praktycznie cały czas szliśmy sami, a wyszliśmy parę minut po ósmej. Po piętnastej z trudem dostrzeże się pojedynczych turystów, a po osiemnastej człowiek jest sam. Przez cały dzień spotkaliśmy może sto osób. To jest już luksus moi drodzy. I te widoki, których jeszcze nie znaliśmy. Rohacze, a w tle nasze Wysokie.

Obraz 471

Drugi dzień pobytu na Słowacji przeznaczyliśmy na odpoczynek, bo pogoda średnio dopisała. Borys już marzył o swoich Rohaczach, ale mogło się rozpadać (ostatecznie się nie rozpadało), więc zabraliśmy książki i wyszliśmy w góry znaleźć jakieś przyjemne miejsce. Big B czytał wtedy „Krzyżacki poker” – mamy 1957 rok, Polska rozciąga się od morza do morza, Zakon Krzyżacki jest naszym knującym spiski, ale jednak lennikiem,  a Wielka Brytania i Irlandia są emiratami…   Ja zaś zabrałam „Marzyciela” Iana McEwana i jestem tą książką oczarowana, dawno nie czytałam nic, co tak bardzo by mi się podobało. Taka współczesna wersja „Małego Księcia”. Jednak nie tylko czytałam 🙂

Obraz 539

W drodze powrotnej pokłóciliśmy się o kichanie. Kich się nosem czy ustami? Prawieśmy się na szlaku pozabijali.

Jutro Rohacze.

pikfe